Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałoby się wyjść na podwórko i posiedzieć beztrosko w promieniach słońca, posłuchać śpiewu wiatru, szumu rzeki bystro płynącej po skalistych brzegach tuż pod domem. Odpocząć w cieniu starej czereśni, zachłysnąć się widokiem gór, znajomych, kochanych, widzianych od pierwszych dni życia. Ciepłe popołudnie na wiosce ma ten specyficzny rodzaj odurzenia, tę błogą senność naniesioną na powieki ciepłym zefirkiem i zabierającą wszelkie złości i problemy. Wszystko co przygnębia staje się nieistotne, odległe jak czyjś zły sen lub błaha opowiastka.
Patrzę, więc przez okno i znów to samo. Sąsiad! Mętny wzrok, kilkudniowy zarost, brudne pazury przebijające skarpetki, ręce pokłócone z mydłem wieki temu i chara w kącikach ust.
Nie odetchnę świeżym powietrzem w jego towarzystwie.
Żałosny widok, czterdziestopięcioletni facet w oszczanych kalesonach, podartej koszuli i wiecznie bełkoczący, że jego szef to skurwysyn, że kobiety są głupie i złe, że on zrobi porządek, że on jeszcze wszystkim, kurwa mać, pokaże! Nie chcę go ani oglądać, ani słuchać.
Strzela śliną w glebę, to stuprocentowy znak, że jest zalany, łypie wkurwionym wzrokiem po podwórku i czeka na swe ofiary. Ofiary,którym musi wpoić poczucie winy za wszystkie swoje nieszczęścia. Nie mam ochoty na tę kolejną dawkę jadu i nieudacznictwa. Jakim jest autorytetem dla swojego dorastającego syna? Jaką definicję męskości, odpowiedzialności i samodyscypliny wpoi w jego młody umysł? W umysł piętnastolatka, który już teraz traci przytomność w alkoholowym upojeniu na wiejskich dyskotekach, który dorasta w przekonaniu, że zalać pałę to nic takiego, a jeszcze lepiej doprawić się dragami, one zawsze postawią na nogi. I który głośno już twierdzi, że tylko dupki chodzą codzień do pracy i liżą dupy szefom, a szefowie są zawsze brudni, tłuści i zyją tylko po to, by każdego gnoić.
- Nikt mi nie będzie mówił co mam robić! - bełkot sąsiada dochodzi z podwórka - Kurwa! Nikt! Rozumiesz? Nikt mi nie podskoczy!
Do kogo on mówi?
Chrzanić to, o szóstej rano muszę otworzyć sklep, więc poprostu położę się spać.
A rano pod sklepem znów to samo. Ekipa pijaczków drepcząca jak kaczki, jeden za drugim i za mną jak za jakimś pieprzonym guru, dźwięk kluczy działa na nich jak dźwięk otwieranej lodówki na kota w prymitywnym odruchu Pawłowa.
-Szefie, sprzedaj piwo, smali jak diabli.
-Chwileczkę - mówię opryskliwie - najpierw sklep otworzę, kasę uruchomię. Poczekajcie.
-Szefie, ale smali! później se szef nabije na kasę - nigdy nie byłem czuły na te żałosne próby wzbudzania litości. Przeciwnie. Im bardziej błagają, tym bardziej się ociągam. A kiedy już otworzę wpadają wszyscy do środka, przestraszeni, rozbici, brudni...
-Piweczko!
-Najtańsze szefie!
-Kierowniku, dziesięć grosiszy brakło. Sprzeda kierownik? Jedno winko?
-Szefie, butelki szef nie liczy! Zaraz odniese.
-Kierownik to jest boski człowiek, że już nam o szóstej otwiera.
ŚWIĄTYNIA OTWARTA. AMEN.
Po szóstej, przyjeżdża piekarz.
-Cześć kierownik. Jak tam? Widzę, że ruch od rana.
-Oj mówię ci Grzesiek, żebym tyle bułek sprzedawał rano, ile sprzedaję browarków, musiałbyś drugą piekarnię zbudować, żeby to wszystko upiec.
Grzesiek kwituje wszystko grzecznym uśmiechem i jedzie dalej.
Przez chwilę mam spokój, mogę rozłożyć gazety, przyjąć nabiał, podokładać towar na półki. Do dziesiątej normalnie, gospodynie wpadają po cukier, emeryci po fajeczki, dzieciaki na przerwach po chipsy, zwykła nuda.
Pijaczki krążą jak hieny po okolicy w poszukiwaniu drobnych i około dziesiątej atakują ponownie.
Najgorszy jest Zdybel. Ten resztki honoru pochował już dawno. Nigdy nie zapomnę jak przyszedł do mnie pierwszy raz.
-Słuchaj.Jest sprawa. - rzucił konspiracyjnie, jakby wokół działo się coś niezwykłego - potrzebuję flaszkę. W poniedziałek oddam. Serio!
-Nie, proszę pana, nie dajemy na kredyt.
-Kurka! W poniedziałek masz kasę na bank, nie żartuj. Znam cię od dziecka, z twoim starym morze wódki wypiłem!
A mnie jakby kto w mordę strzelił! Napełniło mnie takie wkurwienie, taka nienawiśc, że wybuch poprostu musiał nastąpić. "Ty flejo jebana!" - pomyślałem.
-Wyjdź mi człowieku ze sklepu i nie przyłaź tu więcej! Nic ode mnie nie dostaniesz!
"Morze wódki wypiłem z twoim starym". I co,kurwa! Może mam być z tego dumny? Może mam ci przypiąć medal? Albo zamknąć sklep, zaprosić cię na zaplecze i uchlać się z tobą do nieprzytomności, a potem płakać i ściskać się w pijackim amoku i zasranym porozumieniu zapitych nieudaczników? Morze wódki... Dziadu jeden!
Śmierdzisz moczem i raczysz zwracać się do mnie per TY?
Morze wódki...
Posiniaczona matka...
Wstyd w szkole...
I zazdrość. Bo koledzy mają motorynki,klocki Lego z Peweksu, bo jeżdżą z rodzicami na wycieczki, bo tamto, sramto i owamto. A ja co? Morze wódki i wielkie gówno na środku.
A ten mi będzie jeszcze wyjeżdżał z takim tekstem. Jakbym miał się ucieszyć na te słowa, albo jeszcze (o zgrozo!) zaprzyjaźnić z tą kupą łajna. W mordę cię, debilu jeden!
Kasia ciągle mnie pyta, patrząc głeboko w oczy:
-Kochanie, dlaczego się tak denerwujesz?
A ja nic, bełkoczę coś pod nosem.
-Nie denerwuję się skarbie.
Obejmuje mnie wtedy, całuje, Jest kochana. I zna mnie tak dobrze. Właściwie jest jedyną kobietą, której dałem się poznać. Pozwoliłem na ten szalony akt wejścia w moje światy i rozejrzenia się tam mniej, lub więcej dokładnie, na rozbicie jakiegoś bezcielesnego, a jednak twardego muru. Sam nie wiem jak to się stało, poprostu mnie urzekła. Tysiące godzin życia, pęd za czymś lub za kimś, dzień, noc, dzień, noc, jedna praca, druga praca i nagle błysk. Jej oczy, usta, głos, dotyk dłoni. Jest czarodziejką, aksamitnym oderwaniem od rzeczywistości... Tak, poprostu mnie urzekła.
Ileż to lat musiało minąć, by tak się stało.
Kiedy widziałem ojca lejącego matkę, wyzywającego cały świat i tłukącego co się tylko dało potłuc i czułem się zbyt mały, zbyt słaby,by mu przerwać, uciekałem z domu i łaziłem całą noc po wiosce, obiecując sobie i gwiazdom, że u mnie tak nie będzie, że stworzę cudowny dom (matko, zwykły dom wydawał mi się wtedy cudem), wspaniałą rodzinę, w której będzie ciepło i radośnie, w którym będzie miłość, zrozumienie, a przede wszystkim spokój. O tak! Spokój.
Wystarczyła tylko myśl, że muszę spotkać odpowiednią kobietę.
I kiedy tylko jakaś pojawiała się na mojej drodze, mnie, jak jakiegoś dupka, paraliżował nagle strach. Niby wszystko było o.key, niby się układało, ale w głowie tykał zegar wielkiej bomby, wył alarm, ryczały syreny, a na koniec na wielkim monitorze płata czołowego, nabrzmiałego, pulsującego mózgu, pojawiał się napis; "Spadaj koleś, nie dla ciebie takie życie, nie dla ciebie rodzinka". I spadałem...
"Chryste! Co jest grane?" - tylko tyle potrafiłem wykrztusić stojąc przed lustrem i gapiąc się w swoje marne oblicze.
Tak było z Pauliną, pierwszą dziewczyną. Szalała za mną i mi chyba też zależało. Zależało, dopóki pierwszy raz nie odwiedziłem jej w domu. Mama, czekająca z ciepłą kolacyjką i tatuś, (O,Matko święta) miły, sympatyczny, uśmiechnięty, pewny siebie gość, który każdy grosik przynosi do domu i rozmawia ze swoją córką. Żonę cmoka, podszczypuje, ściska...
"Co jest grane?" - darło mi się w głowie chore zwierzę.
Nie dałem rady, lustro krzyczało, aż nazbyt jasno: "NIE DLA CIEBIE, NIE DLA CIEBIE."
I odszedłem.
Płakała.
Po dwóch latach wróciłem, lecz na krótko.
Pojawiła się Grażka, córka alkoholika i przerażonej, bitej matki. Tak bardzo z mojej bajki, jak dziesiątki półlitrówek mieszkających w moim domu. Poszedłem za nią, bo sumieniu dała spokój, bo nie siara było do domu zaprosić.
A u niej? Znajomy widok! Flaszki, bełkot i oszczane kalesony! A w nich upierdliwy, pijany tata, któremu się przypomniało, że na siódme urodziny kupił rowerek córeczce, a ta się teraz puszcza gdzie popadnie, zamiast ojca po stopach z wdzięczności całować.
Jednak Grażka szybko pokazała o co jej chodzi, a ja ,koziołek - matołek jeden, nie od razu się zorientowałem. Zaczęło się od żarcików, głupawych uśmieszków i popisów przed chichoczącymi koleżankami bez charakteru, dla których Grażka była pieprzoną boginią ze skrętem w gębie i debilnym rechotem. Wtórował jej brat, kompletny kaleka umysłowy, z parą rąk nie nadających się do niczego, śpiący do piętnastej popołudniu i wypalający tyle maryśki naraz, ile pięcioosobowa ekipa reggae prosto z Jamajki.
Grażka ubzdurała sobie, że jest feministką.
Tyle jadu, tyle chorej nienawiści, zawiści, zazdrości nie widziałem jeszcze u żadnej z kobiet, nie podejrzewałem nawet, że tyle tego dziadostwa, może zmieścić się w jednym człowieku. W kobiecie! Jej cel był jasny i wyraźnie określony: gnębić, wyzyskiwać, i niszczyć męski gatunek. Nienawidzić, truć, oszukiwać, besztać, tłamsić, dusić, katrupić, topić, palić, a przede wszystkim zdradzać. O! Tak! Zdradzać.
Jakbym to ja był winien, że jej tatuś pije, że mój tatuś pije i, że tatusie ogólnie lubią sobie wypić.
Zwiałem.
Nie miałem innego wyjścia.
Tymbardziej, że jej tatuś próbował się ze mną zbratać. Przy kielichu, oczywiście.
I dźwigałem dalej swoje brzemię. Podarte, oszczane kalesony zarzucone na plecy, niosłem je, potykałem się, podnosiłem, czulem uderzenia bata, szyderstwa, przekleństwa, czyjś płacz, padałem i znów wstawałem... Po twarzy spływała krew, lała się w oczy, w usta, czułem jej słony smak, cierniem ukoronowany, brnąłem przez świat.
I było dla mnie jasne, ze samotnośc jest moim jedym przeznaczeniem. Nie chciałem litości, w dupie miałem litość, ani nią chleba nie posmaruję, ani się ogrzeję. Chciałem tylko spokoju.
Tak jak wtedy, kiedy wyjechałem do Austrii, do pracy. Wszystko szło dobrze, praca ciężka, ale zarobki świetne, dopóki pewnego dnia Fryc nie wydarł na nas gęby:
- Ruszać się! Szybciej! To nie Polska, tu się pracuje, nie pije!
I uciął dniówę, niby, że słabo pracowaliśmy.
Skurwiel jebany!
- Nie będzie mnie poniżał żaden Fryc! - darłem się do kumpla jak opętany.
- Uspokój się. Miał zły dzień i tyle, jutro będzie żartował, zobaczysz.
- Pierdolę to! Jego żarty też pierdolę! Niech se je w dupę wsadzi!
- Matko! Aleś ty nerwowy.
- Kurwa! A wy też co? Chlać musicie co wieczór? Myślicie, że on tego nie widzi? - nakręciłem się na maksa, nic już nie mogło mnie powstrzymać. - Rozpieprzasz całą kasę jaką tu zarabiasz. Z czym do Polski wrócisz? Zalewasz stres? To jakaś pierdolona paranoja! Tworzysz sobie stres przyjeżdżając tutaj i zalewasz pałę, by go zagłuszyć! Za ciężko zarobione pieniądze. Po chuj? Nie kumam tego stary.
Dotrwałem do końca "turnusu", jako wróg numer jeden i już nigdy tam nie wróciłem.
Poza tym, jeśli mam być biedakiem na Zachodzie, to już wole być biedakiem u siebie.
Trzy miesiące później umarł mój stary. Wóda zrobiła swoje.
Płakałem, a jakże. Po cichu, u siebie.
Chrzanić to!
Przecież kiedyś, jako dzieciak podziwiałem go. Podziwiałem, jak wdrapywał się na ogromne drzewo z mechaniczną, ciężką piłą i ciął potężne gałęzie, bo wszyscy inni się bali, podziwiałem jak przerzucał wielkie głazy w rzece po powodzi, jak tresował wielkiego psa, którego panicznie się bałem. Był taki silny, w końcu ja mały zdechlak, który w pierwszym roku życia miał umrzeć ze trzy razy i bez inchalatora ratującego oddech nie ruszał się o metr od domu, nie mogłem nawet pomarzyć o takiej sile. A najbardziej podziwiałem go, kiedy wyciągnął mnie w srodku nocy z płonącego pokoju, gdy zapalił się dom, a później sam biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek zanim przyjechała straż pożarna. Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem.
Czekałem później całe swoje zakichane życie, aż przybiegnie znowu i wyciągnie mnie jak wtedy z bagna mojego żalu, złości i beznadziei.
Czekałem, aż przyjdzie trzeźwy i pogada.
Czekałem...
...aż umarł.

Opublikowano

Niezły tekst. Czasami narrator daje się zbytnio ponieść emocjom, ale ma to swój urok.
Twój styl mi kogoś przypomina tylko nie mogę sobie przypomnieć kogo.
Kilka frapujących fraz. Rzeczywiście u Austriaków trzeba ostro popierdalać.
"poprostu" "tymbardziej" piszemy osobno.
Potrafisz pisać.
szacunek!!

Opublikowano

Wiesz, dla mnie pisanie to przede wszystkim emocje, cały ich wachlarz można przerzucić na struny gitary, klawisze fortepianu, albo poprostu zamienić na słowa, nie jestem zwolennikiem rzemiosła w pisarstwie, rzemiosło pozostawiam stolarzom, rzeźbiarzom. Typowym przykładem rzemiosła w muzyce np. jest "Ramstein", dla mnie poprostu nudny, bo ułożony od pierwszej do ostatniej nuty, przewidywalny, ale jest to tylko moje zdanie i nie musisz się z nim zgadzać.

Opublikowano

1) "inchalatora" - poprawnie: inhalatora
2) "... biegał z rzeki,z wielkimi wiadrami pełnymi wody i lał w płonący budynek" - lepiej: z wielkimi wiadrami biegał do rzeki po wodę by gasić - źle brzmi przede wszystkim "biegał z rzeki"
3) "Ten jeden, pierdolony raz był moim bohaterem." - te razy, tak przez nas uświęcone, nie są "pierdolone" - wiem coś o tym. Moim zdaniem nie zrobisz krzywdy tekstowi jeżeli to słowo wywalisz.

Opowiadanie podobało mi się. Najbardziej cieszy mnie twoja dbałość o formę, poprawność składni. Niby na literackim forum powinno to byc normą, ale niestety tak nie jest .

Pozdrawiam

Opublikowano

Kobranocka, Paradise Lost, Moby, Maleńczuk, Stare Dobre Małżeństwo, Obituary, Grechuta, Black Eyed Peace, stara, dobra Metallica, U2, Sinead O`Connor, Vivaldi, sporo tego jest, nie zamykam się w jednym gatunku, bo jakoś nie potrafię. jeszcze Dżem, kiedyś Doorsi.
Za uwagi dzięki, poprawię niezwłocznie, ale ten jeden pierdolony raz tak mi odpowiada... to takie ostre podkreślenie faktu.Hmm. Muszę to przemyśleć. Zdanie z bieganiem z rzeki wyszło mi koszmarnie, przyznaję.

Opublikowano

Może Moby, pewnie Vivaldi, choć znany od wieków,rany zaraz wyjdę na ignoranta muzycznego :) Dawna Metallica, ta przed czarnym albumem była nieprzewidywalna, każdy kolejny krążek był inny, tracili fanów, zyskali nowych, nie jestem geniuszem muzycznym jeśli o to pytasz, ale jedna myśl ciśnie mi się do głowy a propos Ramsteina, kojarzy mi się z linią produkcyjną Mercedesa, powtarzalne riffy, monotonny metaliczny głos i jednostajny stukot.

Opublikowano

Jednostajność to niemiecki patent. A wszystko zaczęło się jeszcze w latach 70tych od zespołu Kraftwerk. Istnieje w niektórych utworach monotonia, która z każdą sekundą wnosi coraz to więcej i więcej. Obrazowo mówiąc wygląda to jak nabrzmiewanie. Jeśli tym środkiem chce się opisać ludzkie emocje, można osiągnąć wspaniałe efekty. Dla mnie genialna monotonia zawarta jest w utworze Pimpf zespołu Depeche Mode.
To żeśmy teraz troche o muzyce...? :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jeśli chodzi o tę narastającą monotonię, o której mówisz, to chyba Pink Floyd jest w tym dobry. Uwielbiam ich narastający rytm i nagłe zmiany w 3/4 utworu. Poraża mnie jednak "uporządkowany chaos" Queen i jednostajny rytm "Polisy of truth" Depeche Mode.
No, to żeśmy o muzyce...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • SŁOWA, W KTÓRE CIĘ KOCHAM JUŻ NIE

      reż. Serge Gainsbourg

      MINITEL: 6996
      (Hier Schiphol Port)

      Kocham cię tak
      O, jak w locie ptak!
      Ja ciebie też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W lędźwie twe 

      Bo ja
      Kocham cię Kocham tak
      O tak, kocham cię!
      Ja też nie
      Och, miła ma...
      Ty to fala,  ja ziemi trud 
      By, wpłynąć na  brzeg
      Mych zeschłych ud

      Więc ja
      Na spotkanie biegnę ci
      Kocham Cię Kocham Cię
      Ja też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W Twój lepki mrok 

      Wstrzymuję krok 
      Ty bijesz o mój szczyt
      Czubek miłości mej 
      Idę, by hołd złożyć ci
      Złożyć perły dżdżu 
      W dolinie Twych ust
      A Ty idziesz w mój ślad 
       - Kocham Cię Kocham Cię
      O tak, kocham na wznak!
      Ja też nie

      Miłośi ciał  zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak 
      Gdzie twego  łona port
      Chcę orczyk ściągnąć, poziom zerr
      Lecz to Ty trzymasz ster 
      Nachodzi, ziemi fort...
      Nie! Terra... terr!
      Terrain ahead, pull up!
      Przyziemienia spaz..

      Je t'aime de pluie
      Moi non plus
      Je te kiffe 
      Même diff...

      RICHARD 1004
      (Tu i tu, i tam)

      Kochał  pałac tak
      (Boga palec mniej)
      Że porwał go żelazny ptak, 
      W las antycznych ciał...
      I w ostry historii cień
      Wbił dziób swój, w ziemi krew

      Więc wzbił się w dech małpiej mgły
      W pagonów, tóg werbli rytm 
      Stary wilk wciąż dzierżył ster, 
      Lecz w dziobie niósł Elbrusu cień

      O konia dam na sławy żer!
      My też nie
      Och, ziemio ma...
      To tylko zakłócenia fal, przecie wciąż kochasz mnie

      Chcę wpłynąć znów w Victorii dal
      Więc zlecę tu, gdzie tylko chcesz,
      By Vox Populi skrył mnie deszcz
      Osiodłam znów mit krwistych burz...
      Czy wyjdziesz na spotkanie  mi?
      Wciąż kocham tak Twój blado-krwawy róż,
      Dam kres swym dniom, by być miłym ci..

      Och, miła ma...
      Na fali twej
      Ulecieć chcę nawet tam,
      Gdzie Aerofłot 
      Wstrzymuje lot

      Biję w wąwozu szczyt,
      Lodowej góry Twej 
      Idę, by hołd złożyć Im
      I łożyć perły  ciał 
      Na ołtarz tronu łez

      O miła ma, zetnę tysiąc brzóz
      By wpiąć je w dolinę Twych ust
      Jeśli Ty też nie trafisz w pas
      W mój kurs i szlak

      "Nie zostawiaj mnie
      Nie zostawiaj w tym tu
      Nie zostawiaj, chcę...
      Nie zostawiaj: Mu

      Obiecuję ci
      Wyssać perły krwi 
      Z ciebie l ziemi tej,
      Gdzie pada żelaza deszcz
      I z najkrwawszej z ziem
      Wycisnąć choć metr 
      Stopę... Stop tlen,
      Skryłem ciało swe
      W całun błót,w martwy liść

      Kocham Cię Kocham Cię
      O daj mi znak
      Kocham je
      Leżę tam, gdzie znak...
      My przez chwilę też tak

      Miłości ciał zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak
      Jak te jedwabne drzwi
      Gdzie mój ostatni port
      Orczyk ściągam, poziom sto 
      Lecz ster trzyma On;
      "Pо правильной дороге.
      Na верном пути"
      Sixty , fifty, fort...
      Nie! Ziemia...ziem!
      Kur!!!
      Uniżenia dno (w dur)
      Wniebowzięcia dreszcz...
      Pравильнa дорогa.
      Na верно
       Pути..."

      Wiary dochowałem, ukończyłem lot
      Wzbiłem się w Majestatat Flot
      Wstrzymałem dech
      Wbiłem w wąwozu szczyt
      Zdradzony świt
      Góry Kości tej
      Kur piał (X3)

      Я люблю тебя, туман.
      И я.
      Я сошёл с ума,
      Я сошёл c телa
      Я, туман.

      YFD: 0-911
      (Sullied van)

      Kochał  tak przygody smak
      (I inshallah też)
      Że porwał go żelazny ptak
      W tumult szklanych wież  ...

      "Yes;  the book and orders were onboard,
      Quite quiet men, and riot squads 
      His cutting edge was not stored
      And  came quite handy down the road;
      Tak; księgę i przekaz na pokład wziął,
      Ludy niemyte, i ICE w gorącej krwi,
      I ostry wzrok, co niejeden róg ściął
      I był poręczny w zręcznym locie tym;

      His learning did not go as far
      As safely getting to the quai: 
      He only sought to know how to start;
      The rest, he'll discover on the fly"

      Nauka ma nie zaszła dalej, niż w ten las,
      Nie porywa go, jak znaleźć bezpieczny port
      Chciałem tylko wiedzieć, jak zerwać  czas:
      Nocy nie zrywałem, by wejść w ten lot

      I w szklany sufit  historii się wbić 
      I wyspy podbrzusze spowić w 2x piał Kur
      I Ziemię Zer  zatopić  we krwi 
      I paszczę przymknąć Ul. Mur

      By betonu konkret wspiął się w poezji mgłę 
      Epoletów belki wzniosły w rytm oddechu serc
      Morskiemu wilkowi odebrać ster,
      A rufę mu wszedł  morza Hudson cień

      Wlatuję w dolinę wąwozu wrażych wież
      Tej Sodomy muru, co niesie śmierć.
      Złożę je, jak ściany, gdzie Rzece w paradę wchodzi Brzeg
      Złożę perłę ciała, gdzie króluje Wieprz

      Daj skrzydlatego konia, by los  pożywił się!
      W zero ziemii, jedność z tym co jeden jest

      To tylko wzburzenie fal, jak w majowy dzień
      Uleciałem zburzyć płaczu mur 
      Rozciałem, gdzie On wezwał mnie  
      Żeby Vox Dei deszcz ognia spuścił z chmur

      Czy wyjdzie, by spotkać nas, gdzie seraju próg? Wciąż tak bardzo kocham Twą zieleń i biel,
      Oddam chętnie życie, jeśli tak chce Bóg…

      Panie zielonooki mój spełniłem Twój cel
      Lecz na mych kompanów wciąż czeka Air Virgin 95
      ...


      Na ołtarzu tronu łez. Brzeg
      O, mój drogi, powalę tysiąc wież,
      Aby przywiązać je do doliny twoich ust,
      Na mojej ścieżce i za mną,

      „Nie zostawiaj mnie,
      Nie zostawiaj mnie tutaj,
      Nie zostawiaj mnie, chcę…
      Nie zostawiaj mnie,

      Obiecuję ci,
      Wyssać perły krwi,
      Z ciebie i z tej ziemi,
      Gdzie pada żelazny deszcz,

      I z najkrwawszych krain,
      Utrzymać choćby metr,
      Stopę… Zatrzymać tlen,
      Ukryłem moje ciało,

      W całunie z błota, w martwym liściu.
      Kocham cię, kocham cię
      Och, daj mi znak
      Kocham je


      CHAR 0:  ELEB 1997
      (Paparazzo a Pariggio)

      Tak bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred
      Czy dosiedli Rossiniego niższych sfer
      Czy Rossinanta La Manche
      Czy Rossinskiego plansz 

      Liczy się, że są jak Edam ser
      Ziemia, tu planeta Metal Mars 
      Tu patria Allah en marche
      Tu księstwo  Mówisz i Masz

      Gdziekolwiek, trzy muchomory w barszcz
      Czy podburzone karykatury szkło
      Czy wzburzenie a la Monroe 
      Czy mur zburzony Behemotha czcią

      Non importa, sono senza brio...
      Czy krwawego bata klan 
      Czy czarno-biały ilustracji plan
      Czy arabski z drugiej ręki flan

      Egal, alle sind raus aus dem Lebens Autobahn  
      Ech, życie, kocham cię, kocham cię życie nad
      Och, wskaż mi szlak.
      Kładę się tam, gdzie jest znak…

      Ciała miłości zamknięte są
      Ale i tak ląduję, gdzie jest mój dom
      Jak te  bramy w jedwabny ton
      Gdzie mój ostateczny port?

      Wyciągam kabel pogłębiarki, poziom sto
      Ale to On trzyma ster, poker la pobiera cło
      „Na właściwej drodze. „Wierną Ścieżką swą”
      Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt, od i do…

      Nie! Ląd… ląd! Kogut!!! Na dach
      Głębia pokory (durowych shal)
      Dreszcz Wniebowzięcia…i strach
      Ścieżka sprawiedliwości wiedzie w dal 

      Na wiernej ścieżce jak bezpański kot
      Dotrzymałem wiary, ukończyłem lot
      Wzniosłem się w majestacie flot


       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...