Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Odkochałem się w jednej chwili.Błyskawicznie. Jak dziś pamiętam ten szary, wiosenny dzień.

Wszystko zaczęło się pół roku wcześniej, późną jesienią.

Tak jak każdego dnia, snuliśmy się z kumplem z ulicy na ulicę, od sklepu do sklepu, od baru do baru.
Knajpy zapchane do granic możliwości, rozpierał dym papierosów i gromki śmiech panienek ze szkół średnich. Szkoła jest nudna, wiadomo.

- Zostajemy tu? - zapytał Rex z miną, jakby przegryzł cytrynę.
Spuściłem wzrok z wyświetlacza telefonu, w którego pamięci odnalazłem wielce zagadkowe sms-y z soboty i rozejrzałem się dookoła.
- Ok. Siadamy przy barze... Fajna barmanka - stwierdziłem i schowałem do kieszeni komórkę.
Rozsiedliśmy się na wysokich, mało wygodnych hockerach i wlepiliśmy wzrok w kolorowe butelki drogich alkoholi. Nowa barmanka wyglądała co najmniej tak atrakcyjnie, jak Johnnie Walker Black Label .
Bez pośpiechu nalewała piwo jakiemuś klientowi i z uśmiechem Mona Lisy przyglądała się Rexowi.
Miała na sobie białą, obcisłą bluzeczkę, a pod nią,kształtne piersi z sutkami tak ją wypychającymi, jakby chciały spod niej wystrzelić. Ten widok wywołałby grzeszne myśli, chyba nawet u zakonnika. Wreszcie podeszła.
- Co dla was? - zapytała.
- Dwa Żywce na początek - poprosił mój towarzysz.
- A może na początek zapłaciłbyś kreskę? - zapytała grzecznie, lecz stanowczo.
- Jaką kreskę!? - rzucił zdziwiony Rex.
- Pięćdziesiąt sześć złotych - wyjaśniła otwierając zeszyt dług?. - Ze soboty - dodała.
- Ty chyba jesteś jebnięta! - krzyknął Rex tak głośno, że słyszeli z pewnością wszyscy przy barze. - Chodź, idziemy stąd - zwrócił się do mnie. Stał już na nogach i poprawiał kurtkę.
Do drzwi na szczęście nie było daleko, więc nie musieliśmy długo słuchać stękań barmanki.

- Byłeś tu w sobotę? - zapytałem już na ulicy.
- Coś ty! Byłem w Manieczkach - wyjaśnił dość przekonywająco. - No chyba, że nad ranem - dodał po chwili.
- Ha ha ha...


Ruszyliśmy w stronę deptaku. O tej porze bywało tam ciekawie. Młodzież akurat wypryskała ze szkół i jak rwąca rzeka przelewała się w dół, w stronę rynku i PKS-u.
Czasem w tej szarej masie ludzi wprawne oko "rybaka", potrafiło dojrzeć całkiem zdrowe "rybki". Welony, bojowniki, skalary, gupiki i wiele innych gatunków o przeróżnych kolorach, kształtach, zapachach i smakach. Nie ważne, że łowiliśmy daleko od tropików, w krainie, gdzie nie ujrzysz lazurowych plaż i koralowych raf. To właśnie tu znajdowaliśmy przepiękne okazy. Najpiękniejsze pod słońcem.
Już sam ich widok sprawiał nam wiele radości, ale oczywiście samym patrzeniem się człowiek nie naje. Dlatego uważnie wypatrywaliśmy tak zwanych "złotych rybek". Te, jak wiadomo, chętnie spełniają życzenia.

Wtedy ujrzałem JĄ. Dzieliło nas grubo ponad pięćdziesiąt kroków, ale już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z niecodziennym zjawiskiem.
Szła z dwiema koleżankami po bokach. Obracała głowę to do jednej, to do drugiej i zarzucała, jasnymi jak słońce w południe, długimi włosami.
W towarzystwie swoich co najmniej mało urodziwych koleżanek, wyglądała jak istota z innej planety. Jaśniała niczym brylant na szarym tle i to nie z powodu włosów, czy ubrania, ale przez jakiś dziwny, wewnętrzny blask.

Była coraz bliżej. Musiała poczuć mój wzrok na sobie, bo urwał jej się temat z koleżankami i spojrzała prosto na mnie. W oczy. Uśmiechnąłem się odruchowo, bo nigdy nie byłem najlepszy w zabawie "kto dłużej wytrzyma bez śmiania się".
Ona też uśmiechnęła się lekko.
- Znasz ją? - zapytał Rex, kiedy minęły nas dziewczyny.
- Nie - odpowiedziałem, odwracając głowę za siebie, żeby jeszcze raz przyjrzeć się zjawisku z innej perspektywy. Zmierzyłem łydki, uda i tyłeczek. Ten, zawsze był dla mnie najważniejszy. Dużo ważniejszy niż charakter, kiedy w grę wchodził jedynie przelotny romans.
- Niezła dupa - stwierdził kumpel.
Miał absolutną rację.


Z Kasią spotykałem się już od roku. Śliczna brunetka, której zalety mógłbym wymieniać godzinami. Jej jedyną wadą, były niewielkie piersi. Innych minusów nie stwierdzałem. I co z tego? Co pomógłby jej nawet najwspanialszy biust? To nie piersi Kasi były naszym problemem. Ten siedział we mnie. Syndrom wiecznie głodnego samca - o tym mówię.
Jak chodziłem z brunetką, rozglądałem się za blondynkami.Kiedy chodziłem z blondynką, napalałem się na czarnulki. Gdy byłem z cycatą, szukałem takiej z małymi, a jak już ją miałem, znów śliniłem się na tamte. Przeklęta skaza charakteru! Może to dlatego, że w młodości miałem za mało miłości? Może za mało byłem bity? Nie ważne. Nikogo za to nie winię i w ogóle nie warto o tym rozmyślać, bo i po co? I tak nic już tego nie zmieni. Jestem jak kogut, który nie wejdzie drugi raz na tę samą kurę, dopóki nie obskoczy całego kurnika. Dokładnie tak.

Kasia, jak można się łatwo domyślić, od samego początku nie miała ze mną łatwo. Stale podejrzewała, że ją zdradzam na prawo i lewo, ale było znośnie, bo nie wiedziała tego na sto procent. Dziewczyny mogą podejrzewać i żyje im się z tym całkiem dobrze, ale pewności mieć nie lubią.


Nadeszła zima. Mroźna zima. W dni powszednie rozgrzewałem się Kasią i marihuaną, a w weekendy chemią i innymi panienkami.
Blondynkę widywałem najczęściej na początku tygodnia, czyli wtedy kiedy moja forma intelektualna, była bliska dna.
Nie miałem odwagi podejść do niej w taki dzień. Zresztą chyba żaden nie był dobry. Jestem stworzeniem nocnym.Księżyc dodaje mi mocy. Wtedy jestem zdolny do rzeczy niemożliwych, dla zwykłego śmiertelnika - nadludzkich wyczynów, podbojów... O wschodzie słońca czar pryska. Byłbym w stanie zaprzedać duszę diabłu, gdyby potrafił on rozciągnąć ciemności na całą dobę.
Blondyna uśmiechała się do mnie, przy każdym naszym spotkaniu i to coraz piękniej. Chyba tylko ślepy nie zauważyłby, że coś między nami iskrzy. A iskrzyło z całą pewnością, ale ja nie mogłem, nie potrafiłem do niej podejść!
Nie jestem nieśmiały, nigdy nie miałem większych oporów w kontaktach z dziewczynami, ale przy niej dopadał mnie jakiś dziwny paraliż! Doprowadzało mnie to do szału, tym bardziej, że koledzy szybko zauważyli, te żałosne, dziecinne podchody.
Opowiadali czego to, by nie zrobili z nią na moim miejscu. Gdzie, w jakiej pozycji i jakby jej się to podobało. Byłem wściekły! Jakby na to nie patrzeć - podważali moją męskość i odwagę. Ale nie to było w tym wszystkim najgorsze, ale to, że mówili o niej w taki sposób. Mówili o niej, jak o kimś zwyczajnym!
Czy nie dostrzegali, że jest inna!? Czy nie rozumieli, że tak nie wolno!? Według mnie za każdym razem, kiedy używali tych sprośności, profanowali istotę świętą. Do cholery! Oni bezcześcili ikonę!
Byłem gotowy walczyć z nimi na słowa, a nawet na pięści, lecz hamowałem swój gniew - z trudem, ale hamowałem.
Może oni zachowują się normalnie, a to mi odbija? - myślałem czasem.

Często myślałem o niej przed snem. Przypominałem sobie jej oczy, uśmiech, wyobrażałem sobie jej zapach... Wielokrotnie rozbierałem w myślach, ale nigdy, przenigdy do naga. Przecież to byłoby tak, jakbym rozbierał Matkę Boską!
Naprawdę nie wiem, czy nie dałbym plamy, gdyby kiedykolwiek dane mi, było zostać z nią w pokoju, sam na sam.

Z dnia na dzień interesowałem się nią coraz to bardziej. Powoli stawała się moją obsesją obsesją.
Sprawdziłem gdzie się uczy, dowiedziałem się, jak ma na imię, gdzie mieszka... Niemal każdego dnia, czaiłem się przy PKS-ach z przygotowanym wcześniej monologiem, kilkoma wersjami dialogu (w zależności od tego jak zareaguje) i mocnym postanowieniem: "Dziś idę śmiało!".
Skoro tylko pojawiała się na horyzoncie, serce zaczynało mi walić jak wściekłe, a wyćwiczona wcześniej kwestia, znikała w jednej chwili tak skutecznie, że zostawał tylko początek o treści: "Cześć" - i wielkie NIC.
Oczywiście "cześć" to o wiele za mało, żeby zrobić na pięknej kobiecie wrażenie. Doskonale wiedziałem, że pierwsze wrażenie jest szalenie ważne, ale w tym przypadku chyba, aż nadto się tym przejąłem.
Swoją pierwszą dziewczynę uderzyłem z głowy w nos na szkolnym korytarzu tak, że niemal się przewróciła, a mimo to narodziła się między nami miłość, która trwała, aż dwa lata. Pierwsze wrażenie zwaliło ją co prawda z nóg, jednak z całą pewnością nie było najlepsze.

Gdyby tak choć raz moja piękność się potknęła i przewróciła, to podbiegłbym i pomógł jej wstać. To byłby niezły początek. - myślałem. Jak na złość ona stąpała pewnie na swoich obłędnie zgrabnych nogach. Codziennie obserwowałem, jak znikają one na schodkach autobusu, który chwilę później odjeżdżał w siną dal.
Wtedy paraliż ustępował jak ręką odjął i mogłem wrócić do domu - zrezygnowany i pokonany.
W momentach ciężkiej desperacji myślałem nawet, żeby podbiec do niej i przyłożyć jej z główki i to nie niechcący, jak tamtej dziesięć lat temu, ale z prawdziwą premedytacją. Naprawdę zaczynało mi odbijać.
Pewien "mędrzec", widząc moje męczarnie podzielił się ze mną złotą myślą: "Pamiętaj, że nawet najpiękniejsza kobieta puszcza bąki i robi kupę."
Nawet to nie pomogło. Miłość to choroba - ciężka psychiczna dolegliwość. Są na szczęście na nią lekarstwa. Działają szybko, piorunująco. Wkrótce miałem się o tym przekonać.


Postanowiłem wziąć ją innym sposobem - na auto. Krążyłem gablotą po mieście - przy dworcu autobusowym, przed jej szkołą... Wyraźnie jej się to spodobało. Miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś zatrzymać koło niej, opuścić szybę i wycedzić kozackie: "Hej. Podwieźć Cię?".
Jak na złość obiekt moich marzeń, zawsze chodził w towarzystwie, dwóch brzydkich jak noc przyzwoitek. Dlatego przestałem kursować.
Doszedłem też do wniosku, że "auto-szpan" na dłuższą metę nie ma sensu. Przecież, nawet gdybym codziennie jeździł nową furą, to ona i tak już szerzej nie mogła się uśmiechać. Choćby dlatego, że anatomia ust na to nie pozwala. Wiedziałem, że wszystko w niej krzyczy: "TAK, CHODŹ DO MNIE!".
Na co więc czekałem? Na co liczyłem? Chyba na to, że to ona pierwsza podejdzie! Zrozumiałe, że nie podeszła. Taka dziewczyna jak ona może przecież mieć każdego na skinienie palca. Ba, nawet tym palcem nie potrzebuje kiwać. Za sam uśmiech, nie jeden zrobiłby dla niej wszystko. Ja wskoczyłbym nawet w ogień.
Zdawałem sobie sprawę, że wszystko mi się w głowie pochrzaniło. Wcześniej żadna kobieta nie zmusiła mnie do większych wyrzeczeń, czy poświęceń. Teraz byłem gotowy klęczeć, tarzać się, pełzać...
Sprawa nie miała precedensu w całej historii mojego beztroskiego życia. Jakby na to nie patrzeć, w tej bajce to "rybak" wpadł w sieć "złotej rybki" i co gorsza, chętnie spełniłby nie trzy, a wszystkie jej życzenia, gdyby tylko zgodziła się, nigdy nie wypuszczać go ze swych sideł.

Musiałem w końcu coś zrobić. Jakikolwiek krok. Takie zawieszenie pomiędzy "tak", a "nie" ciągnęło się już o wiele za długo. Wiedziałem, że najrozsądniej, byłoby dać sobie z nią spokój. Miałem przecież dziewczynę. Kasia była wspaniała i dopóki nie pojawiła się blondynka, żyło mi się z "Kicią" bezstresowo, wesoło i luksusowo.
Przy całej masie swych zalet była też nadzwyczaj tolerancyjna. Jak żadna. Przymykała oczy na wiele spraw - nawet na moje weekendowe harce. Zdawała sobie przecież sprawę, ile chętnych panienek kręci się w dyskotekach. Doskonale wiedziała też, że nie należę do tych facetów, którzy odmawiają takim dziewczynom - zwłaszcza jeśli w dodatku są ładne. Ja nie odmawiałem nigdy. Przecież to niegrzecznie odmawiać potrzebującej kobiecie.
Która dziewczyna, poza Kasią, potrafiłaby się z tym pogodzić?
Gdyby nie "Blondie", żyłbym z moją dziewczyną długo, szczęśliwie i kto wie, czy nie do końca życia, bo wydawała się wymarzonym wręcz "materiałem" na żonę!
Potrafiła nieźle gotować, sprzątała (nawet w moim pokoju), kochała dzieci, kochała się kochać... Przed Kasią miałem wiele dziewczyn, ale tamte tak naprawdę, dobrze to umiały tylko malować paznokcie, oczy i usta. Kasia malowała tylko paznokcie, ale i tak przebijała wszystkie urodą. Nie ma ideałów? No może i nie ma. Cycki miała stanowczo za małe. Ale czy to mogłoby stanąć nam na drodze do szczęścia? Oczywiście, że nie!
Prawdziwym problemem, było tylko i wyłącznie moje chore uczucie do innej - prawdopodobnie także nie potrafiącej nic poza wyglądaniem.
Musiałem sprawę szybko i jak najkorzystniej zamknąć. Wymyśliłem trzy rozwiązania:

1. spróbować poruszać się po mieście tak, aby jej nie widywać i żywić nadzieję, że powoli mi przejdzie.
2. przełamać się, poznać ją, przelecieć, stwierdzić, że nic nadzwyczajnego i uwolniony od balastu żyć dalej z Kasią.
3. skonstruować trójkąt - Nie byłem pewien, czy Kasi spodobałoby się poszerzenie horyzontów, ale prawdopodobnie zgodziłaby się pod groźbą szantażu. Nie wykluczone, że wreszcie spodobałoby się to i jej, i "nowej".

Nie zdążyłem wcielić żadnego z trzech planów w życie, bo oto pojawiła się czwarta opcja, jakby samoistnie. Kończyła się zima. Ani zimno, ani ciepło. Na chodnikach ni to śnieg, ni to woda, słońce nijakie - ani białe, jak w zimie, ani żółte, jak latem. Skoro, "ani na sanki, ani popływać", zaczęliśmy jarać. Paliliśmy osiem dni w tygodniu, do rzeczywistości wracając dwa razy przez cały miesiąc. Pierwszy raz, jak policja zabrała nam samochód na parking strzeżony - za alkohol w wydychanym dymie, a drugi raz, jak pożyczonym autem wjechaliśmy w drzewo. Zresztą nawet wówczas stwierdziliśmy, że to drzewo w nas uderzyło pierwsze.
W takich okolicznościach prawie zapomniałem o niej.


Wszystko wróciło wraz z nadejściem wiosny. Na bulwarze prowadzącym do PKS-ów, jak kwiaty po deszczu wyrosły kolorowe parasole ze wszystkich polskich browarów i rozbrzmiała muzyka.
W tę i z powrotem spacerowały młode dziewczyny w przewiewnych sukienkach, uradowane, że wreszcie mogą pochwalić się rozkwitającą w nich kobiecością. Trudno było oprzeć się urokowi tej ulicy. Ja nie potrafiłem.
Przesiadywaliśmy tam każdej wiosny i mierzyliśmy śmigające panienki, czasem oceniając na punkty. Dziewczyny szybko odkrywały, że są obserwowane przez przystojnych jurorów. Zaczynały malować się, inwestować w ciuchy, fryzjerów, kosmetyczki... Ulica Rynkowa od południa do trzeciej godziny, zmieniała się w Aleję Gwiazd, niczym w Cannes. Z tą różnicą, że we Francji gwiazdy ogląda się przez jeden dzień, a na Pomorzu przez całą wiosnę.


Tego dnia siedziałem pod parasolem sam. Był poniedziałek. Piękna pogoda. Bezchmurne niebo przecinała tylko biała smuga odrzutowca Warszawa - Gdańsk.
Niewiele w sumie jeszcze działo, ale powoli zaczynał się desant ze szkół.
- Siemka czarnuchu! - usłyszałem.
Podniosłem wzrok znad miesięcznika "Laif". Po drugiej stronie niskiego płotka stał Jacek "Gruby" i Arek "Pies". Arek to stary imprezowy kumpel. Skąd ten pseudonim? Czy od nazwiska, czy od stylu życia? Nie wiem, nigdy nie wnikałem. A co do Jacka, to pochodzenie jego ksywki, nie jest tajemnicą chyba nawet dla idioty.
- Siema, wskakujcie - wskazałem krzesła.
Pokonali plot (Gruby ze sporym trudem). Przywitali się ze mną tym swoim, śmiesznym, murzyńskim sposobem (kolejności ruchów ręką chyba nigdy nie zapamiętam) i rozsiedli się wygodnie w plastikowych krzesłach.
Zaczęła się nawijka:
- Chyba pół roku ciebie nie widziałem - trochę przesadził, ale faktycznie minęło sporo czasu. - Musimy wyruszyć na jakieś dupeczki, jak kiedyś - dodał wyciągając paczkę L&M-ów.
- No raczej - odparłem.
- A gdzie teraz imprezujesz? Byłeś gdzieś w sobotę? - spytał odpalając papierosa.
- W Terminalu. Jak co tydzień.
- Pierdolić Terminal! Kiedyś też tam jeździłem z Rexem. Terminal, Ekwador, Odyseja... do porzygania! Znudziło mi się.
- Taa? I co teraz?
- Teraz? Wioski bracie. Na tych "techniawach" jest ok, ale jak się grubo naćpasz. A ile można? - i tu mnie zaskoczył, bo co jak co, ale nie spodziewałem się, że z jego ust usłyszę kampanię antynarkotykową.
- Wioski!? - roześmiałem się. - I co? Tańczysz w kółeczku przy disco-polo?
- Ej, nie jest tak źle. Za disco-polo to bym osobiście DJ-a zastrzelił. Słuchaj, muzyka jest pojebana... fakt, ale za to jakie towary tam się kręcą! I wszystkie najebane - winem i piwem. Zero dragów. Jedyni naćpani, to ja z Grubym. Mam ci tłumaczyć co robi alkohol z dupami?
- Hmm.
- No to ci wytłumaczę. W Terminalu wszystkie są tak nafaszerowane, że nawet jakbyś im fujarę przystawił do nosa, to i tak jej nie dostrzegą przez te ciemne okulary. - Wytłumaczył dość obrazowo. Przebarwił, ale musiałem przyznać mu rację.
- A na wiosce bracie... - kontynuował. - namierzasz najlepszą laskę, mówisz jej, że jesteś z miasta i już jest twoja! - zaciągnął się głęboko dymem - Tak jak teraz, nie Gruby? - dodał wypuszczając dym w kształcie okręgu w kierunku Jacka.
Jacek pokiwał wielką głową, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza telefonu, i lekko się uśmiechnął.
- Jak jedziesz do Terminala, to se nigdy nie poruchasz, no prawie. A na wiosce - zawsze. W tą sobotę, rozumiesz... - I zaczął nawijać, jak nakręcony.
Przyszło mi na myśl, że musieli wciągnąć "mąkę" nosem na śniadanie.
Mówił, że zabrali z dyskoteki jedną pannę na domek. Opowiadał, ze wszystkimi szczegółami, jak posuwał ją całą noc i tak dalej - cały Pies.

Mało interesowało mnie w sumie to erotyczne opowiadanie Arka, bo czy to pierwsze takie słyszałem z jego ust? Co mnie obchodzi jakaś wiejska nimfomanka!?

Tymczasem ulica zaczęła ożywać, a na sześciu przystankach powoli gromadziła się młodzież.

Arek mówił dalej, ja patrzałem jednym okiem na niego, a drugim na przystanki.
Muszę przyznać, że z tego co opowiadał można, by napisać całkiem dobry scenariusz do pornosa. Dziewczyna naprawdę zaszalała i dała z siebie dosłownie wszystko, ale czy to mało już takich filmów? Oscara by raczej nie zdobył.
Najciekawsza była końcówka, gdzie okazało się, że nawet Gruby bzyknął ją nad ranem. Naprawdę trudno mi było w to uwierzyć.

Wtedy na horyzoncie pojawiła się ONA. Poczułem kołatanie serca i duszności.
Majestatycznie posuwała się na dół bulwaru z dwiema zmorami po bokach. Musiały być szczęśliwe, że mają taką koleżankę.
Każda brzydula ma, nie dające się przecenić, korzyści z takiej znajomości. Poznaje dzięki niej facetów, o których inaczej mogłaby tylko pomarzyć.

Dostrzegła mnie z odległości jakichś dwudziestu metrów. Wyglądała, jakby zobaczyła UFO. No, ale nic dziwnego, przecież nie widzieliśmy się świetlny rok. Uśmiechnąłem się szarmancko i czekałem wzajenmość z jej strony. Tymczasem zareagowała dziwnie.
Na chwilę przystanęła, spojrzała za plecy i znów w stronę PKS-ów. Przeszła na przeciwną stronę ulicy, a stamtąd ruszyła szybkim krokiem w kierunku przystanków. Zostawiła daleko z tyłu swoje zdezorientowane, rozglądające się dookoła koleżanki.
Najwidoczniej niczego nie rozumiały. Tak samo jak ja.

Właśnie mijała nasze parasole. Patrzała prosto przed siebie. Nawet na ułamek sekundy nie spojrzała w bok.
Wreszcie dotarła na trzeci przystanek i usiadła na ławce. Chwilę później, dosiadły się do niej koleżanki.

Zrobiło się duszno. Nagle poczułem się paskudnie - jak ryba wyrzucona na piasek.
Mogłem zrozumieć, że ma do mnie uraz, ostatecznie to olałem ją wtedy. Ale żeby, aż tak!? Czułem, że teraz jest już "po zawodach" - definitywnie.

Arek nie przestawał ględzić, Gruby pisał sms-a swoimi tłustymi paluchami, a ja myślałem tylko o swojej głupocie. Już było po wszystkim - pozamiatane.
Nagle pociemniało. Wszyscy spojrzeliśmy na niebo. Nie wiedzieć skąd, ani kiedy, przyszły te chmury! Lazurowe przed chwilą niebo, było ciemne jak grafit.

- Oho! Zaraz pierdolnie - stwierdził Jacek.
"Oby porządnie" - myślałem. Było mi już wszystko jedno. Mógł spaść czerwony deszcz, stutonowy grad, żaby, mógłby zabić mnie piorun... Obojętnie.
Dla mnie świat się skończył minutę wcześniej.

Wstaliśmy od stołu. Gruby przeciągnął się, demonstrując przy okazji ogrom swego brzucha i krzyknął:
- Ty! Ona tam jest! Na "PeKaeSach".
- Kto? - zapytał Pies, odwracając głowę w stronę przystanków.
- No ona! Ania, czy jak ona tam miała...

Zrobiło mi się słabo, ale musiałem zapytać:
- Na którym przystanku?
- Na trójce - odparł. - Blondynka w białej koszuli - usłyszałem...
GRZMOT I BŁYSK.

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Dziękuję :) Cieszę się, że się podobało i aż się dziwię, że taka reakcja! Zamieściłem ten tekst dawno, dawno temu i wstawiłem tu dość pochopnie. Później przeczytałem go jeszcze raz, chwyciłem się za głowę i diametralnie przebudowałem. Ostateczną wersję wklejam powyżej, stara tymczasem idzie w niepamięć.

  • 4 lata później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...