Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I


Pieśń Abla

Dzień przewodnik złotorogi śpi
strudzony za źdźbłem trawy Na trawie
owczy ser bieleje Na niebo
sypią się okruchy

Ogrzej się nocy w żywej wełnie
i zdejm zmęczenie z ramion brata
Z nasion radości traw spoczynku
płomienny kwiecie rośnij
rośnij

Z dłoni przemożnej pokrzepiony
w dłoń obronną oddaję swój pasterski kij
Daj bratu sen spokojny
Bądź pochwalony w rannej rosie
Bądź


II


ja Kain zabiłem Abla ja Abel
Nie mogłem znieść jego promiennych oczu
braterskich rąk które moje wiązały tak długo
Miałem złe sny zawsze byłem zmęczony i rozdygotany
gubiłem się w myślach nic mi się nie udawało
a on tak często śmiał się musiał śmiać się ze mnie
zwłaszcza kiedy był sam i leżąc w cieniu gapił się
w niebo Cieszył się byle czym tak był głupi
że gadał z owcami a te chodziły za nim
Zadręczał mnie pytaniami ta troskliwość
nie była prawdziwa przecież był taki beztroski
Kiedy patrzłem jak spał lekko z pogodną twarzą
modliłem się o piaskową burzę
żeby raz mogła zakłócić ten spokój ale nie
spał tak mocno nawet kiedy lwy ryczały
w pobliżu a ja gryzłem palce by nie zmrużyć
już oczu do rana On spał ja czuwałem
czuwałem zawsze Zabiłem byłem mu pośmiewiskiem
i chciał mnie upokorzyć Do dziś
dusi mnie w gardle i piecze oczy
gdy wspomnę zimny wieczór pilnując stada
rozpalaliśmy ogniska
Widzę jeszcze wysoki płomień liżący gwiazdy
słyszę jak syczał i trzaskał Obok
siedział Abel musiało mu być gorąco
zdjął sandały i kaftan był dumny i zadowolony
patrzył daleko niewidzącymi oczami
Wolał nie widzieć jak męczę się nie mogąc
rozpalić suchej trawy tliła się tylko
dymiąc Krztusiłem się w rozpaczy
zasypywałem chrustem każdy blady języczek
jaki ledwo się ukazał chłód zgrabił mi palce
nie mogłem w nich nic utrzymać
Chciałem już iść po rozpaloną gałązkę
niechby sobie nawet coś pomyślał
ale on zaczął śpiewać
Pustynia pomrukiwała dookoła truchlało
w piersi kiedy patrzyło się jak te diabelskie
ślepia krążą blisko a on drwił ze mnie
Z początku nie wierzyłem zgarbiony
aż przysiadłem z klęczek Miał miły głos
teraz donośny wieścił coś triumfalnie
że nawet ja zawsze jąkający się ze ściśniętego
gardła wyrzuciłem straszliwy krzyk
że wzrok mi odjęło rozdarło mi płuca
jęcząc złapałem gruby korzeń
ale on śpiewał dalej czułem się unicestwiony
Już nie ja ale coś ciemnego i dławiącego
rzuciło mnie w jego stronę Ucichł
tak nagle
Cisza osaczyła mnie jeszcze groźniejsza ale
to przeklęte oblicze w którym przeglądała się
moja nędza znikło też nie leżało nieznane
nie nie dotknę tego co mi tak urągało
trzeba się przed tym ukryć przed wszystkim
co przypomina zostawię pójdę daleko
ta cisza zgasły śpiew
ja Kain zabiłem Abla ja Abel
aby Kain mógł żyć

Opublikowano

Czytam bez kontekstów - przemawia, choć w tym "słów natłoku" giną niuanse (w warstwie słownej wiele stylizacji, patrafraz - to buduje klimat, ale też czyni barierę, uwzniośla tonem biblijnym - czy przybliża nam spółczesnym? nie wszystkim, z pewnością).
I tak myślę, gdyby cz. 2 zapisać szerszą frazą, poetycką prozą (bo teraz Duże litery - dla mnie - niekonswkwentnie, a wersyfikacja momentami: pożal się Boże:); to opowieść - niechby się rozlała (z możliwością kontrapunktowania krótkimi wersami tam, gdzie trzeba).
pzdr. b
ps. do niebawem ;)

Opublikowano

Roman Bezet.; z prozą poetycką rzeczywiście można postąpić różnie, skrócić lub wydłużyć frazę;
ja starałem się robić "sceniczny" zapis "roli" Kaina, steatralizować na monolog - a
w nim są trochę inne prawa niż w czysto literackiej konwencji - emotywność
wypowiedzi rozdzielonej na ja-on ustala reguły gry...ale czemu nie, w warsztacie
domowym spróbuję uwzględnić Twoje sugestie - sam jestem ciekawy, jak tekst
się sprawdzi i czy "zagra" podobnie; dzięki - a ja pożalę się Bogu z powodu tych
grymasów na nieszczęsną wersyfikację... :))) J.S.

Opublikowano

A ja sie troche odłączę od reszty: dalej nie wiem, dlaczego Kain zabiła Abla, i nawet nie chodzi o to, że nie rozumiem biblijnej przypowieści, choć znam i rysy talmudyczne i wątki katolickich kazań na ten temat, poza tym, że jest to archetyp zabójstwa, dalej nie kumam tej czaczy (poza znakiem Kaina, ale to inna bajka)

I ten utwór, poprawny formalnie, dalej mi nic w temat nie wnosi.... Nie widzę dramatu, napięcia, ani retrospekcji ani analizy. Taka laurka do obrazka....

Może w ten sposób znowu zabijam Abla, ale czegoś z zakresu głębszego sensu mi brakuje....

;o)

Opublikowano

ja Kain Abel ja - tak, wchodzisz głęboko, dotykasz rdzenia!

hebrajskie ah, ahot to słowa nazywające najgłębsze relacje międzyludzkie, wprawdzie najbliższe pojęciu "brat", dlatego tak przetłumaczone, jednak znaczeniowo odnoszące się do matki, ojca, siostry, członków rodu, plemienia, narodu nawet. Co więcej pojęcie "brat" przekracza granice tożsamości jednego człowieka, poszerza ją, wręcz scala z pojęciem "drugiego ja". Stąd bratobójstwo, to nie tylko zabóstwo syna tej samej matki, to coś więcej, to zabicie części samego siebie. Zabójca staje się człowiekiem rozbitym wewnętrznie, jest w stanie jakby półśmierci.
Dlatego bratobójca później wyznaje Bogu, że nie jest w stanie dźwigać tego brzemienia, bo przecież nie można żyć i nie żyć jednocześnie. Ten wiersz to krzyk. To opis walki Kaina z Kainem, nas z nami samymi. To nie tylko roztrząsanie motywów zbrodni. To próba poskromienia własnych demonów - nieudana, niemożliwa. Ale Biblia nie jest księgą fatalistyczną, bo oto Bóg nakłada ochronny płaszcz na tego, który samego siebie przeklął. Kainowe znamię to nie piętno, to wybawienie od zemsty.
Nie jest wcale łatwo zabić "brata". Kain wzbudza sobie i Ablowi potomstwo, historia toczy się dalej, nieco paradoksalnie. Kain osiadł w kraju Nod, to znów starohebrajskie słowo "błąkać się" "tułać" - zatem ziemia tułaczy - a kimże my jesteśmy?

no dobra, stop, bo nie skończę:)))
Eh, autorze, nie jest łatwo nakłonić mnie na powrót do takich refleksji - Tobie się udało. Dzięki.
świetny wiersz!

pozdrawiam

Opublikowano

no dobra, ale ten cały, mądry i ciekawy wywód Kaliny, nijak się nie ma do tekstu, tego w tekście nie ma, to jest zaledwie jeden wers:

"ja Kain zabiłem Abla ja Abel"

a w reszcie narracja przewija się z refleksją i robi się bałagan bo ani to teatrum, ani midrasz, ani analiza psychologiczna.....

Proponuję przepracować i ustalić o czym to tak naprawdę.

Do tekstu przytoczonego prez Sokratexa dorzucę zakończenie Pieśni o moim Chrystusie:

Takie było twoje ukrzyzowanie, Panie ,choć na pewno odbyło sie ono inaczej, niż to opisałem swoim (..) piórem..

ale jest między nami rzecz(...)

gdybym żył wtedy w Jerozolimie (..) na pewno wołałbym "krew jego na nas i na syny nasze", i wróćiłbym potem do domu, niosąć twoją szatę, której jakość badałbym balcami (...)

dlatego przebacz mi tę bolesną możliwość

dlatego przebacz mi tę bolesna (koneczność?) (,,,)

tę jeszcze jedną przyczynę twojej śmierci
tę przyczyna o którrej ewangeliści nie piszą
tę przyczyną o której ewangeliści milczą

przebacz mi panie grzech niepopełniony...

Cytuję to co mi zostało w pamięci, bo całość i duże fragmety reszty tego utworu kiedyś potrafiłem cytować, ale to jakieś 20 lat temu.....


Ale tu jest konkretna konstrukcja, która zmierza do bardzo konkretnej myśli...

W omamawianym wierszu jest dużo dobrego materiału i warsztatu, ale brakuje jasnej myśli przewodniej.....

A sama historia niesie duży ładunek możliwości...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



jeden wers ale to nie jest "zaledwie"!!!
o czym tak naprawdę jest wiersz? - wyczytaj z niego to, o czym jest dla Ciebie. Mój, jak to określiłeś, wywód nie ma się "nijak" - wręcz przeciwnie, piszę o moich refleksjach wywołanych właśnie tym wierszem, w którym jest opis wewnętrznej walki. Można się nawet domyślić motywów zbrodni (jeśli ich ktoś nie pojmuje, a usilnie pragnie zrozumieć) Analizę formy i treści zostawiłam innym - chyba mi wolno:)))
Wiersz to nie tylko słowa zapisane, to również te pomyślane na kanwie utworu, więcej nawet, to emocje wywołane tekstem i owo nienazwane, które dopełnia sam czytelnik.

pozdrawiam
Opublikowano

owszem, autorzy natchnieni bywali poetami - czasem tylko poezja jest w stanie najlepiej przekazać prawdę o Bogu i człowieku w ich wzajemnych relacjach.

link wskazuje na legendę (śląską?) - nie mylmy, gatunków literackich i gwary z tekstami biblijnymi (które zresztą też są zróżnicowanie stylistycznie i gatunkowo) proszę uściślić, o co Pan pyta, co mam Panu wyjaśnić (ewentualnie)?
"urodziła od niego brata" - zapewne chodzi: urodziła mu brata(Kainowi), albo "od niego" czyli od Adama - ale nie znam się na gwarach (może prof. Miodek, Bralczyk ... nie wiem, próbuj Pan u językoznawców)
pozdr

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wyraża się Pan jasno - o jakich granicach międzyludzkich Pan mówi? - czy ja o czymś takim napisałam?

Co do idei Boga w Biblii nie sposób tu z Panem dyskutować - ani miejsce po temu, ani okoliczności. "Biblijny Bóg" jak to Pan nazwał, to przede wszystkim byt samoistny, tzw. konieczny, Byt, którego istotą jest istnienie. Czy dobry czy zły, rzecz w wyobraźni i mentalności autorów biblijnych - idea Boga w Biblii ma charakter dynamiczny, stale ewoluuje ... ale skończmy juz na tym, bo szkoda miejsca pod wierszem

pozdr
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Proszę wybaczyć, ale jakoś nie mogłam skojarzyć Pańskiej konkluzji z moją wypowiedzią :) Nie trzeba szukać daleko? (a o czym to konkretnie?) - to niech Pan nie szuka. Mnie w tę dal odesłał przeczytany wiersz.
skończmy już, choćby z szacunku do autora, który czeka raczej na komentarze niż na dyskusyjne wycieczki :)

pzdr
Opublikowano

Na marginesie dyskusji między kaliną kowalską a Sokratexem.;

jeśli wiersz inspiruje, i niejako poszerza się w komentarzu zakres poruszanego w nim tematu o wątki językoznawcze i semiotyczne, jak to uczyniła kalina w pierwszym komentarzu, a także - jak to wyraził Sokratex, budzą się pytania natury deontologicznej, etycznej i teologicznej, i zaczyna się toczyć spór o interpretację przekazu biblijnego; autor może - jako inicjator tej burzy mózgów - tylko się cieszyć, bo nic gorszego niż obojętność na popełnione dzieło;
zatem - dziękuję interlokutorom, uczestnikom pojedynku na słowa i myśli;
od siebie dodam: tekst wyraźnie zaznacza różnicę postaw pomiędzy Ablem i Kainem; po jednej stronie afirmacja tego, co otrzymane, po drugiej: brak ufności - lęk, zawiść, złość, gniew,bunt i zbrodnia; i oczywiście -ma Sokratex całkowitą rację mówiąc o tym, że Kain stał się ofiarą...własnego niepokoju, własnego braku wiary i pokory wobec tego, co otrzymał inny; to archetyp rewolucjonisty - ile ofiar za sobą Kain pociąga, mówi półgębkiem historia, bo nie może się doliczyć tych, których bunt Kaina sponiewierał i utrupił...wybór postaw stoi przed każdym, i tylko wola decyduje, za jaką się opowiedzieć, bo Kain i Abel mieszka w każdym z nas;
dziękuję kalino;
dziękuję Sokratexie;
J.S.

Opublikowano

Sokratex.; zamieszczony tu tekst "Egipcjanina Sinuhe" Mikiego Waltari wspiera sugestię Bezeta, by
właśnie wyznanie Kaina zapisać podobnie, ciągłą prozą, bez obligatoryjnego dzielenia na
wersy - ale ja mam problem - bo jednak chcę utrzymać charakter mini-poematu i
swobodnego scenariusza z zaznaczeniem odautorskich akcentów poprzez użycie dużej
litery; wiem - będzie to nieco oryginalne i trudniejsze w czytaniu, ale czy rzeczywiście
tak mało komunikatywne, że aż Jaro Sław pyta o myśl przewodnią, według mnie, aż
nadto oczywistą, co powyżej zawarłem; /? J.S.

Opublikowano

Potomkowie Kaina zostali kowalami, w starożytnych kulturach była to funkcja nieomal magiczna.... poza tym wyrabiał nie tylko przedmioty użytkowe ale i broś, która abijała...


ale wracając: tak jak historia z genesis obrosła komentarze, tak komentarzy i tu dużo, a ja rozumiem założenia takstu, ale dalej nie widzę w konkretnym tekście wystarczającego motywu zabójstwa, ani obiektywnego ani subiektywnego z punktu widzenia Kaina. Jest to ilustracja historii, która wiemy, że (przynajmniej w sensie literackiem) się wydarzyła. I brzmi -dla mnie - nieco jasełkowo, mnie dojrzałego (;o) hi hi), człowieka, który zna chwile, w których rzuciłby się do gardła drugiemu człowiekowi, to nie przekonuje...
Jeśli miałby to być archetyp rewolucjonisty, to pomysł jest jak najbardziej ciekawy, ale tego to tekście nie ma...

Co do takich archetypicznych tekstów, trudnością jest to, że przez wieki obrosły w znaczenia, ale ja tam w ciebie Jacku wierzę, bo talent to masz....

Pozdrawiam...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...