Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Johny Walker, cola i pół cytryny. I parę kostek lodu. I oszroniona szklanka. To wszystko towarzyszy mi tego wieczora. Zestaw, który budzi we mnie pogańskie zwierzę. Mieszanka, która nie przynosi dysfunkcji ośrodka mowy, nie upośledza motoryki. Cudo. Mikstura otwierająca drzwi do innego wymiaru. Pryzmat rozszczepiający myśl na drobinki tak małe, że potrafiące ułożyć się w nową mnie.
Postawiona na stoliku kolejna szklaneczka strachliwie wyciągnęła brzegi, żeby schwycić rozkołysaną ambrozję. Przesuwam opuszkiem palca po brzegu szkła, powolnymi ruchami obdarzam pieszczotą bezduszne naczynko, nie dopuszczając tym samym do tańca palców na… klawiszach. Tak, zajęte szkłem porzucają telefon. A jednak nie, nie ma takiej siły, która powstrzymałby mnie przed tym, co nieuniknione. Nie ma takiej siły. Burzliwa dyskusja i kolejne toasty wymuszają kontakt z otoczeniem, podczas gdy ja pragnę jedynie sięgnąć po zakazany owoc. Dyskusja wciąga niezmiernie, wysuszone gardło domaga się płynów, jeszcze łyczek, drugi i znowu witam się z pustym dnem.
- Czy możesz zamówić mi drinka – wypowiadam aksamitnym, ledwo słyszalnym szeptem.
Wstaje i odchodzi w stronę baru a moje spojrzenie snuje się za nim, krok w krok. Kiedy stawia przede mną szklankę, wychwytuję rzucone od niechcenia stwierdzenie
- Lubię, jak schylasz głowę, kiedy prosisz.
Nic więcej. W następnym zdaniu rozpoczyna rozmowę o czymś zupełnie mi nieznanym, z kimś innym. Widzę fascynację w oczach kobiety i lekceważenie, jakie staje się moim udziałem. Gdzieś z boku osiadają na mnie pytania z całkiem innej dziedziny. O tak, tu znowu jestem sobą, rozmowa o wodzie i o tym, co pod wodą przenosi mnie do przedsionka przyjemności. Ale gdzieś z tyłu głowy dobija się do świadomości myśl o tym, żeby doprawić drinka kilkoma kroplami męskiego nektaru. Im bardziej wzbraniam jej prawa głosu tym bardziej zaczyna uwierać mnie w podświadomość, której tak niewiele trzeba, żeby zaczęła sączyć pewien obraz. Obraz, na widok którego nogi uginają się pode mną z podniecenia, a wnętrze ust reaguje gwałtownym ślinotokiem…

* * *
„ Czy mogę zrobić Ci laskę?” nie wierzę, że to moje słowa, ale przecież wystukałam je własnoręcznie, a teraz patrzą na mnie z małego telefonicznego okienka. Doprawdy żałosne. Jest taki klawisz – nazywa się „usuń” – wciskam go i przytrzymuję kciukiem. Litery znikają szybciej niż się pojawiły, ekranik pustoszeje. Ale gdzie jest przycisk kasujący myśli z mojej głowy? Nie znajduję takowego. Rozmawiam nie wypuszczając telefonu z dłoni. Ale przecież znam rozkład klawiatury. I nim się zorientowałam wcisnęłam klawisz z dwójką czterokrotnie, potem dziewiątkę czterokrotnie i jeszcze trzykrotnie. I dalej, dalej prędkie palce już są przy szóstce, potem jeszcze raz i czwórka, i trójką. Chwilę później zerkam na telefon i widzę ten sam, co przed chwilą, napis „ Czy mogę zrobić Ci laskę?”. Ale tym razem wybrałam adresata. I tylko waham się czy nacisnąć zieloną słuchawkę. Wiem, że nie będzie odwrotu. To będzie tak, jakbym zdjęła z siebie godność i rzuciła ją pod stół. Ale przecież nie mogę wmawiać sobie, że to pragnienie nie istnieje. Co więcej, czubek języka w moich ustach już rozpoczął swój obłędny taniec, policzki niemal niezauważalnie reagują na podciśnienie w ustach. Tak, wszystko w gotowości, brak jedynie mistrza ceremonii.

Wychodzę pod pretekstem czegokolwiek, a przekraczając próg wciskam z premedytacją „wyślij”. Schody w górę. Z każdym pokonywanym stopniem szybszy oddech. A potem długi korytarz z szeregiem drzwi. I odgłos obcasów powtarzających gwałtowne bicie serca. I chwila zastanowienia czy zostałam zrozumiana? Czy zostałam dobrze zrozumiana?
Klucz w zamku przekręca się leniwie, drzwi szurającym szeptem przesuwają się po wykładzinie. Pokój tonie w mroku, przez szyby przesącza się tylko nikłe światło księżyca, podobnego dalekiej latarni. I nagle uzmysławiam sobie, że nie mam planu na ciąg dalszy, bo przecież nigdy nie sądziłam, że mogę zrobić coś takiego. Przez chwilę miotam się po pokoju, jak wyciągnięta z wody ryba, próbując znaleźć odpowiednie miejsce i pozę. W końcu robię to, co zawsze w sytuacji zakłopotania. Odsuwam zasłonkę i staję przy oknie, wypatrując zwiastunów dobrej nowiny pośród nocy. To taki neutralny gest, neutralny dla mnie, nic dopowiedzianego do końca. Bezpieczny, przez to, że niejednoznaczny. Minuty płyną leniwie, kiedy przyciskam nos do szyby. Obłoki oddechu roztaczają zasłonę zamglenia. Powoli zaczynam wkraczać w świat przyjemności własnego umysłu tworząc obraz rozkoszy. Z tego bezpiecznego świata do rzeczywistości przywołuje mnie dźwięk naciskanej klamki. Nie pukanie, ale po prostu naciśnięta klamka. Serce próbuje uciec jak najdalej od ciała, które go zdradza i umysłu, który tę zdradę zaplanował. A ja trwam nieruchomo, spowita przez zwoje materii, w oczekiwaniu, w niepewności.
Kroki. Niespieszne kroki zapadające się w gęstej puszystości dywanu. Kroki nadające rytm mojemu oddechowi. Z trudem przełykam ślinę, ale nadal nie śmiem odwrócić wzroku od piękna mroku za szybą. Nie potrafię ocenić odległości w jakiej kroki umilkły. ajgłośniejszym dźwiękiem jest teraz moje łomoczące serducho i pulsująca w skroniach krew.
- Chodź tu.
Słowa wypowiedziane szorstkim szeptem czepiają się skóry i wyciągają mnie z bezpiecznej kryjówki. Nie potrafię się im oprzeć, nawet nie próbuję, nie chcę. Z wzrokiem wbitym w podłogę podchodzę i zastygam w pozie oczekiwania. Ale trwa ona jedynie ułamek sekundy. Tyle, ile potrzeba żeby palce wpiły się we włosy i odciągnęły głowę do tyłu. Mimowolnie podnoszę wzrok na jego twarz i przez chwilę widzę te aroganckie ogniki w oczach. Podzielność uwagi to ostatnia myśl, która zapamiętałam. Myśl, która towarzyszyła metalicznemu szeptowi rozporka. I dłoń we włosach, która wymusiła klęknięcie. Sama dłoń, bez słów. Odgadnięte pragnienia ocierające się o barbarzyństwo. Spodnie nieznacznie zsunięte na biodra ujawniły mój mroczny przedmiot pożądania. I chociaż chciałabym już poczuć smak tego pożądania - to nie jest mi on dany. Dłoń we włosach dokładnie trzyma na wodzy moją namiętność, a wszelkie przejawy jej narowistości koryguje silniejszym uchwytem. Centymetry dzielą mnie od zmaterializowanego pragnienia, centymetry i sekundy. „Dlaczego? Dlaczego on mi to robi?” zadaję w duszy pytanie samej sobie, nie wydając jednego dźwięku. Nagle uścisk palców delikatnie zelżał, co pozwoliło mi na pokonanie tych kilku centymetrów. Siłą woli powstrzymuję się przed wzięciem do ust tego, czego mi wzbraniał. Chłonę zapach, za którym podążam. Zapach wdzierający się przez nos, przecz ustna, nawet przez zamknięte oczy. Zapach, który rozpoznam zawsze i wszędzie. Przybliżam policzek i ocieram się z lubością o tę wzgardzoną przez moje wargi męskość. Czuję na skórze ciepło i gładki dotyk, czuję subtelne drgania, które przekonują mnie o zwierzęcej żądzy w tym drugim ciele. Rozchylam wargi, lecz zamiast mokrego wnętrza ust ofiarowuję mu jedynie ciepły i wilgotny oddech. Wysuwam koniuszek języka, który tuż przed zetknięciem z butnie zerkającą mi w twarz pełną oczekiwania męskością zamykam za kratami zębów. Choć tak wiele kosztuje mnie powstrzymanie się od tego fizycznego kontaktu przedłużam oczekiwanie, drażnię siebie, drażnię jego. W końcu zniecierpliwiona dłoń we włosach mocnym szarpnięciem przypomina o swoim istnieniu i w oka mgnieniu wciska moją twarz w to rozedrganie. Teraz już dwie dłonie przytrzymując moją głowę umożliwiają gwałtowne przetaczanie się kutasa po policzkach, silnymi ruchami odbierając mi oddech, zanurzając usta i nos w otulającej miękkości. Oddech, znowu łapię się na tym, że zapominam oddychać, że nie mogę oddychać. Zapierając się o jego biodra odsuwam twarz na tyle, żeby łapczywie zaczerpnąć haust powietrza. „Tak! Tak! Jeszcze!” woła coś we mnie domagając się tej siły, tego przymusu. I nie muszę czekać na odzew. Dłonie ześlizgują się za uszami, a kciuki znajdują drogę do szczęk. Jeszcze walczę, jeszcze chce walczyć, adrenalina robi swoje. Zaciskam szczęki tylko po to, żeby mógł je rozewrzeć. Siłą. Ściskowi szczęk towarzyszy silny skurcz w podbrzuszu, tak silny, że aż boli. Z cichym westchnieniem ustępuję pod naporem palców. Na wpół przytomna otwieram przed nim usta i instynktownie wręcz zaczynam go tulić językiem, zachłannie i gwałtownie. I znowu dłoń we włosach.Dłoń, która odchyla głowę tak, że patrzę wysoko. Za wysoko, żeby zobaczyć prężącą się w całej okazałości męskość ujętą w drugą dłoń. Z zapatrzenia wyrywa mnie nieznany, szybki dotyk na policzku. I zaraz drugi. I kolejne. Właśnie zostałam spoliczkowana kutasem. Jawna prowokacja, przy której już nawet nie próbuję powstrzymać gwałtownego oddechu, wyciągam szyję, żeby pochwycić to, co mnie uderzyło. Pochwycić zębami. I znowu przegrywam, bo dłoń we włosach ma nade mną kontrolę, nad tym, co robię. Policzkujący mnie kutas pozostawił na skórze mokre ślady, które zlizuję językiem żeby poczuć na podniebieniu smak pożądania. Pieszczota gwałtowna jak tango, jak tango drapieżna i delikatna. Czuję jak moja własna wilgoć sączy się niespiesznie po wewnętrznej stronie uda, jak wyciskana jest z każdym skurczem mojego wnętrza. Ja – wciąż na klęczkach – wciąż nienasycona i on – drażniący się mną swoim opanowaniem. W końcu jednak żądza musi zwyciężyć, zawsze zwycięża.

Wysuniętym językiem zapraszam go tam, gdzie czeka rozkosz. Dłoń we włosach zamiera, kiedy moje dłonie i usta zaczynają swój taniec. Ściągnięta skórka odsłania delikatne, czułe miejsca. Żałuję, że jest tak ciemno, że nie mogę cieszyć oczu tą przekrwiona, purpurową barwą. Czubek języka obiegający dziesiątki razy krawędź główki, za każdym razem zatrzymujący się na moment na wędzidełku i trącający tę strunę rozkoszy. Na szczycie raz za razem pojawiają się szkliste krople, nie widzę ich, ale czuję, rozpoznaję smak. Tak, to pierwsze łzy rozkoszy jakich dziś kosztuję. Przerywam na moment, żeby zanurzyć go całego w ustach, po to tylko, żeby już w następnej chwili lizać miękkim, szerokim językiem od czubka aż po nasadę. Czuję jak drga pod wpływem dotyku szorstkiego grzbietu języka i momentalnie zamieniam to na ssanie. Odpowiada mi mimowolnym ruchem bioder domagającym się posuwistego ruchu, ale nic z tego. Teraz ja drażnię się z jego podnieceniem.
Zamykam wargi tuż za główką, czubek języka wciska się w szczelinę na szczycie. Policzki rytmicznie eksponują niewielkie wgłębienia i wcale nie są to te urocze dołki, które pojawiają wraz ze śmiechem. To coś zupełnie innego. Powoli, milimetr po milimetrze, pochłaniam całą tę rozkołysaną cielesność pozwalając jej na coraz głębszą penetrację. Dłoń na mojej głowie łagodnieje, powoli głaszcze moją rozczochrana czuprynę. A ja już czuję na podniebieniu miękki dotyk, a dociskając językiem przesuwam go z jednej strony na drugą. Kontrast między delikatnością języka a twardością podniebienia jest niczym w porównaniu z wrażeniem jakie wywierają zęby. Dreszcz przebiega nie tylko przez wypełniającą mi usta męskość, ale wstrząsa całym ciałem. „Spokojnie, spokojnie, nie obawiaj się” - karcę go w myślach, nie mogę powiedzieć, że panuję nad wszystkim, ale doskonale wiem, co robię. A zmienność odbieranych bodźców jest tym, co dodaje smaczku pieszczocie. Przywracam poprzedni kurs i ponownie zagłębiam go w siebie. Napieram mocniej kierując w głąb gardła. Kiedy prześlizguje się po migdałkach zaczynam ssać w rytmie dyktowanym przez moje skurcze. Jeszcze jeden, może dwa ruchy i czuję jak dotyka przełyku, jak wdziera się weń naciskając na tchawicę, jak napełnia oczy łzami. I znów przestaję oddychać delektując się tym żywym kneblem…
Dłonie we włosach ożywają, jedno, drugie szarpnięcie i dźwięk, którego nie identyfikuję., dźwięk, który okazuje się być pytaniem.
- Lubisz tak głęboko?
Otumaniona, zabrana z krawędzi orgazmu nie potrafię odpowiedzieć, a przez zamglone oczy niewiele widzę.
- Lubisz? – niecierpliwie powtarzane słowo odbija się echem we wnętrzu głowy. Nie mogę zebrać myśli, ślina wycieka przez rozchylone usta.
- Lubię – wysączam odpowiedź wprost w mrok – bardzo lubię – powtarzam już tylko do siebie.
- To dobrze – zagrało mi w uszach – to dobrze, wystaw język.
Nie bardzo rozumiem, nawet nie staram się. Posłusznie wystawiam język i otwieram usta. To już nie jest moja pieszczota, to zaborczy akt władzy. Bez języka, bez warg nie sposób obdarować kogokolwiek urokami fellatio. Ale przecież to, co mam do zaoferowanie może być równie ekscytujące. I jest. Spokojnym, jednostajnym ruchem wsuwa się moje gardło, bez najmniejszego oporu. Palce zaciskają się na włosach, dłonie unieruchamiają głowę. Tchawica zgnieciona i rzucona w kąt wydaje się niepotrzebna, cały przełyk oddaję jemu. Wsuwa się niemal bez końca i równie długo wysuwa się z niego. Pozostawiając jedynie czas na szybki płytki oddech, a i to nie zawsze. Jego ruchu stają się coraz szybsze, choć nie pozbawione ostrożności to jednak wiem już, że nie mam wiele do zrobienia, że nie ja daję mu przyjemność, ale on sobie ja bierze. Każde wysunięcie pociąga za sobą smugę płynów, której nawet nie próbuję wycierać. Czuję jak spływa po mnie niczym ciepły strumyczek napędzany jego ruchami. Za każdym razem, kiedy wdziera się we mnie i ociera się o tylną ścianę gardła wszystkie mięśnie międzyżebrowe napinają się do granic możliwości. Z jednej strony walczą o haust powietrza, z drugiej powstrzymują następstwa odruchu wymiotnego. Dłonie we włosach zaciskają się kurczowo, kiedy walczę z własnym ciałem. Czy to jeszcze jest fellatio? Zastanawiam się przez chwilę lecz dotyk jąder na języku uświadamia mi jak głęboko wpuściłam go w siebie. Zaczynam osuwać się niżej na kolanach, kiedy gdzieś poniżej przepony rozlewa się we mnie gejzer rozkoszy. Odruchowo zaciskam mięśnie prężąc się w tej dziwnej przyjemność, czuję jak przełyk zamyka się na jego męskości. I choć to niemal niemożliwe próbuję unicestwić sama siebie odbierając sobie powietrze kolejnymi skurczami. Krztuszę się próbując złapać oddech, ale już jest za późno. Silne dłonie przytrzymują mnie przed osunięciem się na podłogę, nie czuje już bólu jaki sprawia mi szalejący w gardle i przełyku członek. Bezwolnie poddaję się temu, co się dzieje odpływając na fali własnego orgazmu. Krawędzią świadomości rejestruję jak pręży się wciskając się we mnie a czubkiem języka czuję ściągającą się skórę na jądrach, a potem przepychany skurczami i przyciskany do mojego języka ładunek zwiastujący bezgłośne finale grande. Nie posmakuję go, czuję tylko jak kończy gdzieś w trzewiach, zwierzęco brutalnie zaciskając palce na włosach.

A potem cisza i bezruch, osuwam się na podłogę ledwie żywa, zmęczona i obolała. Nie jestem w stanie ustać na nogach, drżenie mi na to nie pozwala. Łzy płyną, oczyszczenie duszy z tej brudnej rozkoszy, rozgrzeszenie, którego udzieliło mi własne ciało. Łyk wody jest jak pokuta, którą przyjdzie mi odprawiać przez kilka najbliższych godzin, pokuta za rozkosz. I jedyne, co mogę z siebie wyksztusić to
- Dziękuję – ciche, przetykane łkaniem dziękuję.
Znowu czuję palce we włosach, ale tym razem tylko miękko je przeczesują.
- Za piętnaście minut. Na dole. W barze.
Zamiast pożegnania metaliczny szept zamka w rozporku, zamiast dziękuję tłumione puszystością dywanu kroki i szczęknięcie klamki. I dlaczego ja to lubię? Chyba właśnie dlatego…

* * *
- Esemesujesz w środku nocy? Może do mnie? - głos dociera do mnie jak przez mgłę, z daleka. Powraca bolesna ostrość widzenia i rozpoznaję w otoczeniu bar, z którego przecież niedawno wyszłam. Pamiętam, że wychodziłam, że szłam na górę…
- Nie, nie pochlebiaj sobie – odpowiadam cicho przełykając napływającą ślinę – poza tym to odebrany sms – próbuję zapanować nad głosem, zamaskować zmieszanie.
Wierzchem dłoni ocieram kąciki ust w obawie, czy nie ma w nich mokrych pozostałości, bo przecież… Ale właściwie to co się stało? Dlaczego ciągle siedzę w barze?
- Musiała to być bardzo soczysta wiadomość, bo nawet na bluzkę pociekło – słyszę wypowiedziane z przekąsem słowa, słowa palące jak razy wymierzane pod pręgierzem.
Widząc zacieki, pozostałości po strużkach śliny nie jestem w stanie opanować płonących policzków. To już nie słowa, to świadomość tego, jak nieobliczalna staję się w obliczu żądzy. Wstyd i podniecenie walczą ze sobą i nie widać przeważającej siły żadnego z nich. Oto jestem zawieszona między niebem a piekłem i nie potrafię wybrać jednego miejsca. fascynująca mieszanka doznań unosi mnie znowu w przestworza.
- Możesz – słowo rzucone do mnie, gdzieś między toastem a śmiechem, najzwyklejszym z głosów, niemal od niechcenia.
Nie rozumiem kontekstu, nie uczestniczyłam w rozmowie, nie wiem czego to dotyczy, nie wiem nawet czy to było do mnie. Podnoszę zdezorientowany wzrok w górę, a w odpowiedzi widzę wyświetlacz telefonu. Telefon nie jest mój, w przeciwieństwie do wiadomości…
A więc to tak. Już wiem jakie spustoszenie czyni Johny Walker w kąpieli colowo-cytrynowej upośledza koordynację ręka-oko i pozwala śnić na jawie.
- Ale skąd? Jak? – pytania przeciekają przez usta – przecież ja nie…
- Proszącego wysłuchać, zwłaszcza jeśli tak grzecznie prosi...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



buhaha xD

----------------------------------------------------------------------------------------------

A tak na poważnie - może warto poszukać pracy w redakcji gazety pornograficznej i w niej umieszczać swoje opowiadania?

Jak dla mnie to przykład marnowania talentu narracyjnego. Warsztatowo - tak. Tematyka mnie rozśmieszyła.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Śmiech to zdrowie, jak mówi przysłowie więc dzięki lekturze będziesz zdrowszy, choć przyznam, że nie o taki efekt mi chodziło.
No cóż rozśmiesza Cię zapewne także klasyka: Fredro (min. Nowoczesna sztuka chędożenia, Baśń o trzech braciach i królewnie, O tem, jak ubożuchną kurew obłapiał łotrzyk nikczemny Bazylego świętego udający, Pan Tadeusz – XIII księga), Tuwim (Lilia), Tetmajer (Lubię kiedy kobieta), Mickiewicz (Mrówki), Trembecki (Przypadek siostry starszej opowiedziany siostrom młodszym). Proza także wywołuje pewnie Twój śmiech: żeromski (Dzieje grzechu - fragmenty), Boccacio (Dekameron – fragmenty), Kuczok (Widmokrą), Zegadłowicz (Motory – fragmenty) w wydaniu klasycznym. Ale również literackie wizje miłości homoseksualnej Oskara Wilde’a (Teleny – fragmenty) oraz erotycznych perwersji: sadyzmu u de Sade’a (Niedole cnoty) czy fetyszyzmu u Brunona Schulza (Traktat o manekinach), albo mieszanki wszystkiego Guillaume Apollinaire’a (Jedenaście tysięcy pałek, czyli Miłostki pewnego hospodara)

Nie przytaczam tych nazwisk, żeby się z nimi porównywać, ale po to, żeby wskazać istniejące w literaturze przypadki podejmowania tematu seksualności człowieka i samych aktów seksualnych w ujęciu literackim. Faktem jest, że język polski jest ubogi, jeśli chodzi o zasób słów, którymi nazwać można ludzką seksualność. I to chyba jest powód, dla którego erotyka tak rzadko staje się tematem literackim. Tak naprawdę do dyspozycji jest zestaw określeń infantylnych, typowo medycznych lub uznanych powszechnie za obelżywe. I to, co zostaje to balansowanie na ich styku. Owszem, łatwo o śmieszność przy tak śliskim temacie ale to ‘ryzyko zawodowe’.

Sam temat nie wydaje mi się nadmiernie szokujący, wszak kontakt oralno-genitalny jest dość powszechny w społeczności ludzkiej, a nie żyjemy w epoce wiktoriańskiej, żeby wypierać się jego istnienia. Czyżby więc hipokryzja? Nie uważam tego tekstu

a wręcz przeciwnie, za próbę zmierzenia się z niełatwa materią, której istnieniu spora część społeczeństwa wolałaby zaprzeczyć.

Chętnie natomiast podyskutuję o strukturze i kompozycji tekstu w wymiarze nieco szerszym niż:

Ciekawi mnie na przykład czy zauważona została zamierzona przeze mnie pewną neutralność tekstu wyrażająca się tym, że stosunkowo łatwe jest przetransponowanie go z wersji damsko-męskiej na homoseksualną. Bez utraty ładunku emocjonalnego. Czy takie wypośrodkowanie języka intymnych części ciała jest spójne czy może wręcz przeciwnie


Nie znajduję naruszenia regulaminu tego forum więc to miejsce jest jak najbardziej odpowiednie do publikacji. Jeżeli jesteś innego zdania proponuję skorzystać z opcji ‘zgłoś post do moderatora’. To powinno dać jednoznaczne rozstrzygnięcie.

pozdrawiam Turlającego-Się-Ze-Śmiechu
zooza
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Śmiech to zdrowie, jak mówi przysłowie więc dzięki lekturze będziesz zdrowszy, choć przyznam, że nie o taki efekt mi chodziło.
No cóż rozśmiesza Cię zapewne także klasyka: Fredro (min. Nowoczesna sztuka chędożenia, Baśń o trzech braciach i królewnie, O tem, jak ubożuchną kurew obłapiał łotrzyk nikczemny Bazylego świętego udający, Pan Tadeusz – XIII księga), Tuwim (Lilia), Tetmajer (Lubię kiedy kobieta), Mickiewicz (Mrówki), Trembecki (Przypadek siostry starszej opowiedziany siostrom młodszym). Proza także wywołuje pewnie Twój śmiech: żeromski (Dzieje grzechu - fragmenty), Boccacio (Dekameron – fragmenty), Kuczok (Widmokrą), Zegadłowicz (Motory – fragmenty) w wydaniu klasycznym. Ale również literackie wizje miłości homoseksualnej Oskara Wilde’a (Teleny – fragmenty) oraz erotycznych perwersji: sadyzmu u de Sade’a (Niedole cnoty) czy fetyszyzmu u Brunona Schulza (Traktat o manekinach), albo mieszanki wszystkiego Guillaume Apollinaire’a (Jedenaście tysięcy pałek, czyli Miłostki pewnego hospodara)

Nie przytaczam tych nazwisk, żeby się z nimi porównywać, ale po to, żeby wskazać istniejące w literaturze przypadki podejmowania tematu seksualności człowieka i samych aktów seksualnych w ujęciu literackim. Faktem jest, że język polski jest ubogi, jeśli chodzi o zasób słów, którymi nazwać można ludzką seksualność. I to chyba jest powód, dla którego erotyka tak rzadko staje się tematem literackim. Tak naprawdę do dyspozycji jest zestaw określeń infantylnych, typowo medycznych lub uznanych powszechnie za obelżywe. I to, co zostaje to balansowanie na ich styku. Owszem, łatwo o śmieszność przy tak śliskim temacie ale to ‘ryzyko zawodowe’.

Sam temat nie wydaje mi się nadmiernie szokujący, wszak kontakt oralno-genitalny jest dość powszechny w społeczności ludzkiej, a nie żyjemy w epoce wiktoriańskiej, żeby wypierać się jego istnienia. Czyżby więc hipokryzja? Nie uważam tego tekstu ? za...?

a wręcz przeciwnie, za próbę zmierzenia się z niełatwa materią, której istnieniu spora część społeczeństwa wolałaby zaprzeczyć.

Chętnie natomiast podyskutuję o strukturze i kompozycji tekstu w wymiarze nieco szerszym niż:

Ciekawi mnie na przykład czy zauważona została zamierzona przeze mnie pewną neutralność tekstu wyrażająca się tym, że stosunkowo łatwe jest przetransponowanie go z wersji damsko-męskiej na homoseksualną. Bez utraty ładunku emocjonalnego. Czy takie wypośrodkowanie języka intymnych części ciała jest spójne czy może wręcz przeciwnie


Nie znajduję naruszenia regulaminu tego forum więc to miejsce jest jak najbardziej odpowiednie do publikacji. Jeżeli jesteś innego zdania proponuję skorzystać z opcji ‘zgłoś post do moderatora’. To powinno dać jednoznaczne rozstrzygnięcie.

pozdrawiam Turlającego-Się-Ze-Śmiechu
zooza

:) Strzał w dziesiątkę, szanowna zoozo.

Ad.1./Ad.2 Muszę przyznać, że czytając ten utwór co chwilę zadawałem sobie pytanie: "dlaczego tak inteligentna babka pisze o takich pierdołach" jestem szczery. Seksualność człowieka, motyw jego zwierzęcej natury - można by się naprawdę rozpisać na ten temat (może nawet doktorat sklecić). Cóż ja mogę powiedzieć - rzeczywiście podołać takiemu wyzwaniu nie jest łatwo. Szczególnie, gdy bardzo niewielu potraktuje ten motyw poważnie. Dla mnie to wszystko jest grzebaniem w czarnej dziurze. Mamy w sobie coś gorszego od zwierzęcia. Czy warto więc zagłębiać się w te pokłady naszej świadomości? Jesteśmy skłonni zezwierzęcić się tak, że zwierzę nam nie dorówna. Słyszy się przecież o przypadkach, gdy (najczęściej) facet zamordował (najczęściej) kobietę a potem ją zgwałcił. W świecie natury takie rzeczy się nie dzieją. Człowiek jest bardzo elastycznym stworzeniem. Jego psychika jest bardzo podatna na kształtowanie przez czynniki zewnętrzne. Gdyby zupełnie przeciętne dziecko wychować z 'aniołami' - będzie jak 'anioł'; ale wystarczy wsadzić go do dżungli a tak bardzo upodobni się do małpy, że ten Tarzan nie będzie w stanie pokochać żadnej Jane... Bo to uczucie wyższe. Nie zbadamy siebie do końca - w tym cały smaczek naszej egzystencji. Ale wróćmy do seksualności w tym opowiadaniu - to (nie ukrywam) trudny temat. W twoim wykonaniu wywołał u mnie (u)śmiech, gdyż użyłaś słów takich jak "kutas" czy "laska". Mimo woli - nie mogłem się powstrzymać. Co wcale nie znaczy, że nie zauważyłem w tym tekście portretu psychologicznego "lodziarki". Tak więc - jest próba, ale czy wykonanie odpowiednie - nie wiem. Pokaż to krytykowi. Co do marnowania twojego talentu - powiem wprost - nie podoba mi się sceneria tego opowiadania, 'umiejscowienie faktów' największego pola do manewru. Jak sama wskazałaś - zagłębianie się w seksualność człowieka nie jest niczym nowym. Trzeba to ukazać oryginalnie, żeby nie wyszedł banał. Choć w tym przypadku - zrobiłaś chyba co tylko się dało, by ten temat wyczerpać.

Ad.3 Warsztat utworu - doceniam język, lekkość narracji, dosadność . Opowiadanie napisane porządnie. Interpunkcja (chyba) nienaganna. I za to: ślę laury.

"Ciekawi mnie na przykład czy zauważona została zamierzona przeze mnie pewną neutralność tekstu wyrażająca się tym, że stosunkowo łatwe jest przetransponowanie go z wersji damsko-męskiej na homoseksualną. Bez utraty ładunku emocjonalnego. Czy takie wypośrodkowanie języka intymnych części ciała jest spójne czy może wręcz przeciwnie"

Być może jestem zbyt głupi, aby to zrozumieć, albo nie chce mi się wgryzać w opowiadanie, ale fragmenty typu:

"- Esemesujesz w środku nocy? Może do mnie? - głos dociera do mnie jak przez mgłę, z daleka. Powraca bolesna ostrość widzenia i rozpoznaję w otoczeniu bar, z którego przecież niedawno wyszłam"

raczej zawężają możliwość rozpatrywania płci bohaterów. Nawet, jeżeli ta neutralność jest umiejscowiona - to powiem (okiem potencjalnego, przeciętnego czytelnika ), że dość ciężko ją zauważyć.

Ad.4 Nie jestem kablem :( A turlankę miałem tylko po przeczytaniu fragmentu, który zaznaczyłem.

Pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Pisze bo lubi :) pisać o rzeczach, które dla innych są właśnie "takimi pierdołami". Zwyczajność nie wywołuje reakcji, w przeciwieństwie do nietypowości. W tym przypadku wystarczyło zmienić perspektywę i zamiast relacji zwykłej, jak ją nazywasz, "lodziarki" zobaczyć fellatio z punktu widzenia kogoś, komu taki rodzaj kontaktu sprawia przyjemność. Przyjemność na tyle dużą, żeby o nią prosić. Dziwaczne? Nie, zachowania seksualne człowieka potrafią być fascynujące. I wcale nie trzeba odnosić się do zwierzęcej natury człowieka i zabójstwa, wystarczy zrobić krok w kierunku pragnień, które są skrywane. Choćby tych ocierających się parafilie, na przykład fetyszyzm. Przecież bohaterka/ bohater może być fetyszystą, dla którego kontakt z fetyszem (tu: członek męski) jest jedyną możliwością uzyskania satysfakcji seksualnej. I aspekt proszenia staje się całkowicie jasny i oczywisty. Kwestia perpektywy jest kwestią kluczową.

Pisząc o transpozycji płci miałam na myśli nie co innego jak jej słownikową definicję (za Wikipedią) Transpozycja – permutacja zbioru skończonego zamieniająca miejscami dokładnie dwa jego elementy. Zamieniająca! Kompozycja tekstu pozwala zamienić czasowniki i przymiotniki rodzaju żeńskiego na rodzaj męski i tekst pozostaje spójny. Nie ma w nim opisu np. żeńskich trzeciorzędowych cech płciowych, które taką zamianę by dyskwalifikowały.

Co do mieszanki określeń udzieliłeś mi, pośrednio, odpowiedzi na jedno z pytań, jakie tym tekstem zadałam:

pozdrawiam
zooza

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
    • Oklej Eli lej, Elko   Oklej, umilaj, ukop. A pokój Ali mój, Elko!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...