Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałoby się wyjść na podwórko i posiedzieć beztrosko w promieniach słońca, posłuchać śpiewu wiatru, szumu rzeki bystro płynącej po skalistych brzegach tuż pod domem. Odpocząć w cieniu starej czereśni, zachłysnąć się widokiem gór, znajomych, kochanych, widzianych od pierwszych dni życia. Ciepłe popołudnie na wiosce ma ten specyficzny rodzaj odurzenia, tę błogą senność naniesioną na powieki ciepłym zefirkiem i zabierającą wszelkie złości i problemy. Wszystko co przygnębia staje się nieistotne, odległe jak czyjś zły sen lub błaha opowiastka.
Patrzę, więc przez okno i znów to samo. Sąsiad! Mętny wzrok, kilkudniowy zarost, brudne pazury przebijające skarpetki, ręce pokłócone z mydłem wieki temu i chara w kącikach ust.
Nie odetchnę świeżym powietrzem w jego towarzystwie.
Żałosny widok, czterdziestopięcioletni facet w oszczanych kalesonach, podartej koszuli i wiecznie bełkoczący, że jego szef to skurwysyn, że kobiety są głupie i złe, że on zrobi porządek, że on jeszcze wszystkim, kurwa mać, pokaże! Nie chcę go ani oglądać, ani słuchać.
Strzela śliną w glebę, to stuprocentowy znak, że jest zalany, łypie wkurwionym wzrokiem po podwórku i czeka na swe ofiary. Ofiary,którym musi wpoić poczucie winy za wszystkie swoje nieszczęścia. Nie mam ochoty na tę kolejną dawkę jadu i nieudacznictwa. Jakim jest autorytetem dla swojego dorastającego syna? Jaką definicję męskości, odpowiedzialności i samodyscypliny wpoi w jego młody umysł? W umysł piętnastolatka, który już teraz traci przytomność w alkoholowym upojeniu na wiejskich dyskotekach, który dorasta w przekonaniu, że zalać pałę to nic takiego, a jeszcze lepiej doprawić się dragami, one zawsze postawią na nogi. I który głośno już twierdzi, że tylko dupki chodzą codzień do pracy i liżą dupy szefom, a szefowie są zawsze brudni, tłuści i zyją tylko po to, by każdego gnoić.
- Nikt mi nie będzie mówił co mam robić! - bełkot sąsiada dochodzi z podwórka - Kurwa! Nikt! Rozumiesz? Nikt mi nie podskoczy!
Do kogo on mówi?
Chrzanić to, o szóstej rano muszę otworzyć sklep, więc poprostu położę się spać.
A rano pod sklepem znów to samo. Ekipa pijaczków drepcząca jak kaczki, jeden za drugim i za mną jak za jakimś pieprzonym guru, dźwięk kluczy działa na nich jak dźwięk otwieranej lodówki na kota w prymitywnym odruchu Pawłowa.
-Szefie, sprzedaj piwo, smali jak diabli.
-Chwileczkę - mówię opryskliwie - najpierw sklep otworzę, kasę uruchomię. Poczekajcie.
-Szefie, ale smali! później se szef nabije na kasę - nigdy nie byłem czuły na te żałosne próby wzbudzania litości. Przeciwnie. Im bardziej błagają, tym bardziej się ociągam. A kiedy już otworzę wpadają wszyscy do środka, przestraszeni, rozbici, brudni...
-Piweczko!
-Najtańsze szefie!
-Kierowniku, dziesięć grosiszy brakło. Sprzeda kierownik? Jedno winko?
-Szefie, butelki szef nie liczy! Zaraz odniese.
-Kierownik to jest boski człowiek, że już nam o szóstej otwiera.
ŚWIĄTYNIA OTWARTA. AMEN.
Po szóstej, przyjeżdża piekarz.
-Cześć kierownik. Jak tam? Widzę, że ruch od rana.
-Oj mówię ci Grzesiek, żebym tyle bułek sprzedawał rano, ile sprzedaję browarków, musiałbyś drugą piekarnię zbudować, żeby to wszystko upiec.
Grzesiek kwituje wszystko grzecznym uśmiechem i jedzie dalej.
Przez chwilę mam spokój, mogę rozłożyć gazety, przyjąć nabiał, podokładać towar na półki. Do dziesiątej normalnie, gospodynie wpadają po cukier, emeryci po fajeczki, dzieciaki na przerwach po chipsy, zwykła nuda.
Pijaczki krążą jak hieny po okolicy w poszukiwaniu drobnych i około dziesiątej atakują ponownie.
Najgorszy jest Zdybel. Ten resztki honoru pochował już dawno. Nigdy nie zapomnę jak przyszedł do mnie pierwszy raz.
-Słuchaj.Jest sprawa. - rzucił konspiracyjnie, jakby wokół działo się coś niezwykłego - potrzebuję flaszkę. W poniedziałek oddam. Serio!
-Nie, proszę pana, nie dajemy na kredyt.
-Kurka! W poniedziałek masz kasę na bank, nie żartuj. Znam cię od dziecka, z twoim starym morze wódki wypiłem!
A mnie jakby kto w mordę strzelił! Napełniło mnie takie wkurwienie, taka nienawiśc, że wybuch poprostu musiał nastąpić. "Ty flejo jebana!" - pomyślałem.
-Wyjdź mi człowieku ze sklepu i nie przyłaź tu więcej! Nic ode mnie nie dostaniesz!
"Morze wódki wypiłem z twoim starym". I co,kurwa! Może mam być z tego dumny? Może mam ci przypiąć medal? Albo zamknąć sklep, zaprosić cię na zaplecze i uchlać się z tobą do nieprzytomności, a potem płakać i ściskać się w pijackim amoku i zasranym porozumieniu zapitych nieudaczników? Morze wódki... Dziadu jeden!
Śmierdzisz moczem i raczysz zwracać się do mnie per TY?
Morze wódki...
Posiniaczona matka...
Wstyd w szkole...
I zazdrość. Bo koledzy mają motorynki,klocki Lego z Peweksu, bo jeżdżą z rodzicami na wycieczki, bo tamto, sramto i owamto. A ja co? Morze wódki i wielkie gówno na środku.
A ten mi będzie jeszcze wyjeżdżał z takim tekstem. Jakbym miał się ucieszyć na te słowa, albo jeszcze (o zgrozo!) zaprzyjaźnić z tą kupą łajna. W mordę cię, debilu jeden!
Kasia ciągle mnie pyta, patrząc głeboko w oczy:
-Kochanie, dlaczego się tak denerwujesz?
A ja nic, bełkoczę coś pod nosem.
-Nie denerwuję się skarbie.
Obejmuje mnie wtedy, całuje, Jest kochana. I zna mnie tak dobrze. Właściwie jest jedyną kobietą, której dałem się poznać. Pozwoliłem na ten szalony akt wejścia w moje światy i rozejrzenia się tam mniej, lub więcej dokładnie, na rozbicie jakiegoś bezcielesnego, a jednak twardego muru. Sam nie wiem jak to się stało, poprostu mnie urzekła. Tysiące godzin życia, pęd za czymś lub za kimś, dzień, noc, dzień, noc, jedna praca, druga praca i nagle błysk. Jej oczy, usta, głos, dotyk dłoni. Jest czarodziejką, aksamitnym oderwaniem od rzeczywistości... Tak, poprostu mnie urzekła.
Ileż to lat musiało minąć, by tak się stało.
Kiedy widziałem ojca lejącego matkę, wyzywającego cały świat i tłukącego co się tylko dało potłuc i czułem się zbyt mały, zbyt słaby,by mu przerwać, uciekałem z domu i łaziłem całą noc po wiosce, obiecując sobie i gwiazdom, że u mnie tak nie będzie, że stworzę cudowny dom (matko, zwykły dom wydawał mi się wtedy cudem), wspaniałą rodzinę, w której będzie ciepło i radośnie, w którym będzie miłość, zrozumienie, a przede wszystkim spokój. O tak! Spokój.
Wystarczyła tylko myśl, że muszę spotkać odpowiednią kobietę.
I kiedy tylko jakaś pojawiała się na mojej drodze, mnie, jak jakiegoś dupka, paraliżował nagle strach. Niby wszystko było o.key, niby się układało, ale w głowie tykał zegar wielkiej bomby, wył alarm, ryczały syreny, a na koniec na wielkim monitorze płata czołowego, nabrzmiałego, pulsującego mózgu, pojawiał się napis; "Spadaj koleś, nie dla ciebie takie życie, nie dla ciebie rodzinka". I spadałem...
"Chryste! Co jest grane?" - tylko tyle potrafiłem wykrztusić stojąc przed lustrem i gapiąc się w swoje marne oblicze.
Tak było z Pauliną, pierwszą dziewczyną. Szalała za mną i mi chyba też zależało. Zależało, dopóki pierwszy raz nie odwiedziłem jej w domu. Mama, czekająca z ciepłą kolacyjką i tatuś, (O,Matko święta) miły, sympatyczny, uśmiechnięty, pewny siebie gość, który każdy grosik przynosi do domu i rozmawia ze swoją córką. Żonę cmoka, podszczypuje, ściska...
"Co jest grane?" - darło mi się w głowie chore zwierzę.
Nie dałem rady, lustro krzyczało, aż nazbyt jasno: "NIE DLA CIEBIE, NIE DLA CIEBIE."
I odszedłem.
Płakała.
Po dwóch latach wróciłem, lecz na krótko.
Pojawiła się Grażka, córka alkoholika i przerażonej, bitej matki. Tak bardzo z mojej bajki, jak dziesiątki półlitrówek mieszkających w moim domu. Poszedłem za nią, bo sumieniu dała spokój, bo nie siara było do domu zaprosić.
A u niej? Znajomy widok! Flaszki, bełkot i oszczane kalesony! A w nich upierdliwy, pijany tata, któremu się przypomniało, że na siódme urodziny kupił rowerek córeczce, a ta się teraz puszcza gdzie popadnie, zamiast ojca po stopach z wdzięczności całować.
Jednak Grażka szybko pokazała o co jej chodzi, a ja ,koziołek - matołek jeden, nie od razu się zorientowałem. Zaczęło się od żarcików, głupawych uśmieszków i popisów przed chichoczącymi koleżankami bez charakteru, dla których Grażka była pieprzoną boginią ze skrętem w gębie i debilnym rechotem. Wtórował jej brat, kompletny kaleka umysłowy, z parą rąk nie nadających się do niczego, śpiący do piętnastej popołudniu i wypalający tyle maryśki naraz, ile pięcioosobowa ekipa reggae prosto z Jamajki.
Grażka ubzdurała sobie, że jest feministką.
Tyle jadu, tyle chorej nienawiści, zawiści, zazdrości nie widziałem jeszcze u żadnej z kobiet, nie podejrzewałem nawet, że tyle tego dziadostwa, może zmieścić się w jednym człowieku. W kobiecie! Jej cel był jasny i wyraźnie określony: gnębić, wyzyskiwać, i niszczyć męski gatunek. Nienawidzić, truć, oszukiwać, besztać, tłamsić, dusić, katrupić, topić, palić, a przede wszystkim zdradzać. O! Tak! Zdradzać.
Jakbym to ja był winien, że jej tatuś pije, że mój tatuś pije i, że tatusie ogólnie lubią sobie wypić.
Zwiałem.
Nie miałem innego wyjścia.
Tymbardziej, że jej tatuś próbował się ze mną zbratać. Przy kielichu, oczywiście.
I dźwigałem dalej swoje brzemię. Podarte, oszczane kalesony zarzucone na plecy, niosłem je, potykałem się, podnosiłem, czulem uderzenia bata, szyderstwa, przekleństwa, czyjś płacz, padałem i znów wstawałem... Po twarzy spływała krew, lała się w oczy, w usta, czułem jej słony smak, cierniem ukoronowany, brnąłem przez świat.
I było dla mnie jasne, ze samotnośc jest moim jedym przeznaczeniem. Nie chciałem litości, w dupie miałem litość, ani nią chleba nie posmaruję, ani się ogrzeję. Chciałem tylko spokoju.
Tak jak wtedy, kiedy wyjechałem do Austrii, do pracy. Wszystko szło dobrze, praca ciężka, ale zarobki świetne, dopóki pewnego dnia Fryc nie wydarł na nas gęby:
- Ruszać się! Szybciej! To nie Polska, tu się pracuje, nie pije!
I uciął dniówę, niby, że słabo pracowaliśmy.
Skurwiel jebany!
- Nie będzie mnie poniżał żaden Fryc! - darłem się do kumpla jak opętany.
- Uspokój się. Miał zły dzień i tyle, jutro będzie żartował, zobaczysz.
- Pierdolę to! Jego żarty też pierdolę! Niech se je w dupę wsadzi!
- Matko! Aleś ty nerwowy.
- Kurwa! A wy też co? Chlać musicie co wieczór? Myślicie, że on tego nie widzi? - nakręciłem się na maksa, nic już nie mogło mnie powstrzymać. - Rozpieprzasz całą kasę jaką tu zarabiasz. Z czym do Polski wrócisz? Zalewasz stres? To jakaś pierdolona paranoja! Tworzysz sobie stres przyjeżdżając tutaj i zalewasz pałę, by go zagłuszyć! Za ciężko zarobione pieniądze. Po chuj? Nie kumam tego stary.
Dotrwałem do końca "turnusu", jako wróg numer jeden i już nigdy tam nie wróciłem.
Poza tym, jeśli mam być biedakiem na Zachodzie, to już wole być biedakiem u siebie.
Trzy miesiące później umarł mój stary. Wóda zrobiła swoje.
Płakałem, a jakże. Po cichu, u siebie.
Chrzanić to!
Przecież kiedyś, jako dzieciak podziwiałem go. Podziwiałem, jak wdrapywał się na ogromne drzewo z mechaniczną, ciężką piłą i ciął potężne gałęzie, bo wszyscy inni się bali, podziwiałem jak przerzucał wielkie głazy w rzece po powodzi, jak tresował wielkiego psa, którego panicznie się bałem. Był taki silny, w końcu ja mały zdechlak, który w pierwszym roku życia miał umrzeć ze trzy razy i bez inchalatora ratującego oddech nie ruszał się o metr od domu, nie mogłem nawet pomarzyć o takiej sile. A najbardziej podziwiałem go, kiedy wyciągnął mnie w srodku nocy z płonącego pokoju, gdy zapalił się dom, a później sam biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek zanim przyjechała straż pożarna. Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem.
Czekałem później całe swoje zakichane życie, aż przybiegnie znowu i wyciągnie mnie jak wtedy z bagna mojego żalu, złości i beznadziei.
Czekałem, aż przyjdzie trzeźwy i pogada.
Czekałem...
...aż umarł.

Opublikowano

Niezły tekst. Czasami narrator daje się zbytnio ponieść emocjom, ale ma to swój urok.
Twój styl mi kogoś przypomina tylko nie mogę sobie przypomnieć kogo.
Kilka frapujących fraz. Rzeczywiście u Austriaków trzeba ostro popierdalać.
"poprostu" "tymbardziej" piszemy osobno.
Potrafisz pisać.
szacunek!!

Opublikowano

Wiesz, dla mnie pisanie to przede wszystkim emocje, cały ich wachlarz można przerzucić na struny gitary, klawisze fortepianu, albo poprostu zamienić na słowa, nie jestem zwolennikiem rzemiosła w pisarstwie, rzemiosło pozostawiam stolarzom, rzeźbiarzom. Typowym przykładem rzemiosła w muzyce np. jest "Ramstein", dla mnie poprostu nudny, bo ułożony od pierwszej do ostatniej nuty, przewidywalny, ale jest to tylko moje zdanie i nie musisz się z nim zgadzać.

Opublikowano

1) "inchalatora" - poprawnie: inhalatora
2) "... biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek" - lepiej: z wielkimi wiadrami biegał do rzeki po wodę by gasić - źle brzmi przede wszystkim "biegał z rzeki"
3) "Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem." - te razy, tak przez nas uświęcone, nie są "pierdolone" - wiem coś o tym. Moim zdaniem nie zrobisz krzywdy tekstowi jeżeli to słowo wywalisz.

Opowiadanie podobało mi się. Najbardziej cieszy mnie twoja dbałość o formę, poprawność składni. Niby na literackim forum powinno to byc normą, ale niestety tak nie jest .

Pozdrawiam

Opublikowano

Kobranocka, Paradise Lost, Moby, Maleńczuk, Stare Dobre Małżeństwo, Obituary, Grechuta, Black Eyed Peace, stara, dobra Metallica, U2, Sinead O`Connor, Vivaldi, sporo tego jest, nie zamykam się w jednym gatunku, bo jakoś nie potrafię. jeszcze Dżem, kiedyś Doorsi.
Za uwagi dzięki, poprawię niezwłocznie, ale ten jeden pierdolony raz tak mi odpowiada... to takie ostre podkreślenie faktu.Hmm. Muszę to przemyśleć. Zdanie z bieganiem z rzeki wyszło mi koszmarnie, przyznaję.

Opublikowano

Może Moby, pewnie Vivaldi, choć znany od wieków,rany zaraz wyjdę na ignoranta muzycznego :) Dawna Metallica, ta przed czarnym albumem była nieprzewidywalna, każdy kolejny krążek był inny, tracili fanów, zyskali nowych, nie jestem geniuszem muzycznym jeśli o to pytasz, ale jedna myśl ciśnie mi się do głowy a propos Ramsteina, kojarzy mi się z linią produkcyjną Mercedesa, powtarzalne riffy, monotonny metaliczny głos i jednostajny stukot.

Opublikowano

Jednostajność to niemiecki patent. A wszystko zaczęło się jeszcze w latach 70tych od zespołu Kraftwerk. Istnieje w niektórych utworach monotonia, która z każdą sekundą wnosi coraz to więcej i więcej. Obrazowo mówiąc wygląda to jak nabrzmiewanie. Jeśli tym środkiem chce się opisać ludzkie emocje, można osiągnąć wspaniałe efekty. Dla mnie genialna monotonia zawarta jest w utworze Pimpf zespołu Depeche Mode.
To żeśmy teraz troche o muzyce...? :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jeśli chodzi o tę narastającą monotonię, o której mówisz, to chyba Pink Floyd jest w tym dobry. Uwielbiam ich narastający rytm i nagłe zmiany w 3/4 utworu. Poraża mnie jednak "uporządkowany chaos" Queen i jednostajny rytm "Polisy of truth" Depeche Mode.
No, to żeśmy o muzyce...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • „życie zaczyna się wtedy, gdy przestajesz liczyć dni. a miłość gdy przestajesz się bać ognia.” ona pachniała deszczem i młodym liściem on miał w oczach drogę która jeszcze nie znała nazw motor zadrżał pod nimi jak serce wyrwane z zimy i ruszyli prosto w zielone w jasne w nieznane w ustach mieli śmiech i smak powietrza po burzy a między ciałami wiosnę która rosła szybciej niż rozsądek asfalt płonął przed nimi jak obietnica pachniał benzyną i wolnością a ich cienie gubiły się za nimi jak stare życia których już nie chcieli dotykał jej tak jakby uczył się świata od nowa ona rozplatała go jak wiatr rozplata gałęzie ich krew była lekka pełna światła i ruchu jakby nie płynęła tylko krzyczała bez planu bez mapy  bez "potem” tylko teraz rozpięte jak niebo nad drogą zatrzymali się tam gdzie trawa była jeszcze wilgotna a ziemia oddychała ciepłem śmiali się bez powodu kładli się w słońcu jakby należało do nich ona miała w dłoniach cały kwiecień on oddawał jej każdy oddech jak coś jedynego nie pytali dokąd nie pytali ile nie pytali czy bo wszystko działo się właśnie teraz wiatr przesuwał im dni po skórze słońce zapisywało ich ciała w języku, którego nikt nie tłumaczy a noc kiedy przyszła nie była końcem tylko kolejnym początkiem zasnęli spleceni jakby świat mógł się rozpaść a oni i tak zostaliby razem i nawet jeśli rano rozrzuci ich w różne strony zostanie w nich żar bo wszystko co miało się zdarzyć już stało się wiecznością              
    • @violetta ... różowa halka  jak westchnienie daje  nie tylko wspomnienie  magnoli dodaje urody  sobie trochę swobody  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • — Jesteśmy na miejscu, wałkoniu jeden! — zawołała.    Stroskany o twoje ciało, by przetrwało... A może zatroskany? Strasznie zatroskany! – myśli obijały mu się w głowie. Oj, gdyby tylko wiedziała, jak często o niej marzył. — No chodź tu do mnie, ty mój stroskany geniuszu. Niech cię przytulę.    Mocno przycisnęła jego głowę do piersi. Tak mocno, że przez moment zabrakło mu tchu. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, parsknął tylko powietrzem o jej białe piersi – te, o których zawsze śnił. Miał je teraz tuż pod nosem. Wystarczyło mocniej je objąć i zacząć je całować. Poczuł, jak zadrżała cała jej suknia. — Niech panicz przestanie... Nie możemy się tak zachowywać — szepnęła. — Przecież wszyscy na nas patrzą! Oj, proszę, przestań... — Cały czas o pani myślałem — wyszeptał. — Kiedy byłem w szkole, kiedy pisałem wypracowania, widziałem panią. Nawet gdy uczyłem się trygonometrii, myślałem tylko o pani. — To miłe, co mówisz. Ale przecież jestem o wiele lat starsza od ciebie. — Kochałem panią już wtedy, gdy miałem pięć lat. Odkąd za dziecka kąpaliśmy się razem nago. Zaśmiała się, a jej twarz spłonęła rumieńcem. — Nie myślałam, że to pamiętasz. Byłeś wtedy takim cudownym dzieckiem… moim cukiereczkiem. Już wtedy bardzo lubiłam z tobą przebywać. — Czy mój ojciec jest…? — Tak, pan jest w domu — zawołała, nagle odzyskując pewność siebie i przybierając służbowy ton. — Będziesz mnie nadal uczyć? — zapytał. — Może… nie wiem tego jeszcze. — Grasz pięknie na fortepianie. Mogłabyś dawać mi nadal lekcje. — Jeżeli tylko państwo się zgodzą, chętnie będę spędzała z paniczem każdą chwilę. Jestem… jestem nadal do panicza dyspozycji. Poprawiła swój gorset, po czym pewnym krokiem udała się do salonu. „Nazwała mnie cukiereczkiem” – pomyślał. „Czy zechce mnie kiedyś rozwinąć i skosztować? Czy doczekam tej chwili?”. Te i inne myśli obijały mu się o czaszkę, gdy szedł w głąb domu. — Jesteś wreszcie, wałkoniu jeden! — zawołał ojciec. Miał surową minę, ale na jego twarzy zarysował się jednak cień uśmiechu. — No chodź tutaj, niech cię uścisnę. Wyrosłeś… od ostatniego razu. Matka cię nie pozna, kiedy wróci. Idź proszę, odpocznij. Zobaczymy się wszyscy rankiem.    W nocy wyruszył na białym koniu w kierunku Głębowic. Zeskoczył z siodła i prowadził zwierzę za sobą, idąc szybkim krokiem. Przed nim wyrastały szerokie schody prowadzące w dół skarpy. — Czy da się dojść tymi schodami do starej drogi? — zapytał mijanych, maszerujących, nieobecnych ludzi. — Dojdzie panicz, dojdzie do samej starej drogi — odpowiedzieli bez emocji.    Zszedł do rozległego ogrodu, kierując się prosto na stary trakt. Teraz prowadziły go już tylko zmysły, wprost do ogrodu czerwonych róż. Mógł biegać i tarzać się w ich delikatnych płatkach. Pachniały jej ciałem… tak bardzo nim pachniały. — Paniczowi się coś śniło? — zaśmiała się z dziwnym grymasem na twarzy, poprawiając mu poduszkę. — Państwo proszą panicza na śniadanie.    Poczuł nagłą złość, że to tylko sen. Poczuł wściekłość, że nie śniła razem z nim.  
    • cobain się zastrzelił w trakcie spaceru wśród żywych nuci man who sold the world niewłaściwi poeci   niemieckie pornosy niemieckie pornosy niemieckie pornosy   niestosowne zabić się po camusie   ręka na pośladku bibliotekarki   czyste taśmy vhs  znalezione w piwnicy   cobain nuci come as you are w tle tańczą postacie z tarantino   przysięgam że nie mam broni nie mam broni nie mam broni
    • Opadły maski bladych twarzy, śmierdzi na dystans rozkład trupi, znów na krawędzi los się waży prostych, normalnych, biednych ludzi.   Płonące szyby trują niebo, rany śmiertelne już zadane, pomnik przeszłości, choć daleko, grozi tragedią i rozpadem.    W układzie naczyń połączonych podąża skutek za przyczyną, w salonach bawią się panowie, a zwykli ludzie w polu giną.   Nie zbawi świata żadna przemoc, zbrodnią pisany świt pokoju jest tylko mżonką, gdyż wiadomo, zło złem się karmi, w kłamstwa stroi.   Lecą rakiety, lecą drony, gdzieś, ktoś uczciwie przebiegł metę i okrzyknięty, że szalony przypadkiem dostał rykoszetem.    Z rozdartej siatki mi wypadła zgniła od środka pomarańcza, po pochyłości w dół się toczy i zarodniki w krąg roztacza.   Czy nie za późno to się stało? A może doszło do skażenia? Jednym wystarczy, innym mało, pomarańczowa drży już Ziemia.            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...