Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z pamiętnika scenarzysty




Nie pierwszy raz w życiu poczułem się samotny i na dodatek uszło ze mnie powietrze. Pomysł rozpadł się na etapie treatmentu i nie mogłem znaleźć dobrego rozwiązania w trzecim akcie. W głowie kłębiły się straszne myśli: Może to jest zły pomysł? Może powinienem pisać o śmierdzących rękach Szopena,zachwyconych swym świądem, które kiedyś dłubały w nosie i błądziły po kobiecych udach, a teraz czym prędzej chcą wydostać się z drewnianej trumienki? Może powinienem podejść do tego filmu bardzo ambitnie? Rozpocząć mocnym akcentem i po rozjaśnieniu dać słabo rozpoznawalną postać w plenerze i narrację w stylu : W RAJU NIE UŻYWA SIĘ BRZYDKICH SŁÓW? Szaleństwo.
Postanowiłem odłożyć to na kilka dni. Ostatnio wygrałem trochę forsy, więc nie muszę się martwić o pieniądze. Doszedłem do wniosku, że nie mogę pisać byleczego. Postanowiłem wrzucić sobie małego brejka i Po raz pierwszy od dwóch miesięcy wyszedłem na dwór. Początkowo błąkałem się po Krakowskim Przedmieściu, szukając natchnienia. Czegokolwiek. Nastał wieczór i jak na złość nikt nikogo nie pobił, nikt nikogo nie okradł. Strata czasu. Wszedłem do pierwszej lepszej knajpy. Luksus. Boksy, Warszafka i ciemne piwo za szesnaście złotych. Usiadłem przy barze, obok śmiesznego typka pod krawatem. Rozmawiał z jakąś lalą. Była śliczna, miała na oko dwadzieścia lat, obcisłe dżinsy i oczy Femke Jensen. Patrzyłem na jej gładką buźkę a w głowie snułem fantazję, jakto niby wypina tyłek a a ja wkładam tam swój palec. Zamówiłem szklaneczkę Jacka. Barman uwinął się błyskawicznie.(liczyłem na niebieskooką brunetkę za barem, ale los okazał się okrutny) Wypiłem go jednym duszkiem. Poprosiłem o kolejną, tym razem, podwójną. Barman zdziwił się trochę, ale spełnił moje życzenie. Wygładziłem szklaneczkę. Obejrzałem ją dookoła i zanurzyłem usta ociupinkę, tak tylko, by nawilżyć wargi. Zapaliłem papierosa i ze świadomym pietyzmem, delektowałem się każdym sztachem. Facet, ten który siedział obok mnie bez przerwy gadał o swojej robocie. Nie mogłem tego słuchać. Bez przerwy nawijał o podatkach, pieniądzach, składkach zus. Nie mogłem dłużej tego znieść. Szanuję ludzi , którzy mają jakąś pasję, ale ten koleś smęcił jak cholera.
- Przepraszam, nie nudzi cię ten facet? - spytałem, laseczka uśmiechnęła się milutko
- Gościu , czy ktoś cię pytał o zdanie? - ospowiedział warszafski finansista, choć wyglądem raczej przypominał studenta ekonomi, finansów albo bankowości. to bardzo popularny kierunek w dzisiejszych czasach. Rzekłbym nawet przyszłościowy. Nie dałbym sobie uciąć ręki, ale wszystko wskazywało na to, że właśnie tak jest. Te całe mżonki o wielkich pieniądzach, są wysnute z palca prawdopodonie koleś odbywa praktyki w zachodniej korporacji i jest pierdolonym szczurem. Na bank, tak właśnie jest.
Przetrawiłem jego ripostę i połowicznie musiałem przyznać mu rację. Mimo wszystko nie lubię jak ktoś odpowiada mi pytaniem na pytanie. Chciałem, już mu przypierdolić, ale się powstrzymałem.
- Pytałem tej cudownej istoty, która musi słuchać twoich wywodów, Nie nudzisz się ślicznotko?
- Trochę - odpowiedziała dziewczyna, po czym objeła słomkę ustami i wciągnęła dużą ilość koka- koli do gardła. Spodobało mi się to. Musialem ją mieć. Natychmiast...

Opublikowano

w trakcie tekstu wyraźnie się rozkręcasz, aczkolwiek mogło być lepiej. Czy powinno być subtelniej? niekoniecznie.
zabrakło rozwinięcia historii, czegoś więcej. idzie nieźle, ale przydałoby się coś dołożyć.

jeżeli chodzi o fakty - sam krytykuję to, o czym piszesz, a chwilę później przypuszczalnie sam staję dokładnie w tej samej roli pajaca, może tylko w nieco lepszej sytuacji niż on, bo niektórych rzeczy nie muszę udawać. nie wszystko więc jest takie, na jakie wygląda.

parę drobnych błędów, aczkolwiek to nie należy do meritum, więc je pomijam. pisz więcej, popraw nieco styl, bo pomysły na pisanie chyba masz. najważniejsze są obserwacje, wzsystko się sprowadza do reality, przelanej na klawiaturę.

pozdrawiam
zm

Opublikowano

Hmm.. tego samego dnia zamieślicliśmy teksty na ten sam praktycznie temat (no - bardzo podobny). Jako że ja tegoż dnia rozpocząłem swoją obecność na tym portalu, nie odważyłbym się napisać w sposób tak... dosłowny (?) jak Ty. Co nie oznacza oczywiście, że Twój tekst mi się nie podoba. Po prostu, po przeczytaniu przyszło mi do głowy, że można by to zrobić subtelniej ;-)

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




właśnie, w tym sęk drogi kolego, ja nie mogę tego subtelniej napisac, bo ja nie jestem subtelny, delikatny, no może w kontaktach z kobietami tylko i wyłącznie, ale to raczej gentelmeństwo, jedyna zasługa mojej matki, więc gdybym pisał to bardziej subtelnie , było by to zwykłym przekłamaniem, zarówno bohatera , jak i autora... musiałem w końcu to napisac, bo ostatnio, tu na tym, jak to nazywasz portalu, zostałem zbity za wulgarnośc...no po prostu nie mogę...
Więc chyba rozumiesz, nie odważyłbyś się napisac w tak dosłowny spoób, bo w rzeczywistości jesteś pewnie człowiekiem, który nie musi, nie chce, nie lubi być dosłowny,
i nic dziwnego, co do twojego tekstu przeczytałem dwa razy, mojej koleżance, którą bardzo cenie literacko się podoba, ja cały czas się zastanawiam dlaczego?, musze przeczytać parę razy jeszcze, bo to ze sie dobrze czyta nie jest dla mnie wyznacznikiem...cierpliwości timo...

Michale, zabrakło rozwinięcia, bo ona sie rozwija to nie jest koniec..."pisz więcej, popraw nieco styl, bo pomysły na pisanie chyba masz. najważniejsze są obserwacje, wzsystko się sprowadza do reality, przelanej na klawiaturę. " - się rozumie...

Dzięki, czekam aż mnie ktoś zbluzga ...

Pozdrawiam...
"
Opublikowano

"wzsystko się sprowadza do reality, przelanej na klawiaturę." - nie zgadzam się. po pierwsze lepiej nic nie lać na klawiaturę, bo się zepsuje, a po drugie pisarstwo to o wiele więcej niż reality. pozdrawiam

Piotrku, ja zauważyłam jedną rzecz w Twoich tekstach - wymyśliłeś świetnego bohatera (już któryś raz powtarzam Ci, że go cholernie lubię, z resztą wiem, że nie cały jest wymyślony), stwarzasz mu fajne sytuacje (chociaż się dublują, zwłaszcza te w knajpach, kiedy spotyka laskę, którą chce przelecieć i jej faceta, któremu daje w mordę), masz dobry styl, dobrze się czyta to, co piszesz, ALE (bo zawsze mysi być jakieś wredne ale...) mi w tym wszystkim brakuje historii. Chciałabym wreszcie przeczytać Twojego pióra jakąś historię z początkiem, rozwinięciem i końcem. Na razie to są fragmenty, coś wyrwanego, niekompletnego. Trochę te teksty są dla mnie jak charakterystyka bohatera (poprzez sytuacje, w których się znajduje). Cały czas czekam na jakąś zamkniętą całość.

Pozdrawiam serdecznie, Twoja "koleżanka, którą bardzo..." no z resztą nie ważne ;) i dziękuję :)

Opublikowano

Nie do końca jasno się wyraziłem. Subtelniej = nie wprost (w mojej wypowiedzi się znaczy). I to wcale nie znaczy, że ma być niedelikatnie. Wprost przeciwnie. Dobrze, że jest ostro. Mnie jednak chodzi o stwierdzenia typu - "...o śmierdzących rękach Szopena...", czy "...jakto niby wypina tyłek ..." Lepiej bym się bawił gdyby było bardziej nie wprost :)

Zwłaszcza, ze przeglądając teksty i komentarze na forum, odniosłem wrażenie, że należysz do tej mniejszości, która potrafi znaleźć dystans do tego co robi w ramach www.
"duza historię Brysiu to nie tu..." - piszesz i ja Cię całkowicie rozumiem :)

Co do mnie - po tych paru komentarzach i dwóch stronach tekstu, ciężko stwierdzić czy jestem "subtelny i delikatny" (Boże, jak to brzmi...). Wydaje mi się, że wprost przeciwnie. Dlaczego tak a nie inacczej? Na to dałem odpowiedź w Wystawie, chyba sformułowaną wystarczająco "dosłownie".

Pozdrawiam.

Opublikowano

Początek miał stanowić prowokację, czyż nie? Jak dla mnie trochę zbyt słabą. Jeśli chcesz komuś przywalić, to powinieneś z grubej rury. Chyba zbytnio ulegasz emocjom i dajesz się wplątywać w orgowe gierki.

technikalia:
W głowie kłębiły się straszne myśli: Może to jest zły pomysł? - z małej litery

że nie mogę pisać byleczego - byle czego albo zapis kursywą

[u]jakto[/u] niby wypina tyłek a a ja wkładam tam swój palec. - to "a a" - to jakiś przekaz podprogowy;p? bohater należy do tej organizacji?;), a tak serio - to proponuję - jak to niby wypina tyłek, a ja wkładam tam swój palec.

ospowiedział warszafski finansista - odpowiedział

to bardzo popularny kierunek w dzisiejszych czasach. - To

są wysnute z palca, prawdopodonie koleś odbywa praktyki w zachodniej korporacji i jest pierdolonym szczurem. - prawdopodobnie

Pytałem tej cudownej istoty, która musi słuchać twoich wywodów, Nie nudzisz się ślicznotko? - dałbym kropkę

Facet, ten który siedział obok mnie, bez przerwy gadał o swojej robocie - przecinek ułatwi czytanie


Trudno oceniać tak krótki fragment. Warto nieco zagęścić. Opisać szczurka - jak wygląda, jak reaguje na jego zachowanie laseczka. Chyba, że preferujesz minimalizm.
...niski, dobrze ogolony, z żelem na włosach, w snobistycznym fraku... tak go sobie wyobrażam. Piwo za 16zł? czizas!!! drogo.

pomysł rozpadł się na etapie treatmentu
Oby te słowa nie były prorocze. Musisz mieć jakąś zagwózdkę, bo co się stanie jak już wyląduje z lalunią w pokoju i ją przeleci? Weźmie prysznic, zje coś. Ona wyjdzie i już nie wróci? Znam was Rutkowski z narracji sex and violence wiec jedź ostro nie patrząc na innych. trochę celnych spostrzeżeń i jakaś tajemnica... Gdyby tak laseczka miała hiva? Wiem wiem, bzdety, takie moje sugestie. Postaraj się czymś zaskoczyć.

Ostatnio zastanawiam się czy w polskiej literaturze i kinie musi być scena z papierosem i szklaneczką dobrego trunku. Przypominam sobie polskie filmy biało-czarne. Zbyszek Cybulski palił z pietyzmem. Ponoć ta moda na takie sceny przyszła z kina amerykańskiego. Wobec tego typu zabiegów jestem sceptycznie nastawiony. Co innego gdy Maklak z Himilsbachem popijają czystą. To jest to.
Dobra nie będę się zbytnio rozpisywał. Technikalia możesz przejrzeć, a do reszty się odniesiesz lub nie:)

Opublikowano

witam:) wiesz tekst mi się podoba:), nareszcie coś "o sobie samym"( Gawliński). W raj to ja nie wierzę, ale myślę, że znajdą się tam tacy co przeklinają:). Ja tu widzę Ciebie i Twoje przemyślenia i to mi się podoba. Pozdrowienia:)

Opublikowano

Nad treścią dyskutować mi nie wypada, bo to wersja męska spojrzenia na rzecz samą.Skoro przeczytałam, to:wykropkować przekleństwa w tekście -z punktu widzenia damskiego- i poprawić te parę błędów, poproszę, skoro jest to możliwe: byle czego, jak to, ZUS, Warszawka ( Warszafka), mrzonki, objęła, musiałem, i poprawnie zastosować interpunkcję w zdaniu: "Pytałem tej cudownej istoty, która musi słuchać twoich wywodów, Nie nudzisz się ślicznotko". W tekście brakuje jeszcze kilku przecinków. Kto wie, czy nie poradziłabym sobie ze sprawdzaniem dyktanda, prawda?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...