Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Stasiek otworzył oczy. Ujrzał pożółkły z brudu, sufit rozświetlony mdłym światłem żarówki. Nie czuł bólu. Nie dręczyły deliryczne widziadła. Nawet kac odpuścił; czuł się wyśmienicie, jak nowo narodzony. Jedyną drażniącą rzeczą było szlochanie Baśki, jego żony.
- Babo co Ci odwala? Nie dajesz człowiekowi pospać!
Lament nie ustawał. Nie no ta kobita mnie do szewskiej pasji doprowadza - pomyślał. Zerknął w jej stronę. Zalana łzami pulchna blondynka w średnim wieku ściskała i potrząsała jego rękę.
- No jasny gwint, powariowałaś czy co? Przestańże beczeć wreszcie!
Postanowił wyszarpnąć dłoń i przemówić babie do rozsądku, lecz o dziwo jego ręka... odkleiła się od tej trzymanej przez Baśkę. Miał teraz dwie lewe ręce!
- Ło matko przenajświntsza! O krucafiks! - jęknął zdając sobie sprawę, że musi być nawalony jak drzwi od gajówki.
Coś jednak było nie tak - przynajmniej takie miał wrażenie. Przecież samopoczucie dopisywało; szkoda tylko, że nie czuł się nawet pijany. Gorzej! Czuł sie normalnie - czyli nie tak jak powinien przy takich zwidach! Trzeźwiuteńki był jak mnich buddyjski, co to dnie całe spędza siedząc na zadzie i łącząc się umysłowo z kosmosem (ech by bimbru łyknął taki to dopiero by miał kosmos)!
Skoro mam jazdy kiej bym był nagrzany, a we łbie nie huczy -dedukował - to może chory jestem? Trzeba wstać i się ogarnąć!
Z zadziwiająca lekkością, jak na człeka po trzydniowej libacji, usiadł na łóżku. Bacha rycząc gapiła się na niego, ale jakimś takim dziwnym wzrokiem jakby... jakby go w ogóle nie widziała!
Ki pierun? Co z tą Babą? - Dziwował się. - A może łona jeszcze bimbrem napruta ?
- Rusz się stara i zróbże mi śniadanie! - wydał komendę. - Tu się ni ma co gapić jak Burek w gnat! Ja chory jestem!
Nie zareagowała. Zaczynało się to wszystko robić lekko niepokojące - dwie lewe ręce, mazgajstwo żoneczki. Obejrzał się do tyłu. Ujrzał... siebie leżącego z otwartymi oczyma.
- Co je do czorta grane?
Umysł nie zdążył jeszcze zbyt dokładnie przeanalizować płynących z tego widoku wniosków, gdy zalało go oślepiające światło. Instynktownie się skrzywił, jakby mu kolejka nie weszła.
- O przepraszam. Zbyt świetlisty jestem? - odpowiedział mu delikatny, niemalże chłopięcy głos.
- A tyś chwatku co za jeden? I co se jaja ze mnie robisz? - Uniósł się Stanisław. - Przestańże mi lampą po oczach świcić!
- Na szczęście umarłeś gdy byłem w okolicy - Odparła istota zmniejszając ilość światła wydzielanego ze swego jestestwa.
- umarł żem? Co się wydurniasz patafianie jeden, przecie żyw jestem! W kły chcesz? - Poczuł jak budzi się w nim słowiańska wojowniczość.
- Poczekaj już ci wszystko tłumaczę. wszyscy nieżywi... to znaczy żywi, czyli de facto martwi, mimo że żyjący yyy... no bo chyba czujesz, że żyjesz - prawda? Żyjesz po swojej śmierci. Rozumiesz?
- Yyyy - Świeżo upieczony denat sprawiał wrażenie, że jest chyba na najlepszej drodze do zrozumienia.
- Zatem słuchaj. Umarłeś a ja jestem aniołem. Nazywam sie Armuel
- Yyyy - Stasiek, najwyraźniej na skutek szoku, nie był w stanie przełożyć swych procesów myślowych na słowa. Co jest podstawą komunikacji międzyludzkiej, lecz na szczęście anielsko-ludzkiej już nie dotyczy.
- Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. - Uspokajał anioł. - Teraz polecimy sobie razem i dokładnie ci wyjaśnię twa rolę, bowiem zapewne tego jeszcze nie wiesz ale zostałeś wybrany (uwielbiał nabierać w ten sposób umarlaków).
- Oooo wy... wy... - Najwyraźniej biedaczek robił postępy na nowej drodze życia pozagrobowego.
- Tak zgadza się. - ciągnął zadowolony z obrotu sprawy Armuel - Jesteś jednym z kilkuset tysięcy wybrańców, którzy po krótkim przeszkoleniu pomogą nam, znaczy się aniołom i Najwyższemu posprzątać bajzel, który powstanie po apokalipsie.
- Apo... apo... - Pacjent (tak Armuel nazywał świeżo zmarłych) najwyraźniej zdawał się wpadać w lekką panikę.
- Ależ spokojnie, spokojnie. Nic ci nie grozi. Nie w tym stanie. A teraz daj mi rękę. - Rzekł lekko znudzonym tonem (jak to dobrze, że ta szopka z Ziemią wkrótce się skończy).
Nie mogąc wykrztusić z siebie słowa Stasiek zrobił to o co go proszono i poczuł, że delikatnie sie unosi. Zerknął jeszcze raz na wyjąca rozpaczliwie Baśkę. Spojrzał na dorodną pierś. Przez głowę przeleciała mu smutna myśl - Ech Baśka miała fajny biust.
Nagle jakby oprzytomniał.
- Stój! Niech to dunder swiśnie! Stój!
- Masz do mnie pytanie? Śmiało nie wahaj się.
- Yy, czcigodny tego no, aniele yyy, czy mógłbym... czy ja bym tego no...
- Tak?
- A tak bym se podupcyć, raz ostatni tak troche, bym mógł? Eee, znaczy się tak bym se ożył na kilka chwiluniek - wyraźnie się ośmielił widząc pogodna twarz świetlistej istoty - i ten tego no, pochędorzył tak se pożegnalnie żoneckę i słowo dajem, że wtedy bym se umar ja raz a dobrze eee, tak fest znaczy się!
- Oj bratku, jakby to ode mnie zależało to i ja bym sobie fajrant zrobił i ty byś jeszcze te parę chwil dostał, ale wiesz, to nie ja tu decyduję. Niestety.

Unosili się łagodnie do góry. Przeniknęli przez sufit i znaleźli sie w łazience sąsiadów. W wannie pod prysznicem przeciągała się delikatnej urody niewiasta. Mina Stanisława wyrażała coraz wiekszą rozpacz. Przez kilka krótkich chwil Armuel miał wrażenie że "pacjent" próbuje stawiać czynny opór. Minęli jeszcze kilka pięter nie natrafiając już na żadne ciekawe widoki, po czym wlecieli na dach i tam się zatrzymali.
- Słuchaj teraz uważnie bo oto dowiesz się na czy rzecz stoi. - Rzekł anioł, starając się mówić do denata jasno i przejrzyście, jak chłop do chłopa. - Skup się i wpatruj uważnie w czubek palca mego.
W skupieniu, z namaszczeniem, Stasiek wpatrywał się w sunący od czubka nosa w górę, w stronę czoła, świetlisty paluch. Nagle poczuł silny ucisk między brwiami.
- Teraz otworzę twoje trzecie oko.
- Ło matko trzecie?! - Wykrzyknął zdezorientowany - Kiejże ja będę z tym wyglądoł, jak dziwowisko jakieś!
- Nie marudź! - Ofuknął go anioł i jak postanowił tak zrobił.
Momentalnie cały świat rozbłysł feerią barw. Wszędzie wiły się posplatane ze sobą kolorowe nitki. Spomiędzy tej plątaniny wyrastały setki tysięcy, o ile nie miliony, mlecznobiałych rurek łączących Ziemię z bardzo dziwnym, złocistym niebem. Jednym słowem świat wyglądał jak fabryka nici, w której stado dzikich kocurów urządziło sobie ostrą imprezkę.
- O psiakrewetka żeś mi sld kieś walnął czy co?
Armuel odczekał stosowną chwilkę, by jego świeżo upieczony uczeń ochłonął nieco, po czym rzekł.
- Jeśli już to byłoby to lsd. - Przez chwilę się rozmarzył na wspomnienie chwil gdy pozwolił sobie na "ludzką" imprezkę. Musiał na tą okazję przejąć na pewien czas powłokę cielesną pewnego cherlawego mężczyzny, ale opłacało się! - A to co tu widzisz to świat energii.
- Energii?
- Tak. A widzisz kłębiące się na dole niteczki, widzisz gdzie się zaczynają?
- Sreczki kwiateczki - wkurzył się Stasiek. - Ty przestań tak do mnie jazgotać jak te z telewizora o tych telefonach!
- Te barwne baloniki otaczające ludzi - anioł zdawał się kompletnie ignorować humorki umarlaka - to ich aury, czyli inaczej dusze. Te kolorowe nici to ich łączniki emocjonalno, uczuciowo...
Stasiek wybałuszył oczy i rozdziawił bezmyślnie usta jak jakiś glonojad w akwarium. Armuel dochodził powoli do wniosku, że przecenił zdolności percepcyjne swego przyszłego pomocnika.
- Ech - westchnął anioł - ujmę to tak. Poznałeś swoją Baśkę. W chwili gdy się spotkaliście byłeś zafascynowany i zaczynałeś coś do niej czuć. Wtedy to z twojego balonika wyrosła nitka, i z jej duszy również. Ponieważ często byliście z dala od siebie to nie mogliście przestać o sobie myśleć. Wasze nici się połączyły i to właśnie nimi przesyłaliście sobie nawzajem uczucia. A one to nic innego jak energia. Stąd też biorą się przypadki telepatii.
- Tele czego?
- Ach nieważne. Zrozumiałeś to co wcześniej powiedziałem?
- Rozumuję przecie! - zaperzył się denat. - Ty już nie bądź taki mundruś!
- Dobrze już dobrze. To teraz będzie odrobinę trudniej, intelektualisto od siedmiu boleści. Widzisz te białe nici kończące się tam, hen u góry?
Stasiek westchnął zrezygnowany i tylko kiwnął głową.
- One też wychodzą z tych baloników. Każda żywa istota ma jedną taką nić. Łączy się ona tam wysoko z innymi. Tworzą na górze taki wielki umysł otaczający waszą planetę. Między innymi dlatego niektórzy ludzie potrafią przewidywać przyszłość lub mają przeczucie, że zaraz stanie się coś strasznego. Tam się gromadzą i łączą w całość wszystkie myśli, uczucia i emocje.
Rozdziawione usta ucznia nie napawały Armuela optymizmem, ale skoro już zaczął to jakoś musi skończyć.
- No dobrze nie będę bardziej tego wszystkiego gmatwać. Polecimy teraz wyżej i może tam wszystko zrozumiesz.
Lecieli powolutku, spokojnie ku górze, gdy nagle Stasiek zaczął się wyrywać.
- Tak? - zniecierpliwił się anioł. Zaczynał już powoli mieć dość tej całej sytuacji.
Uczeń unosił się przy jednej z nici i wskazywał na mknące wewnątrz, różnokolorowe, błyski.
- Ach to! No tak zapomniałem ci powiedzieć. To co przed chwilą przeleciało, to były czyjeś emocje. Patrz, tamto czerwone światełko to gniew. Tamto ciemnoniebieskie to nienawiść. Bladozielone smutek. Pulsujące pomarańczowe to czyjeś cierpienie; ktoś komuś w tej chwili zadaje ból.
- Ych - sapnął wyraźnie przeciążony umysłowo Stanisław.
Armuel podleciał do niego i złapał za rękę. Postanowił, że muszą szybko lecieć wyżej, bo jeśli się tak co chwilę będą zatrzymywać to zdecydowanie nie zdążą na widowiskowy koniec świata; bo na zwerbowanie następnych pomocników nie mógł już liczyć w tak pięknych okolicznościach przyrody. Gnali z zawrotną prędkością. Gdy wlecieli w zbiorową świadomość, atmosfera zgęstniała i Stasiek miał wrażenie jakby z mozołem starali się przepłynąc basen pełen kisielu. Uzmysłowił sobie ze smutkiem, że nawet nie zdążył w trakcie swego marnego żywota popatrzeć jak to kobity zapasy w takiej mazi uprawiają. Gdy wydostali na
zewnątrz, anioł się zatrzymał. Ich oczom ukazała się Ziemia, otoczona złocistą poświatą i upstrzoną mnóstwem kolorowych plamek. Do planety podłączona była ogromna srebrzysta nić, przypominająca pępowinę. Zasysała wszystko co pojawiało się w strefie zbiorowej świadomości.
- Stachu - rzekł anioł - to co tu widzisz to sedno tego wszystkiego co chciałem ci powiedzieć. Pamiętasz jak mówiłem o zbiorowym umyśle? Widzisz, każdy człowiek jest cząstką Najwyższego, czyli po waszemu Boga. Bóg stworzył tę planetę i życie na niej by urozmaicić sobie wieczne istnienie.
- Taa paniam - rzekł Stach - on się pewnie nudził jak jasny gwint.
- No coś w tym stylu... Na poczatku tworzył martwe planety. Gdy poczuł się tym znudzony wykreował żywe istoty. Później postanowił dać im umysły, lecz jednocześnie kontrolować wszystko to co stworzył. Było to jednak zbyt przewidywalne więc i to mu się znudziło. Ostatecznie postanowił zrobić eksperyment i dać wam wolną wolę.
- Chyba kurna pojmuję.
- Mając wolną wolę, zaczeliście czynić prócz dobra całą masę zła, zadawać ból i wyrządzać sobie nawzajem krzywdę. Wszystkie te cierpienia i smutki, których z czasem przybywało, płynęły ku niebu do zbiorowej swiadomości.
- Widzisz teraz tą ogomną jakby pępowinę, podłączoną do Ziemi?
- Hyhyhy kuźwa noo jak się już obudzę to już więcej nie chlam no słowo daję!
- Wszystko to płynie nią do Najwyższego - kontynuował niezrażony Armuel - przez co Bóg odczuwa to, co wszystkie żywe istoty na tym świecie. Każdą przyjemność czuje w tej samej chwili, co dana istota, bo tak naprawdę to On jest tą istotą. To samo dzieje się z każdym zadanym bólem, z każdym smutkiem, z każdym uczuciem nienawiści, które jeden człowiek do drugiego żywi. On to wszystko odczuwa w tej samej chwili.
- Matko przenajświntsza - jęknął przerażony Stasiek - to je jednak delira jak nic! Mózg mi przeżarło!
- Koniec końców Najwyższy uznał, że nie chce tak cierpieć i nie po to was stworzył. Miało być przyjemnie i ciekawie, a wyszło jak wyszło.

Armuel długo jeszcze tłumaczył Staśkowi różne boskie zawiłości. Ten ani się obejrzał, jak oddalili się od Ziemi na znaczną odległość. Byli teraz w tłumie zdezorientowanych dusz i tłumaczących im czekające ich zadanie aniołów. Przez moment Staśkowi wydawało się, że widzi Zenka; niezrównanego kompana od kielicha. Już miał gnać za kumplem, już miał dać dyla od tego przemądrzałego anioła gdy nagle potężny błysk rozświetlił okolicę. Obejrzał się za siebie. Ziemi już nie było. Nie został po
niej najmniejszy nawet ślad. Przeraźliwa pustka jeśli nie liczyć osieroconego księżyca i mrowia zagubionych dusz, nie mających najmniejszego pojęcia co się stało.
- Ło Jezu ależ dupnęło - jęknął Stasiek.
- Tak, stało się. - rzekł radośnie stojący z tyłu Armuel - A teraz do roboty trzeba tych tam biedaków doprowadzić do tunelu.
Czeka nas teraz masa roboty mój ty pomocniku... a potem fajrant na wieki wieków!
- Te anioł a na tym fajrancie to w tem niebie to będę miał se z kim pochędożyć, czy też mam już się budzić? - Spytał Stasiek nieświadom tego, że naprawdę wyzionął ducha.

Opublikowano

No no no :D Opowiadanko niczego sobie. Ten Stachu to miał łeb! :P A głupi był jak but :D

A teraz na temat. Ciekawa akcja, chociaż końcówkę można było przewidzieć co nie zaskakuje a potwierdza przypuszczenia. Lubię opowiadania/książki o aniołach [ Kłamca 1 i 2 :D:D ] i jestem na tak.
Proszę przeczytać to jeszcze raz, bo wkradło się pare błędów :)

Pozdrawiam

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

witaj. skoro to ma być gwara - to jesteś nie konsewkentny - albo Stachu mówi nią i tylko on, ew. jak później mu tłumaczy Anioł. Po drugie - zdecyduj się jakim językiem ma mówić narrator - albo napisz normalnie i dodaj: ale Stachu by pomyślał i pisz wtedy gwarą, jak tak Ci zależy by nią też przeplatał narrator. A poza tym to opowiadanko niczego sobie. :)

  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...