Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

— Jesteśmy na miejscu, wałkoniu jeden! — zawołała.

   Stroskany o twoje ciało, by przetrwało... A może zatroskany? Strasznie zatroskany! – myśli obijały mu się w głowie. Oj, gdyby tylko wiedziała, jak często o niej marzył.

— No chodź tu do mnie, ty mój stroskany geniuszu. Niech cię przytulę.

   Mocno przycisnęła jego głowę do piersi. Tak mocno, że przez moment zabrakło mu tchu. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, parsknął tylko powietrzem o jej białe piersi – te, o których zawsze śnił. Miał je teraz tuż pod nosem. Wystarczyło mocniej je objąć i zacząć je całować. Poczuł, jak zadrżała cała jej suknia.

— Niech panicz przestanie... Nie możemy się tak zachowywać — szepnęła. — Przecież wszyscy na nas patrzą! Oj, proszę, przestań...

— Cały czas o pani myślałem — wyszeptał. — Kiedy byłem w szkole, kiedy pisałem wypracowania, widziałem panią. Nawet gdy uczyłem się trygonometrii, myślałem tylko o pani.

— To miłe, co mówisz. Ale przecież jestem o wiele lat starsza od ciebie.

— Kochałem panią już wtedy, gdy miałem pięć lat. Odkąd za dziecka kąpaliśmy się razem nago.

Zaśmiała się, a jej twarz spłonęła rumieńcem.

— Nie myślałam, że to pamiętasz. Byłeś wtedy takim cudownym dzieckiem… moim cukiereczkiem. Już wtedy bardzo lubiłam z tobą przebywać.

— Czy mój ojciec jest…?

— Tak, pan jest w domu — zawołała, nagle odzyskując pewność siebie i przybierając służbowy ton.

— Będziesz mnie nadal uczyć? — zapytał.

— Może… nie wiem tego jeszcze.

— Grasz pięknie na fortepianie. Mogłabyś dawać mi nadal lekcje.

— Jeżeli tylko państwo się zgodzą, chętnie będę spędzała z paniczem każdą chwilę. Jestem… jestem nadal do panicza dyspozycji.

Poprawiła swój gorset, po czym pewnym krokiem udała się do salonu.

„Nazwała mnie cukiereczkiem” – pomyślał. „Czy zechce mnie kiedyś rozwinąć i skosztować? Czy doczekam tej chwili?”. Te i inne myśli obijały mu się o czaszkę, gdy szedł w głąb domu.

— Jesteś wreszcie, wałkoniu jeden! — zawołał ojciec. Miał surową minę, ale na jego twarzy zarysował się jednak cień uśmiechu. — No chodź tutaj, niech cię uścisnę. Wyrosłeś… od ostatniego razu. Matka cię nie pozna, kiedy wróci. Idź proszę, odpocznij. Zobaczymy się wszyscy rankiem.

   W nocy wyruszył na białym koniu w kierunku Głębowic. Zeskoczył z siodła i prowadził zwierzę za sobą, idąc szybkim krokiem. Przed nim wyrastały szerokie schody prowadzące w dół skarpy.

— Czy da się dojść tymi schodami do starej drogi? — zapytał mijanych, maszerujących, nieobecnych ludzi.

— Dojdzie panicz, dojdzie do samej starej drogi — odpowiedzieli bez emocji.

   Zszedł do rozległego ogrodu, kierując się prosto na stary trakt. Teraz prowadziły go już tylko zmysły, wprost do ogrodu czerwonych róż. Mógł biegać i tarzać się w ich delikatnych płatkach. Pachniały jej ciałem… tak bardzo nim pachniały.

— Paniczowi się coś śniło? — zaśmiała się z dziwnym grymasem na twarzy, poprawiając mu poduszkę. — Państwo proszą panicza na śniadanie.

   Poczuł nagłą złość, że to tylko sen. Poczuł wściekłość, że nie śniła razem z nim.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Przysiadł raz pan Trzmiel wesoło na hyzopie Pyta się go mucha: Co tu robisz chłopie? Taka jest już moja rola, Że zapytam zioła, pola A ty nadal siedzisz w klopie?   *zdjęcie własne, hyzop też, trzmiel przygodny ;)    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • „Propagandą do płoci”   Konspiracją słów płotkami są znów, więc im mów i mów to, co słyszeć chcą.   Czaruj jego i ją, wyborów amoki. Co chcesz, to ci damy — płyną słów potoki.   Wszystko posiadamy! Potok frazesów nęci, przyciąga i chęci, podpływają ich setki.   Płot z boku potoku, skaczą w etykietki, w afiszy natłoku i już tkwią w błocie.   Płocie przy płocie, odbija płot płocie, wpadają do błota — płaci płoci głupota.   — Oto i ciemnota! Potoki nie dla płoci, nurt bystry ochoci — lecz on nie dla płoci!   Płot przy płocie stoi, w bilbordach błądzi. Potok płynie dalej, prawdy nie osądzi.   Mąci woda przy brzegu, płocie tłoczą się w błocie. Nurt omija płycizny, nie płynie przy płocie.   Pomrze płoci krocie w partyjniackim błocie. Polityka nie dla płoci, ale mocno je ochoci.   Kto odważy się zrozumieć, ten wypłynie ponad płoty. Kto za frazes tylko chwyta, wpada w błota kłopoty.   Leszek Piotr Laskowski
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - miło że z nutką tajemnicy  - dzięki za czytanie -                                                                                               Pzdr. Witaj - oczywiście poprawiłem - dziękuje za to że ładny i ciepły -                                                                                                                 Pzdr.słonecznym rankiem. Witam - dziękuję serdecznie za to że owe podglądanie to lekcja doceniania  chwil -                                                                                                                                                   Pzdr.uśmiechem. @Sylwester_Lasota - @Poet Ka - dziękuję serdecznie - 
    • Takie tam podsumowanie moich życiowych poszukiwań:)   "Prawda".   Prawda nie ma jednej twarzy, prawda Ci się nie przydarzy, bo nie możesz jej pominąć i w niepamięć swą odpłynąć.   Prawda nie ma sztywnej formy, nie dąży do żadnej normy, jest trwaniem po wieki wieków, na nią nie ma dobrych leków.   Bo cóż by ją zwalczyć mogło, na równowagę pomogło... Nie ma mnie bez otoczenia i wzajemnie – akt scalenia...   Jesteśmy sobie pisani, jednym pędzlem malowani na świadomości ekranie... Świat ma me wieczne oddanie,   wdzięczność za to, że być mogę, choćby wbijany w podłogę, wirem nicości wkręcany w niepewności mroczne stany.   Nic nie zburzy mej miłości do tej świętej zależności, jesteśmy tu zawsze razem, jesteś moich snów wyrazem.   Mym warunkiem, przeznaczeniem, towarzyszem, moim cieniem, kolorem tęczy na niebie, jesteś w radości i w gniewie.   Wszechświat kocha różnorodność, w nią obraca swoją płodność. Prawda to ja, Prawda to Ty, Prawda to My – nic poza tym. :)    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Głośne, metaliczne odgłosy dobiegają z różnych metalowych części zgromadzonych żałobników. Stoją przygnębieni pod ciemnymi chmurami, a z metalowych dupereli wypływa smutny smar. Niektórzy rdzewieją już nieco w strugach deszczu, ale z uwagi na szacunek dla bohatera imprezy Don Śrubem zwanym, nie odchodzą lub odjeżdżają.      Płoszą jednocześnie wygłodniałe kruki. Przyleciały biedne z nadzieją w czarnych skrzydłach, że jednak nie schowają, zostawią delikwenta na wierzchu i będą mieć wydziobożerkę. Po chwili jednak, mając zdeformowane dzioby o twarde niby ciała, odlatują zdegustowane i zawiedzione, zostawiając tylko echa krakania, które po chwili umiera.     Natomiast główny sprawca zamieszania, umarł podobno już kilka dni temu, a właściwie został zmiażdżony z namiętnym łoskotem przez zazdrosną lokomotywę starego typu, buchającą zakochaną parą. To jednak wersja oficjalna tudzież romantyczna, dla ciekawskich dziennikarzy. Teraz omawiany czeka spokojnie pośród zgromadzonych, na włożenie do zardzewiałej ziemi rdzą znamienitych przodków.      Niestety. Nic nie zostało z jego wspaniałego, proporcjonalnego wyglądu o przystojnych, gładkich trybikach, kółkach wszelakiej maści, migających światełkach i pewnym podłużnym szczególe do wycieku smaru. A tak się nim szczycił i przyciągał różne zauroczone metalowice z powabną żelazną szczeciną. Zebrani mogli tylko ze smutkiem we wizjerach, oglądać ten cały bajzel, niepodobny już tak bardzo do nich.      Tylko najbliższa rodzina znała od uczynnych sygnalistów, prawdziwą przyczynę tego całego galimatiasu, w który ich najbliższy trybom został zmieniony. A przyczyna była banalna. Chciał ich po prostu odwiedzić z daleka, a że teleportacja jeszcze była w drucianych powijakach, to jak łatwo można było przewidzieć, nastąpiła awaria teleportera i na stacji docelowej został ponownie złożony nie tak jak trzeba. I to bardzo nie tak.     Jeszcze bardziej wtajemniczeni metalicznie zgrzytali rodzinie w aluminiowe ślimaki i bębenki, że ktoś tak dla wesołości, czyli dla ołowianych jaj, przed teleportacją włączył opcje→AI, czyli Alternatywną Instrukcję – ponownego złożenia. I wyszło jak wyszło.    * – Babciu. Przestań zgrzytać i sikać po dziadku smarem, tylko mnie posłuchaj – rzekł blaszany wnuczek w smutnej ciszy, że aż zgromadzeni, błysnęli złowrogo poświatą wizjerów. – Możemy oddać dziadka na złom. Po co zakopywać. Za uzyskane przychody, skonstruujesz sobie nowego. Nawet z lepszym prętem. Co ty na to, babciu?     – Nie wódź mnie na pokuszenie blaszany łobuzie – tym razem zazgrzytała babcia, zakochanym trybikiem. – Jam już w węglarce zakochana. Poza tym wnuczku, trza myśleć racjonalnie. Ma pełno opału na ślicznych, wklęsłych wdziękach.      – Ależ babciu. Skoro tak rozumujesz to wiedz, że tej zimy, nie ma być zimy. Możesz być śmiało dziadkowi wierna. Nawet po śmierci.      Nagle wszyscy usłyszeli złowieszczy, acz oczekiwany, chociaż nie przez wszystkich, zgrzyt słowny:    – Do zardzewiałej śrubki. Bierzcie się do roboty, pieprzone roboty. Z miłości do was to mówię. Tak mnie poskładajcie, bym wyglądał, jak za życia.     – Drogi mężu – zazgrzytała babcia. – Ty się wreszcie zdecyduj. Czyś żyw, czy nie. Węglarka czeka. Muszę wiedzieć, jak sobie życie wytrybować.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...