Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Luno! Bogini Księżyca! Chciałbym byś była moją żoną! Już nie krzyczysz. Blaskiem rozgrzanego palnika acetylenowego potrafiły lśnić twoje źrenice. Lecz teraz, rozstrzelana, pobita, zakrwawiona, wyrzucona z torów ze skarpy w dół, nawet nie krzyczysz. Nie płaczesz z bólu. Nie błagasz bym cię uratował, nie pragniesz pomocy. A mogłabyś być moją żoną.
Jakim absurdem jest myślenie o nienarodzonych niewiastach tutaj, na dnie wieżowca. W piwnicy. Sherlock pali papierosa. Mistrz bluesa tli się w nawiasie, gdzieś tam. Jego gitara niesie się po rurach. A ja siedzę zmęczony w milczących kłębach dymu i kopię sobie butem zbutwiałego kartofla. Trójka Drombo rozdzielona na ten jeden dzień. Marcowe okna marzną, grając w zimowo – wiosenne karty. Bojatti wierci pewnikiem dziury na przeciski, albo wynosi gruz we wiadrze. Ja tylko marzę żeby nie wpadł Dokuro Bej.
Obiecywano nam herbaty, hamaki, drinki co je nam miały przynosić lale. A dali nam wiertarki i skrętki. I kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, przyszła odwilż. I wręczono nam łopaty. Najfajniej wyglądał pan Milczek, tłukąc kilofem w skamieniałą glebę przy akompaniamencie padającego deszczu ze śniegiem oraz serii moich wyzwisk, wytaczanych pod adresem pana Dokuro Beja. A kiedy wydawało się, że już gorzej być nie może, przyszło pozorne wybawienie. Tak jest! Chcemy nosić papiery po schodach i tłumaczyć ludziom jak cenne są usługi naszej firmy. Nie! Nie myślcie, że to te kłamstwa były takie ciężkie. Najgorsze było bieganie. Sweter był trzykrotnie cięższy, obciążony dodatkowo potem. Niektórzy ludzie, jakże mili. Cudowni wręcz. Aż się chciało przebijać opony w ich pojazdach. Tak bywa.
Innym razem, w obawie przed panem Dokuro, wiedząc, iż niewiele mam ognia w rękach, rzuciłem się do ciężkiej pracy, z jeszcze cięższym narzędziem. A, że bałem się trochę go uruchomić, skrzętnie zasymulowałem dźwięk jej pracy ustami. Cóż, szef udzielił mi reprymendy innego razu, gdy siedziałem w najlepsze na schodach z Bojattim i przeglądałem lokalną prasę. Zaskoczył nas, bestia cwana. Ale i tak położyliśmy na nim szparagę.
Pewnego dnia zjawił się pan Usterka. Pan Pech, Pan Don’t Worry, Be Happy, Pan Kłopoty. Nie wolno było do niego mówić po nazwisku. I twierdził, że niedawno odwiedzał kolegę w więzieniu. Śmieszny koleś. Ale nasz dzielny dotąd przełożony, nieco się przeląkł. Jakby ten miał mu coś zrobić.
Pyrgnij się po Natę Orange, Watsonie. Przynieś trochę skrętki z trzydziestki ósemki. A ty, Bojatti, skocz po Cekolnik i drabinę. I zawołaj mi Funia. Trzeba zrobić kurde przecisk, rurki trzydziestki dwójki. Kto się pyrgnie po Bosha?

I kiedy wydawało się, że już gorzej być nie może, praca w piekle u pana Dokuro Beja skończyła się. Jeszcze krótka opowieść o odkurzaczu nad bajorem, przy kamieniu i już powrót do rzeczywistości. Jak to wstrętnie brzmi. Tęskniłem długo za tym piekłem. Nadal tęsknię. Nawet teraz, gdy przechodzę następne. Wspomina się dobre rzeczy. Przeszedłem przez to piekło z Bojattim. I jestem mu za to wdzięczny. Muszę być.
Cóż bym pamiętał gdybym nie przeszedł piekła? Herbatę? Odpoczynek od ciężkiego dojechania do pracy? Powrót przed dziesiątą rano? Dobrze wspomina się problemy i panikę, z której jakoś trzeba było się wydostać. Zawsze jest ktoś, kto pomoże.
A ty? Chciałabyś przejść ze mną przez piekło? Ja z tobą przeszedłbym. Bez słodkawego i mętnego jak grochówka, trzymania za dłoń. Bez tego. Obok. Krok w krok. Po płomieniach.
Jak dwie gitary w kościele. Gdy jedna sfałszuje, druga ciągnie rytm i melodię dalej.
Jechałem autobusem i myślałem sobie o tobie. Widzę cię ciągle jak jakiś kretyn. We wszystkich tajemniczo uśmiechających się kobietach, albo w tych zmęczonych, zasypiających na popisanych mazakami siedzeniach. A czasem i w oknie.
Muszę odetchnąć. Bo zginę jak ciocia w Czechach. Zresztą i tak wyglądam jakby mnie, proszę ciebie, psy po wiosce goniły. Wisielec spod Stalingradu. A spodnie mam takie jakbym, rozumiesz, chleb zbierał po klatkach schodowych. Chyba wysiądę przez blachę z tego autobusu. Byłem na aerobiku, myśląc, że spotkam tam jakieś fajne dziewczyny. Ale same ptaszyska. Normalnie kontrabas. To wszystko już niebawem się skończy. Muzyka gra cicho w moim uchu. A słońce, które przecież zachodzi za zimowym horyzontem, zmarzniętym i obramowanym różowym pierścieniem z topniejących, zawisłych chmur, wygląda jakby wstawało. Jadę do domu.
Do swojego domu i wspominam piekło. Tam cię ze mną nie było. I w domu też cię nie zastanę. Nie w moim. Przecież nie było cię nawet w twoim własnym. Za chwilę idę spać. Nie będę w tym wielce oryginalny. Ale cóż. Mam jeszcze ostatnie życzenie. Tylko jedno...
Zostań ze mną. Śpij koło mnie. Mów do mnie. Śmiej się ze mnie. Nawyzywaj mnie. Pij ze mną wódkę. Kupuj mi bluzki z rockowymi zespołami. Każ mi wstawać wcześnie rano, płacz jak nieudacznica, żebym mógł cię przytulić i oszukać, że wszystko będzie dobrze. Chodź po moim domu, w moich koszulach. Ugotuj coś. Kup psa. Wycyganiaj ode mnie pieniądze na głupoty. Mów o dzieciach, o których nie chcę słyszeć. Gadaj przez telefon, okręcając kabel wokół palca. Specjalnie kupię aparat z przewodem. Krzycz, że drzwi od szafki się luzują. Przechodź koło mnie, żebym czuł twoje pole magnetyczne, żebym słyszał bicie twego serca. Załatw sobie karnet na basen i pływaj ile chcesz. Spaceruj ze mną po tym cholernym molo. Narzekaj, że ci zimno. Podziwiaj kiczowate fale i mewy, rozwiewane sztormem. Naciągnij mnie na cukrową watę. Spraw by moje kroki brzmiały stereo. Proś żebym zagrał coś na gitarze i nie znając się w ogóle, chwal mnie, że jestem świetny. Wysłuchuj moich przemądrzałych teorii o życiu i śmierci. Oglądaj M jak Miłość. Nastaw na cały regulator, żebym mógł się gotować ze złości na sam dźwięk głosu jednego z bliźniaków. Każ mi przełączać mecze na coś innego. Przycinaj róże w ogrodzie latem, narzekaj, że pies szczeka na sąsiada. Urządzaj na różowo pokój. Rozstrajaj mi co dzień gitarę. Pal w kominku. Złość się, że nie przyniosłem znowu drzewa. Odklejaj moje zdjęcia kobiet ze ściany. Kłóć się ze mną o to, że Minnie Driver nie jest najbardziej urodziwą i kobiecą aktorką. Pokochaj Angel Dust zespołu Faith No More. Śmiej się, że gram w gry komputerowe. Podlewaj kwiaty. Poprawiaj mi humor zapachem świeżych warzyw, wędzonego sera i kabanosów z kuchni. Wyrzucaj moje butelki po piwie do śmieci. Nie pozwalaj mi palić. Nigdy nie oglądaj Seksu W Wielkim Mieście. Wyglądaj z instrumentem strunowym w dłoniach jak Darc’y Wrecky. Każ mi rysować twoje portrety. Krzyw się gdy charczę, bekam i obcinam paznokcie. Kasuj mi przez zupełny przypadek moje pliki tekstowe. Wspieraj mnie dobrym słowem, że kiedyś ktoś wyda moją twórczość. Śmiej się z głupot, Pantera cię tego nauczy. Nabieraj się na mój udawany romantyzm. Załatwiaj za mnie sprawy w urzędach i na pocztach. Bluzgaj na wszystkich polityków bez wyjątku. Ubieraj choinkę, ja potłukę połowę bombek. Zaproś kogo chcesz na wigilię. Wracaj czasem na kilka tygodni do swoich stron i tęsknij. Całuj moje wstrętne, nie uśmiechnięte zdjęcie. Polub część moich znajomych. Naucz się grać w bilard. Wypijaj więcej Jacka Danielsa niż ja. Chociaż może też być Glenn Fiditch. Zajadaj się chipsami i dziw się czemu jesteś za gruba, chociaż wcale nie jesteś. Latem marudź, że nie nadajesz się na plażę. Zimą stawaj przy każdej wystawie z futrami. Obstawiaj na Sts’ach wedle przeczucia. Nabijaj się, że ty wygrałaś a ja nie. Nie kibicuj Juventusowi, Bayernowi, Chelsea i Realowi Madryt. Wyjedź ze mną do Kanady, Szkocji i Irlandii. Odwiedźmy z przyjaciółmi Normandię. Zróbmy mnóstwo głupkowatych zdjęć. Podpiszmy je rocznikami. Schowajmy je w albumach.
Nie dopuść bym do końca życia słuchał przed zaśnięciem radia, albo budzika, po którego tykaniu wiem, co ile sekund się opóźnia. Po co mi ta wiedza?! Złap mnie z tyłu za plecy, połóż głowę na moim prawym ramieniu i zabierz mnie od tego pieprzonego komputera. Zaciągnij mnie do łóżka. Zgaś światło i zabierz mi całą kołdrę. Chrap. Obudź mnie przed świtem i poproś o kawałek czekolady z lodówki. Chcę mieć przy sobie ten głos. Pojadę po niego 500 mil. Nawet 5000 mil. Jeśli zechcesz ze mną wrócić. Chcę mieć przy sobie twoje dłonie, razem z resztą ramion. I twoje włosy. Bądź podła, zazdrosna, nieustępliwa, naiwna, delikatna, ambitna, zdystansowana, wrażliwa, przemądrzała, A NIE MÓWIŁAM, błyskotliwa, słodka i zabawna, WYŁĄCZ TEN MECZ, zgrabna, marudna, subtelna, popsułam młotek, niezdecydowana, ile trwają rzuty karne?!, JAKIE ZNOWU PIWO?!, bądź kobietą. Moją. Gdzieś tu, koło mnie.
Zawsze i nigdy, jak chcesz. Zadzwoń. Napisz. Chociaż o mnie pomyśl.
Odetchnąłem. Już wróciłem do domu. Cześć zegar, co u ciebie? Wiem, wiem. Nie ma się czym przejmować.
Jak to Jake, nie było do mnie telefonów, listów? Żadnych faksów? Ani jeden gołąb nie przelatywał w okolicy?
Siadam w fotelu. Na imię mu Frank. No cóż. Trzeba tykać dalej. Przecież nasz świat to tylko krokodyl, w śpiewających, zielonych butach, który uciekł przed budką telefoniczną na zachód od Estonii, tylko dlatego, że żaden z reniferów nie poparł usunięcia z rządów mafii grejpfrutowej, kota imieniem Laos. Ach ci Szwajcarzy.
Zasypiam. Nie śnij mi się znowu...



17.11.2004
Travis

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Mmm... co Ty robisz z tymi literkami? Tego naprawdę nie można przestać czytać. Ja bardzo proszę o więcej! To jest wspaniałe :)

skojarzył mi się Leonard Cohen "I'm your man", znasz? "If you want a lover I'll do anything you ask me to..." i tak dalej...

Opublikowano

Anielski pył wywołał u mnie ekstazę, walnąłem więc caffeine i uniknąłem midlife crisis.
Bracie - rozwaliłeś mnie tym strumieniem świadomości. Jestem krytycznie nastawiony do tekstów z tego działu, ale tu widzę diament... King for a day... fool for a lifetime za FNM i wprowadzenie w trans przybijam ci wirtualną piątkę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...