Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ale pod żadnym względem nie utożsamiaj się z nim!!
Tzn., że jednak nie twiedzę, że ludzie o jakiejś różnicy wieku nie moga nadawać na podobnej fali!!
W tamtym przypadku wszystko się rozbiło jak porcelanowy dzban na milion części, bo góre wzieły wyższe emocje...

Opublikowano

Na początek, jak zwykle, sprawy techniczne:

-Co słychać w kraju nad Wisłą w marcu 1989 roku - brakuje pytajnika
-„Okrągły stół” jest z pewnością bezprecedensowym - "z pewnością" można wywalić, zwłaszcza, że wcześniej używasz "zapewne".
-trzeba było przemęczyć nużącą - "nużącą" niepotrzebne. Jeżeli "przemęczyć", to samo się przez się rozumie
-Nie chodzi o to, że jest nudny, czy monotematyczny.
-Cały problem w tym, że Bogdan istnieje nazbyt intensywnie, że bezwiednie wciąż wzbudza mu się jakiś sens. Nie daje odpocząć w egzystencji. Każdy jego ruch ma jakieś znaczenie. Na przykład podrapanie się po głowie sugeruje pauzę w myśleniu. Próbowałem, i nijak nie mogłem oderwać się od tego, że on istnieje obok. - super fragment
-dlaczego zawsze poważniej własne myśli - niż czyjeś? - chyba zjadłeś jakieś słowo, np "traktujesz", albo coś w tym stylu. I po co myślnik?
-Przecież, za tym, że raczej własne, niż czyjeś - nie stoi żadna istotna racja - myślnik znowu zbędny
-W zabytkowym stargardzkim spichlerzu, w którym obecnie znajduje się dyskoteka, poznałem kolejnego interesującego człowieka, pracującego tam jako kelner.
-Nazywał się Jacek Szulc.
-Depeche Mode wbrew pozorom jest może jedną z najszybszych rockowych kapel jakie kiedykolwiek istniały. - po co to "może"?
-człowieka, który ostatni raz pozwala sobie na zadanie tych dziesiątków pytań, jakie za życia go nurtowały – przecież on dalej żyje, bo dopiero ma podjąć próbę samobójstwa, stąd stwierdzenie "za życia" jest nie na miejscu :)
-no bo to przecież tylko nerw. To rozprasza - "to" się powtarza

Jest dobrze. Poza przecinkami, przecinkami, przecinkami :) Nasuwa się tylko jedno pytanie: dlaczego ten dziennik nazwałeś rubasznym?

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Rumianku, choćbyś była najbrzydszą kobietą na świecie, to i tak po trzykroć bym Ciebie teraz wycałował!! Tyle razy to czytałem, i nie widziałem tych błędów, które Ty wychwyciłaś od razu.
Ale jednej twojej uwagi nie rozumiem, dlaczego powinienem napisać "nazywał się Jacek Szulz" skoro o nim za chwilę dalej piszę?

Chyba jako jedyna przeczytałaś wszystkie części dziennika. Bardzo Ci dziękuję. Powiedz mi jeszcze o ogólnym wrażeniu jakie robią wszystkie w połączeniu. Chodzi mi o to, czy twoim zdaniem, nie ma w dzienniku za dużo przemyśleń, anachronizmów (anachronizmy to opinia ashera). Czy coś nie nuży, nie spowalnia, a może któryś fragment wyrzucić? Powiedz cokolwiek, co tylko przyjdzie ci na myśl. Każda uwaga może być dla mnie przydatna. Chciałbym to kiedyś wydać, więc oczywiście musi to mieć w sobie coś pociągającego. Czy twoim zdaniem w jakimś procencie te części spełniają ów wymóg? - Tyle pytań zadaję...
Ale kto mi odpowie, jeśli nie Ty

Pytasz, dlaczego "Dziennik Nieco Rubaszny"?
Po pierwsze mam nadzieję, że jest to tytuł nośny, intrygujący, zachęcający do zajrzenia.
Po drugie, Rubaszny dlatego, że w dalszych częściach będzie sporo erotyzmu. Jeden z erotyków dziennika będzie wręcz skandalizującym a może obrazoburczym. Mam już jego szkic.
Pozdrawiam największy mój skarb na tym forum
Dumny Don Cornellos dziś Kłania się nisko
Prześwietnemu Rumiankowi
:))

Opublikowano

Rzeczywiście z tym "nazywa" nie miałam racji.
Co do Twojego pytania o ogólne wrażenie - ciężko mi ocenić, bo ja niestety nie lubię dzienników. Pierwsza część jest najsłabsza ze wszystkich, przez te przemyślenia. Wydaje mi się, że przemyślenia na tematy ogólne, nad którymi wielu się zastanawia, są dobre. Ale te przemyślenia zdają się być tylko Twoje, co właśnie meczy. Są zbytnio zagmatwane. W następnych częściach bazujesz na opisie. I uważam, że na tym właśnie powinieneś się skupić.
Pomysł jest ciekawy, ale czy nadaje się do wydania - na to nie potrafię Ci odpowiedziec. Kieruję się jedynie wlasnym gustem i upodobaniami. Wiele książek, które przeczytałam, zupełnie do mnie nie trafiły, a jednak zostały wydane. Stąd problem z odpowiedzią na to pytanie.
A tytuł, masz rację, intryguje.
Pozdrawiam

Opublikowano

Ja tylko pytałem, bo mi sie wydawało, że może dzienników z epoki już za dużo było. Nie miałem nic złego na myśli :) Dzięki, że się nie obrażasz ani na mnie asasynów nie ślesz. No bo przyznasz, że brzmi dziwnie - piszesz w czasie teraźniejszym, a to lata temu było. Odkurzasz stare teksty czy naprawdę piszesz wstecz?

Opublikowano

Asher, a co z tymi anachronizmami, itd? Co jest literacko w dzienniku do luftu, lub do poprawek? Wiesz już, że się nie obrażam, bo i za co? - za to, że ktoś wyrazi swoją opinię? Musiałbym być skończonym kretynem
Pytasz, cyt "Odkurzasz stare teksty czy naprawdę piszesz wstecz?"
Odpowiadam: Na podstawie dawnego dziennika (bardzo lakonicznego) piszę nowe rzeczy. czyli po trosze odkurzam stare (ale tu bardziej chodzi o idee poszczególnych fragmentów) a po trosze piszę wstecz. Ot i wszystko.
Mówisz, Asher: dziennik - zgadza się, ale czy ani trochę nie ma wrażenia, że to ma być przede wszystkim opowieść o życiu pewnego młodego człowieka?
Chciałbym, żeby z tym dziennikiem było jak z Cierpieniami Młodego Wertera. To przecież powieść, złożona tylko z listów głównego bohatera ksiązki. Zapiski dziennikowe są po trosze jak listy, więc teoretycznie, mając na uwadze to, czego dokonał Goethe, możnaby i z dziennika coś takiego zrobić.
Pozdrawiam :))

Opublikowano

Wiem co byś chciał :) A ja bym chiciał kibicować, ale jakoś nie umiem tej bariery przekroczyć.
Chyba tu jest problem. Sorry, piszę co czuję, więc margines pomyłki jest olbrzymi. Nie wskażę ci, ile pleonazmów jest w tekście, ale czuję, że jest albo za wcześnie, albo za późno. Ten anachronizm jeno miałem na myśli, broń Boże nie styl :) ja też pozdrawiam

Opublikowano

Tak, pleonazmów - czyli wyrażeń składających się z wyrazów to samo lub prawie to samo znaczących, np. cofać się w tył, wracać z powrotem - jest pewnie w moim tekście sporo. To choroba moja, wywodząca się z lęku, że mogę być niezrozumiany. Zdaje się, że mam na tym punkcie kompleks.
Znowu nie zrozumiałem części twojego komentarza, mianowicie, cyt "A ja bym chciał kibicować, ale jakoś nie umiem tej bariery przekroczyć" - Komu chciałbys kibicować, i po co? - Patrz, nawet nie wiem o co pytać w sprawie tego kibicowania (tak bardzo tego nie kumam).
W ogóle piszesz zagadkowo, trzeba dużo się domyślać. A ja mając, dajmy na to, trzy możliwości interpretacji, nie mam żadnych konkretnych przesłanek, które wskazywałyby tę jedną - właściwą.
Normalnie, zdecydowanie za krótkie te Twoje komentarze :)) :))
Pozdrawiam :))

Opublikowano

Marni mi idzie komentowanie :) Kibiciować, czyli czytać, czekać na następny odcinek itp. Nie jestem inteligentnym czytelnikiem, bo się nie skapowałem, że to odgrzewany tekst sprzed lat.

Opublikowano

Styl jest wcale w porządku, choć na twoim miejscu trochę poskracałbym zdania.
Są błędy interpunkcyjny i ortograficzne.
W pisarstwie szukam nierzeczywistości. Rzeczywistości mam aż za wiele- w rzeczywistości. Dlatego treść dziennika niezbyt mi pasuje.
Obiektywnie, może być. Ale mną nie zakręciło.

Opublikowano

Dziewuszko piwo podrzucę, jeno pierwej ty mi adres musisz tych synagarlic... - no bo jak inaczej? A właśnie skoro wszystkie pytam, to ty też musisz odpowiedzieć, czyś pełnoletnia. Dzięki za wniknięcie w treści rubaszne, i uwagi przed których pisaniem tak się wzbraniałaś.

Pankracy, obiecałeś, zajrzałeś, szkoda tylko, że moich ortów nie przytoczyłeś, znów zdany na siebie jestem. Mówisz, żeby zdania poskracać? - Ty?

Pozdrawiam Was i dziękuję jeszcze raz za wysiłek czytelniczy i komentarze.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja. W swoich tekstach nie razi mnie długość zdań, w cudzych - jak najbardziej.
Co do ortów, napisałeś parę razy słowo typu "pozasłoneczny" osobno. Pisze się razem. Napisałeś także "pastelowo plastelinowy", a w następnym zdaniu poprawiłeś się i słusznie wstawiłeś między te przymiotniki łącznik. Więcej ortografów nie pamiętam, co nie znaczy, że nie ma więcej.
Co do błędów interpunkcyjnych, których jest całkiem sporo, ich wytykanie nie ma sensu. Ono nic nie da. Dać może dokładnie przestudiowanie zasad ortografii, do którego cię zachęcam (skutkiem pójścia za moją zachetą będzie pisanie bardziej zrozumiałych zdań)
Opublikowano

Jest ciekawsze od poprzedniej częsci, nie ma głupawych stwierdzeń, "dziwactw" , nie powiem ,że mnie to interesuje, bo nie ... nudze się czytając ten dziennik ale spoko...pisz, zobaczymy co wymyślisz...

p.s Zwracam honor za pasję - mocny gniew, SZEWSKA PASJA, gwałtowna, nagła furia, wśiekłość, ....masz rację, trzeba mieć kilka żródeł a nie dwa tylko..przepraszam naprawdę strasznie mi głupio..

Pozdrawiam

Opublikowano

Piotrze, przyjmuję przeprosiny. Swoją drogą ciekawy z Ciebie człowiek. Najpierw zaskakujesz bardzo pozytywnie, później bardzo negatywnie, następnie znów bardzo pozytywnie. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić.
Któż dzisiaj potrafi tak zwyczajnie przeprosić, nie próbując tego obracać w jakiś żart. Ty to zrobiłeś. Z mojego otoczenia jedyną osobą, która umie tak przepraszać JESTEM JA SAM. :))
A propos nudzenia się lekturą mojego dziennika: Nie mogę zapewnić, że dalsze części bardziej przypadną ci do gustu, niemniej jest coraz bliżej do części bardziej komediowych, tudzież okraszonych pikantnymi spotkaniami z przedstawicielkami płci pięknej.

ps Jeśli chcesz to podam ci wszystkie linki do słowników on-line. Zresztą jeśli ktoś posiada adresy jakichś słowników on-line niech je poda nam obu. Od przybytku głowa nie boli.
Równiez pozdrawiam Piotrze

Opublikowano

heheh korzystam tylko ze słowników które mam w domu, wlasnei w tych on linowych, psaja miala tylko dwa znaczenia, a w PWN owskim 6...czasem wystarczy troche sie poswiecic to wszystko. A skoro sie pomyliłem to przepraszam...to chyba oczywiste?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...