Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Biegli tak strasznie szybko, że rozbryzgujące się pod ich stopami fale nie nadążały ochlapać ich ubrań. On biegł trochę szybciej, nic dziwnego bo to chłopak. Ona ciut za nim, ale i tak jak na dziewczynę dawała sobie rade. Trzymali się za ręce, to też nie było dziwne. Przecież zawsze trzymali się za ręce. Dziwny był tylko ten ptak,który siedział na jedynym krzaku w tej okolicy i patrzył się szeroko otwartymi oczami. Nastroszył pióra, kiedy zza zakrętu plaży pokazały się światła samochodu. Warkot silnika był coraz bardziej słyszalny, wdzierał się coraz bardziej w cisze nadmorskiej plaży. Widać już było ich sylwetki w świetle reflektorów, kiedy ona potknęła się o budowle z piasku, którą rano wybudowały dzieciaki i upadła na mokry piasek. Jękneła tak głośno, że ptaszysko wyciągnęło szyje ze zdumieniem. W tym jęku było wszystko....że zgubiła te piękne sandałki, które kupił jej na targu, to że się wywróciła, to że nie dadzą rady i to ..że Go kocha.
Wojskowe Aro podjechało tuż przy leżącej dziewczynie. On wyprostował się, jakby chciał coś powiedzieć. Mężczyzna w cywilnym ubraniu nawet nie wysiadał z samochodu. Trzask kolby uderzającej o twarz chłopaka, znowu wzdrygnął ptakiem. Chłopak padł jak ścięta trzcina. Dziewczyna rzuciła się w sekundzie na niego, chciała zasłonić go swoim ciałem. Oderwali ją od niego, wrzucili do samochodu. Aro zawróciło w stronę Portu. Cywil zdążył jeszcze kopnąć kilka razy leżącego. Chłopak leżał skulony.
- La revedere- z jego ust zabrzmiało bardzo groźnie.

* * *
Otworzył oczy nad ranem. Zimno trzęsło nim jak galaretą. Dotknął twarzy, kiedy poczuł ból w okolicy nosa.Jęknął na głos. Drugi raz zrobił to delikatniej. Wyczuł strupa na wardze, i jakby szerszy nos. Delikatnie otrzepał się z piachu, i ruszył powoli w strone świateł campingu. Teraz dopiero zaczął sobie przypominać co się stało…….
Poszli na dyskotekę do tego niemieckiego hotelu, bo wczoraj były jego urodziny. Pamięta, że trochę pili ze Szwedami no i z tym Czechem. To on zaczął z tym piwskiem i z winem. Obiecał Felicii, że nie będzie dużo alkoholu. A co było? A potem zaczął Rysiek. Wykrzykiwał na socjalizm i Securitate. Dołączył się Pavel z Ostrawy i koniec. Jak się ma po 18 lat to tak jest..utkwiło mu jeszcze jak Leszek próbował rozpiąć rozporek przy słupie ze zdjęciem Ceausescu, a Rychu z Pepikiem robili konkurs w pluciu na plakat Ojca Karpat. Tuż przy „Caraimanie”, najbardziej oświetlonym hotelu w Mamai. POLSKA FANTAZJA!
Pamięta pisk opon i to Aro wojskowe, które wyskoczyło od strony Constancy. W pierwszej chwili myśleli, że to wojskowi {da się im fajki i spoko}, ale z wozu wyskoczyli cywile i nagle ktoś z ogródka hotelowego wydarł się
: s e c u r i t a t e.!!!
To tak jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody na głowe. Za długo tu żyli, żeby nie znać tego okrzyku. Wszyscy zaczęli uciekać. Złapał Felicje za rękę i przebiegł na drugą stronę asfaltowej jezdni. Pobiegli w strone morza. Morze zawsze im sprzyjało...taki odruch.

***

Chciał przyśpieszyć, kiedy nagle jakieś wielkie ptaszysko omało nie uderzyło go w twarz. Machnął odruchowo rękoma na niego. Ale ptak zawrócił momentalnie i z jeszcze większym impetem natarł na jego twarz. Zaskrzeczał przy tym tak głośno, że chłopak aż odskoczył wystraszony, machając rękoma dookoła swojej głowy. Dopiero po chwili zorientował się, że ptaka nie ma. Pierwszy raz widział tutaj takie monstrum.
Stał tak chwile zdyszany, a potem odwrócił się w strone Portu i wyszeptał wystraszonym głosem cichutko…Felicia

* * *

Było upalne popołudnie, nic dziwnego, to przecież południe Europy. Setki plażowiczów wylegiwało się na białych ręcznikach, rozłożonych na rozgrzanym piasku Mamai. Jeszcze więcej pluskało się i rzucało w fale słonego morza.
Dziewczyna która szła brzegiem morza,wyglądała bardzo dziwnie przy tych wszystkich letnikach. Była ubrana w sukienkę do kolan,a na plecach miała zarzucony sweterek. Sukienka miała przeplatane ręcznie góralskie hafty. W ręku trzymała sandałki, a głowę miała cały czas spuszczoną.
Szła mielizną ale sukienkę miała mokrą aż do bioder. Włosy miała rozpuszczone,a wiatr unosił je co chwile jakby chciał pokazać wszystkim jej twarz.
Nikt by dzisiaj nie powiedział że ma 16 lat. Wyglądała jakby wszystko dookoła nie interesowało ją... niemieckie turystki opalające się bez biustonoszy pokazywały ją sobie rękoma, śmiejąc się przy tym. Dziewczyna skręciła w stronę campingu, nie podnosząc ani na chwile głowy.
Dochodziła do małego budynku gospodarczego, tam gdzie mieszkała z ciotką i gdzie pracowała przez wakacje. Zbliżyła się już do schodków, kiedy zobaczyła…jego. Siedział na ziemi przy ogrodzeniu.
Chciał coś powiedzieć ale jej widok stanął mu w gardle. Podszedł bliżej, ale nadal nie mógł wymówić słowa. Stali tak chwile. Ona ze spuszczoną głową, on nie odrywając wzroku od niej.
I nagle ona zrobiła krok do niego,była tuż przy nim.

-Wiesz, nie możemy tego zrobić –powiedziała szeptem.
-Wiesz, nie możemy....dzisiaj się kochać. Wszystkiego najlepszego - podniosła głowę.
W oczach miała łzy, ogromne jak rumuński groch. I nagle wszystko do niego dotarło. Zobaczył w tych cudownych czarnych, cygańskich oczach cały jej świat. Zobaczył miłość i tragedie i ból i poniżenie i wstyd i hańbę. Zobaczył jej dusze.
Przytulił ją do siebie tak mocno jak nigdy wcześniej. CZUŁ ŻE JEST W NIEJ. ON NIE ONI. ONA TEŻ SIĘ TAK POCZUŁA.
- Nie zgubiłam tych sandałków od ciebie. Są takie ładne- powiedziała przez łzy.
-Kupię ci tyle sandałków, ile będziesz chciała- wykrztusił przez zdławione gardło.
-Kupię ci całą fabrykę sandałków !!!!!!!!!!!!!

Opublikowano

Dzięki za komentarz!Jest mi lżej.Naprawde.Uważam cię za osobę bardzo wrażliwą, i byłoby mi przykro jakbyś tego nie pojeła.Ale pojełaś !!! Dzięki.Rozumię, że jeżeli ktoś nie dostał pałą w łeb, albo nie został zgwałcony to nigdy nie zrozumie tego,walniętego i zgwałconego.To prawo natury.Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Bardzo wciągająca historia. Łatwo się czyta. Podoba mnie się ten kliamt opowiadania. Aż się prosi o rozwinięcie.

Jest trochę błędów (jeśli zechcesz to je wskażę). Musisz niektóre fragmenty ujednolicić pod względem czasu. Te słowa na końcu tekstu trochę niepotrzebnie napisane wielkimi literami i bez tego są dostrzegalne. Czemu to jest sci-fi?

Będę zaglądał do twoich tekstów, bo widzę, że warto. Zapraszam też do mnie.

Opublikowano

jasne że rozumiem
nie takie rzeczy się traciło- I nie takie sie straci.Smutne ale prawdziwe.
Do Sanestisa-pewnie, że możesz napisać swoje uwagi, po to również stworzono te strony.Tylko czasem drażnią mnie straszne "rozbierania" tekstów.Niektórzy robią to tak dokładnie jakby to był stół chirurgiczny.A potem biedny autor patrzy ze zdumieniem...to nie mój tekst.To s-f było do Nataszy.Ale opowiadanie jest fikcją.....częściowo.Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak.To oczywiście od autora zależy czy ulegnie sugestii komentującego, czy też będzie trwał przy swoim. A to rozbieranie tekstów się jednak przydaje tym osobom, które chcą doskonalić warsztat. Umożliwia to też wyczulenie na pewne rzeczy. Takie jest moje zdanie. Później coś napiszę - jakieś moje propozycje.
trzym się!
Opublikowano

Posłuchaj Johnie .M. S na pewno nie jestem tematem do żartów i nie dam sobie w kaszę dmuchać ! Po drugie nie nazywam się "Fałęcka" jak to napisałeś ,lecz Falęcka. Po trzecie nie jesteś osobą do wytykania mi błędów .Napisałam "Szkóła...." , bo się pomyliłam ,a za swój błąd przeprosiłam. Po czwarte na pewno nie masz 9 lat .Który dziewięciolatek pisze opowiadanie "dziwka na zimnym ,blaszanym dachu (o błąd się pojawił w twojej pracy nie napisałeś przecinka między zimnym ,a blaszanym, napisałeś także grupke, a nie grupkę oraz zsuneły ,a nie zsunęły ,Panie idealny). Który dziewięciolatek siedzi do 1 w nocy i który dziewięciolatek włada tak dobrze angielskim.Na dodatek dlaczego masz e-mail do pracy. Dziewięciolatki nie pracują , z tego co mi wiadomo . Nie spotkałam także równie wrednego dziewięciolatka.
Z poważeniem :
Magdalena Falęcka (nie "Fałęcka") - dwunastolatka

Opublikowano

ładna historia, czytałam już wcześniej, ale teraz mnie natchnęło
na komentarz. nie przepadam za happy endami, ale tutaj nawet nawet

jest kilka literówek, dobrze je poprawić

To tak jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody na głowe.
Włosy miała rozpuszczone,a wiatr unosił je co chwile
Zobaczył miłość i tragedie i ból i poniżenie i wstyd i hańbę.Zobaczył jej dusze

pozatym, lepiej by się czytało, gdyby po przecinkach i kropkach były spacje

jeśli chodzi o formę, to posłuchaj specjalistów, ja się nie znam

zdrówka i serdeczności Espena Sway :)

Opublikowano

Dziękuję Espenko ! Te spacje to moja pięta.Już staram się pilnować jak moge.Ostatni mój tekst pisałem na maszynie do pisania...wiele lat temu.Ale nie chcieli drukować tekstów nieustrojowych. heh!he! Dzięki! I proszę, cała Espena: krótko i na temat.Bez poniżania i wywyższania, jak niektórzy twoi koledzy i to "poeci".Bo jak się ma klasę to się ma i koniec.Dzięki Królowej Poezji. p.s. Sorry, ale "pozatym", pisze się "poza tym".też jestem czujny, a co!Pa!pa!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oj, dzięki za takie miłe słowa. wiesz, najważniejsze w tym wszystkim, to nie udawać
kogoś kim się nie jest :) jeśli ktoś rzeczywiście pisze długo i się zna, to może takie rzeczy robić, ale piszę zaledwie rok.
dawno Cię już nie widziałam pod moim tekstami :]



w końcu faceci to wzrokowcy :P. ja często mam problem
z wypatrzywaniem błędów :/ niestety.
Opublikowano

Dzięki Wielki!!! Czytam czasem swoje teksty powtórnie, żeby coś wyłapać, ale tego nie dupnąłem. Super dzięki, zgadzam się w 100%. Ale masz okular !!!Ten hotel miałem poprawić, ale jestem strasznym indywidualistą i kocham spontaniczność. Dlatego nie zwracam często uwagi na te niuanse{cholera, wiem , że są ważne}, nawet jak czytam je u innych, bo czuję , że były pisane pod wpływem emocji. A jakbyś je tłumaczyła na angielski to ...niech się tłumacz martwi. Sorry, Tamara...żartowałem !he!he!he! Czeka cię dużo pracy, idą "złe dni".{To do Tamary}. Chyba jednak poprawię część tych ekscesów, no, no , jako jednej z niewielu udało ci się wpłynąc na mnie.Ale tyś z Warmiji ! To wszystko tłumaczy! Pozdrawiam ciepło.
p.s. "nic dziwnego bo to chłopak", "przecież zawsze trzymali się za ręce"- to są wstawki narratora, tylko tego nie rozwinąłem. Moja wina. Jesteś jedną z niewielu osób z TWA { Telewizja Wszystkich Asekuruje }, które nie boją się mieć swoje zdanie. Szacunek!!! TWA-puk,puk.Rozumiem o..........e jak komuś wyszedł gniot, ale wychwalanie pod niebiosa jeszcze większego gniota to już...polski magiel! See You!

Opublikowano

Dobra, zostawmy temat TWA .Jak ktoś jest dobry to sobie da rade bez TWA, TBG, TSA i TPC.Tak serio to ja mam to w d...e. Życie samo wszystko prostuje.Znam dziesiątki filmów, książek niemiłosiernie zjechanych przez krytykę, które zostały chiciorami {Panu Morrisonkowi zabroniono występować no i co? Jest bożyszczem do dzisiaj }A sztuka potrzebuje wolności!!!Ludzie sami decydują co im się podoba. To sprawa znana od powstania świata. Jak ta : "nie chcesz to nie czytaj" Tak, że see... dla Warmii i Mazur.Trzym się cieplutko. Poważnie jesteś dziewuszką? Czy kobitą ? Pozdrowienia dla Nataszy i Olesi. p.s. Rzeczywiście jutro dam na warsztat...ale samochód.Dobranoc

Opublikowano

Z tym bursztynem to trafiłaś pięknie. Bursztyn jest obok złota przeznaczony dla Lwów. I'm Lion.To widać słychać i czuć. Urodzony 15 {epicentrum Lwów!!!}, jak Bonaparte !!!A indywidualista...jak Lew. Ale ile piszących, muzyków,malarzy...i dyktatorów jest wśród Lwów!!! Oj dziesiąki, jeśli nie setki. Najbardziej lubie Ernesta H....i "49 opowiadań". A zwłaszcza jedno. Ale to jest temat na ...48 opowiadań.Dobranoc.

Opublikowano

Nie żartuj!!! Lwy się ściągają, lubią przebywać w swojej aurze[ale tylko samiec i samica]. Samce się gryzą. No to już mam sprawe wyjaśnioną, co mnie tak ciągnie w twoją strone. Ale żeby przez .....pisanie przyciągało ? To mi się trafiło 1-szy raz. No,no ładne rzeczy. Pozdrowionko.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...