Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

czasami chwila chwieje się
bezszelestnie
zdziwiona czasem który porywa
rozbija na atomy czas
skrzy się wtedy
tysiące barw
wtedy też Aniołowie
witają przybyłych

czasami noc rozjaśniona
czaroksiężystwem
śpią ptaki ścisznie ogłuszone
cieniej wśród drzew
w lśniątyni liści
Selene wschodzi
wtedy też Demony
witają zakochanych.

Opublikowano

Adamie - zostanie jak jest i dzięki za dość posażny wagonik :)

Macieju - "czas" "czasem" są bliskoznaczne, ale nie tożsame. Nie omsknięcie palca - tak ma być. Wziąłem na swe barki napisanie liryka który nie byłby kopią kopii - to trzeba coś pokombinować.
Dzięki.

Pozdrawiam.

Opublikowano

mnie intryguje czas porywający chwilę/ która tutaj występuje jako zmaterializowana/
i rozbija ją na atomy - materię na atomy.
Ale przerzutnia:
rozbija na atomy czas
skrzy się wtedy


tutaj metafora fajna, ale dla kogoś komu atom kojarzy się z materią ten czas rozbity na atomy trochę dziwnie brzmi.
Bo chronon jest najmniejszą jednostką czasu.
Z kolei
rozbija na chronony czas -
tutaj wypadłoby raczej bardziej fizycznie niż poetycko:))

ponadto
zastanawiam się nad dużymi literami w tekście,
bo lśniątynię widzę w świątyni
ale czaroksiężystwo - blisko i księżyca i czarnoksiężnika i księży
a skoro w tekście jest Selene to może coś z Luny zneologizować?
czarolunarstwo ? ;)

i jeszcze jedno;
strofę ostatnią dałbym jako pierwszą - życie
a pierwszą jako życie pożyciu - na koniec.
Ale to takie nikiforyczne widzimisię;)
Wiersz prawdopodobnie rozpracowywany, opracowywany słowem - wypracowany.
Takie lubię, bo te pisane wprost z weny nie zawsze dobre.
Pozdrawiam:)

Opublikowano

czasami noc rozjaśniona
czaroksiężystwem----------czarnoksiężnik, księżyc, księża.....wszystko "cuzamen do kupy"
śpią ptaki ścisznie ogłuszone
cieniej wśród drzew
w lśniątyni liści-------------(czytam)świątynia lśniących liści....
Selene wschodzi
wtedy też Demony
witają zakochanych.
**
mam nadzieję ( a może bardzo bym chciała żeby tak było),że dobre demony, ale demony kojarzą mi się tylko ze złymi( bezdemony?)

"rozbija na atomy czas" jakieś nie pasujące do reszty(tak tylko myślę)
pozdrawiam ciepło plusem oczy-wiście,Es

Opublikowano

Witam.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


W obu strofach wyeksponowany został 2. wers, aczkolwiek tylko w drugiej strofie uważam to za zabieg w pełni uzasadniony. Mamy tam bowiem neologizm, który prawdopodobnie (to moje mniemanie) jest zlepkiem słów "czar" i "księżyc", i jakoś trudno mi przekonać się do zaproponowanego przez Panią Żak Stanisławę "czarnoksiężnika", choć w istocie uprawia on magię, czary, ale chyba takie rozsupłanie tego neologizmu jest niewłaściwie. Najrozsądniej brzmi, że noc rozjaśnia czar księżyca (ewentualnie czar księżyca księcia, choć to księcia lekko nadęte się wydaje). Co zaś do propozycji Pani egzegety ("czarolunarstwo") to ów neologizm zbyt pretensjonalnie brzmi, poza tym to zależy co woli Pan M. Krzywak - czy Rzym, czy Grecję. Choć z drugiej strony takie zmieszanie mitologii mogłoby być ciekawym zabiegiem.
Wracając do strofy 1., "bezszelestnie" jest nieodkrywcze. Jakoś tak się przyjęło, że w momencie kiedy pojawia się w tekście wyraz "chwila", naraz zjawiają się wyrazy mające ją opisać (lub opisać czynność, którą chwila wykonuje) i, jeśli chodzi o przysłówki, to mamy nagminnie dużo "niemo", "bezszelestnie", "cicho" etc. No ale skoro już musi tak być, to dlaczego od razu jakby "chwalić się" oklepanym standardem, stawiając go samotnie w wersie?
Dalej - nieporadnie brzmią te wersy:

zdziwiona czasem który porywa
rozbija na atomy czas

Powtórzenie wyrazu "czas" nie daje tu większej ekspresji, wygląda za to nader nieporadnie. Zrezygnowałbym zupełnie z wiersza 4. ("rozbija na atomy czas"). Czytałem bez tego wersa, sens faktycznie został zmieniony, jednakże sądzę, że nie stało się nic wielkiego (naturalnie to tylko sugestia). Za to pobawiłbym się lekko homonimem "czasem" i pierwsze słowo w pierwszym wesie w pierwszej strofie (ale brzmi) "czasami" zmienił na "czasem". Ostatecznie tak wyglądałaby strofa 1.:

czasem chwila chwieje się
zdziwiona czasem który porywa
skrzy się wtedy
tysiące barw
wtedy też Aniołowie
witają przybyłych

Ewentualnie można nie usuwać wersa 2. i miast "bezszelestnie" wstawić coś mniej schematycznego, no ale wtedy trzeba zmienić wersyfikację tak, żeby nie zostawiać tego słowa samotnie w linijce.

W strofie 2. też zmieniłbym "czasami" na "czasem", choć tu już nie będzie efektu ze strofy 1.
Drugi wers dobrze, jedno słowo, ale nie dość, że neologizm, to słowo jest dość długie, więc tu całkiem nieźle sobie Pan poradził.
W kolejnym wersie kolejny neologizm (przynajmniej mnie to słowo nieznane) "ścisznie" - ładnie brzmi i teraz się zastanawiam, kiedy mamy taki zlepek słów, czy to "bezszelestnie" jednak usuwać? Pokombinuj, Autorze.
Tu chwilowo moje rozumienie się urywa, bowiem nie znam słowo "ścisznie" (choć mam własne wyobrażenie o jego znaczeniu) i dlatego też nie rozumiem słowa "cieniej", czyli kalecząc naszą polszczyznę, bardziej cienko. Mam swoje własne wytłumaczenie, ale zobaczę jeszcze, co Autor odpowie.
Dalej znów neologizm "lśniątynia". Za moimi przedmówcami powiem, że również mi kojarzy się to ze światnią oraz ze lśnieniem. Także daję plusa, bo to najładniejszy neologizm w tekście.

Nie wiem, czy kusić się o interpretację. Może nie będę jej tu rozpisywał, ale podoba mi się sens całego tekstu. Szczególnie końcówka "Demony witają zakochanych" pozostawia duże pole interpretacyjne.

Reasumując - ciekawe neologizmy, nawet sens utworu, który wyłuskałem dopiero po kilkakrotnym przeczytaniu i który być może jest inny od zamierzeń Autora (interpretuję na swój sposób wiersze) przypadł mi do gustu, acz nie do końca (tu nie będę rozwijał wątku, bowiem jeśli źle intepretuję, to i nie mam się, o co rzucać). Niemniej nie spodobał mi się styl. W drugiej strofie duże nagromadzenie słów takich, jak "czaroksiężystwem", "noc", "śpią", "lśniątyni liści", "Demony" sprawia, że powiało mi oniryzmem, a chyba niepotrzebnie.
Tak więc ode mnie plus/minus.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Ojej, jak dużo zdań:))))
A więc po kolei - odpiszę w jednym poście, żeby nie powtarzać niepotrzebnie. Specjalnie rozbiłem na dwie strofy i specjalnie umieściłem w jednej proste (czyli bez udziwnień wersy) jako odnoszące się do Aniołów, sfery mniej zawikłanej w tym tekście niż sfera Demonów (tutaj wchodzimy też w strefę "kochanków"), czyli bardziej mroczną, niedopowiedzianą i tajemniczą (zakochani, pożądanie, demony itp..). I tutaj nie ma też sensu zastanawiać się czy strefa Aniołów jest bardziej układna - to nie ma sensu, nawet sięgając po tradycje pamiętamy kobietę jako Anioła, czy Kobietę Demona (i co jest związane z nimi i do czego prowadzą one swych kochanków).
Tyle co do podziału i dlaczego tak jest. A neologizmy - "lśniątynia" wg. Stasi bardzo ładnie wygląda, a resztę sobie proszę podopisywać (niekoniecznie mieszając księży - miały być czary wraz z księżycem. A Selene też nie do końca jest tym samym co "księżyc".
Acha - i ten czas. Przyznam się Egzegeto, że na te chrononomy bym nie wpadł, a tak skorzystałem z Demokryta uznając po nim, że atom jest najmniejszą cząstką wszystkiego.

Dziękuje bardzo za odwiedziny i pozdrawiam.

Opublikowano

amerrozzo - akurat odpisywałem w czasie, gdy Pan pisał tą bardzo szczegółową i poważną opinię i muszę ją przemyśleć - szczególnie z tym "czasem" bo to już nie pierwsza uwaga co do niego. Proszę dać mi trochę więcej czasu i jak dzieciaki nocą zasną ustosunkuje się do pytań.
I dziękuje - miło tak poczytać o swoim tekście, choć trochę drżą łydki :))))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



tylko Demokryt nie wiedział, że atom to nie taka definitywnie ostatnia cząstka materii,
bo jeszcze jądro, elektrony, neutrony, protony ;)))
Ale ja za Demokrytem też murem staję
bo zacny to facet był;))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dobra, postaram się odpowiedzieć - co do neologizmu pierwszego zgadza się, tutaj dorabianie "księcia, księży" jest niepotrzebne". "Lśniątynia" została dobrze przyjęta, za to co z tymi kolejnymi. Tutaj mam mały kłopot z tym, że muszę wygarnąć co autor miał na myśli i wejść w sferę interpretacji samego siebie. Ale nie ma problemu, postaram się jasno i klarownie wszystko odpowiedzieć - jak już wspomniałem, zamysł autora miał na celu stworzenie dwóch opozycyjnych względem siebie strof - powiedzmy jasną i ciemną (przy okazji załatwię to "bezszelestnie" - otóż faktycznie, ma pan rację z tym, że jest to standard i w moim liryku, gdzie chciałem tego uniknąć, jednak - nie uniknąłem. Ale wyciąć nie za bardzo mogę, ponieważ wszystko łączy się tutaj z ruchem - właśnie "cieniej" wychodzi Selene, ptaki śpią "cisznie" ogłuszone, czyli jest to jakby wejście z dnia w noc i tym samym zmiana patrzenia. W nocy wszystko jest bardziej rozmyte, niekształtne i inaczej wygląda (np. "lśniątynia" -coś lśni, coś widać, ale nie za bardzo wiadomo co). I stąd też opozycja świateł - jasne barwy w 1 strofie, te zamazane w 2.
I o ile to jest wystarczająca odpowiedź na cześć pańskich pytań, na razie stoję bezradny co to tego czasu. Bo sam czas jest tutaj bardzo istotny - powiedzmy, że trwa dzienna adoracja, a nagle znajdujemy się w tym samym czasie ale o zmierzchu, czyli paradoksalnie w tym samym, ale zarazem innym miejscu (dlatego właśnie "zdziwiona"). Z tym "czasem" ma pan doskonały, bardziej warsztatowy pomysł (bo fizycznie treść się nie zmienia, za to homonim w sam raz), tylko wahałbym się go teraz zamieniać, ponieważ to pański pomysł i pańskie laury, ja muszę niestety pokutować za własne słowa.
A co do interpretacji - autor tutaj ma najmniej do powiedzenia, w końcu tekst należy do niego do czasu poważnej decyzji wydrukowania/wysłania go i nie widzę żadnych podstaw, żeby gromić odbiorcę za interpretacje (nawet daleką od zamierzeń autorskich). Ja jeszcze raz powtórzę - wszedłem na obcy technicznie i tematycznie dla mnie grunt, ponieważ z tendencyjnej liryki sam się nabijam, a sam nie dostrzegłem u siebie tej trywialności i kopii ("bezszelestna chwila"). Jednak starałem się jakoś inaczej rozwiązać to u siebie (przecież "neologizm" też nie jest nowością, chociaż ostatnio nawet tutaj na forum błąd gramatyczny autorzy każą czytać jakby to był neologizm, bo w poezji wszystko wolno, czyli w 18 wersowym /przykładowo/ tekście jest jeden taki "neologizm" i to ma być w porządku) jakoś inaczej. I czytając pański rozbiór - jestem zadowolony i z krytyki i z siebie. Zatem dziękuje jeszcze raz, w razie jakiejś mojej niejasności w czasie odpowiedzi teraźniejszej, proszę pytać - mam świadomość, że przy dłuższych wypowiedziach na bieżąco trochę się gmatwam w toku myśli,
Opublikowano

Bardzo mi się podoba ten liryk. Dzięki neologizmom stworzyłeś mały niecodzienny świat, a to uwielbiam:) Zresztą to wiersz na czucie nie na myślenie, przynajmniej na razie tak go odebrałem. Wielki plus za czaroksiężystwo i lśniątynię- oczywiście. Tylko te demony mnie przerażają.( Miały przerażać czy żle odebrałem???)
Pozdrowionka

Opublikowano

W całości Michale.
A lśniątynia - jak świątynia dumania, lśniąca w blasku ksieżyca, matecznik, błyszczy rosa odbijając nieliczne promyki światła. Miejsce spotkania, z jednej strony pełne uroku ale też i strachu. Lecz Demony nie muszą być wcale ucieleśnione, mogą to być zmory drzemiące w kochankach, rozterki moralne.
Lub też Aniołowie też nie istoty ze skrzydłami tylko pełne miłości spojrzenia, a rosa skrzy się wtedy tysiącem barw.
Tak do mnie to trafia.
Pozdrawiam

Opublikowano

Beeni - czas to czas, jednakowo nieubłagany :)
Dziękuje.

Piotrze - oczywiście, że można sobie różnorako to interpretować - przecież tym właśnie różni się dzień od nocy. A podobno zawsze przy tym pierwszym razie jest strach. Ja nie wiem ;)
Dziękuje.

Joasiu - bum, z dyńki, bam.
:)

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...