Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Bardzo gorący lipiec 2004 r. Jak zwykle pod jabłonką na mojej wiejskiej posiadłości wyleguje się goła pani Mania, jedyna sąsiadka jaką mam. Zawsze przychodzi tanecznym krokiem w zniszczonej podomce. Zdejmuje ją ruchem znanym jej od lat. Ta podomka ma pewnie tyle lat co jej właścicielka, a pani Marysia nie jest już od dawna dziewczynką. Rozkłada ją na bujnej trawie i tak wyleguje się wśród traw i kwiatów na podomce w wyblakłe niezapominajki.
Pani Mania jest postawną brunetką, pochodzi gdzieś z gór, wygląda na lat 50 ale
z pewnością ma dziesięć lat mniej. Te jej kąpiele wśród polnych traw i kwiatów, trwają każdego roku w jego gorących dniach. Wiem o tym dobrze, tak dobrze jak znam szczegóły anatomiczne sąsiadki. Wiem gdzie ma pieprzyk, bliznę czy ślad po ukąszeniu komara, jakie ma piersi, brzuch, cipkę i nogi. Bywały dni kiedy przygotowany na jej „odpoczynek”, uzbrojony w lornetkę lub aparat fotograficzny o dużym przybliżeniu, czołgałem się za drzewami aby podejść jak najbliżej. Czasami myślałem nawet i dzisiaj też tak myślę, że pani Mania dobrze o mojej obecności wiedziała.
Kiedy przychodziła tak, pod tę samą od lat jabłonkę, mruczała coś jak kotka i sama do siebie się uśmiechała.
Jej mąż Stefan był murarzem, a gdy nie miał pracy w swoim fachu pracował jako robotnik leśny. Nie było go w domu całymi dniami. Ale kiedy był, jego obecność też sąsiadce nie przeszkadzała.
Pani Mania nie wylegiwała się w tym leśnym sadzie z samej chęci odpoczynku. Zaraz na początku po kilkunastu minutach wewnętrznego uspokojenia zaczynała się sama sobą zabawiać. Przyciągała piersi do ust i powoli, z namaszczeniem, ssała swoje sutki. Śliniła palce i kreśliła jakieś magiczne figury erotyzmu na swoim brzuchu. Jej mruczenie było już wtedy słodkie i namiętne jak marcowej kotki na dachu. Później, mniej więcej po 30 minutach dotykała wreszcie cipki. Nogi podkurczone i szeroko rozchylone, a ona leniwie, pomalutku, masowała pokaźną już wówczas łechtaczkę. Jej ciało prężyło się i widać było, że przebiega przez nie jakiś niewidoczny prąd. Po długiej chwili naładowanej ekspresją zdarzeń erotycznych następował orgazm. Ciało autorki orgazmu gięło się i prostowało jakby dopadł ją atak epilepsji. Jeszcze tylko krótki, urywany krzyk i zapadała cisza, ustawało miauczenie, a pani Mania ściskała nogi, uśmiechała się do siebie i powolutku kładła się na bok, podkurczając kolana aż pod brodę. Nigdy nie dowiedziałem się czy wtedy spała. Gapiłem się jak oszalały w wygoloną, ogromna cipę wystającą za zgięte uda. Znałem każdy szczególik, każdą fałdkę, każde zagłębienie. Czułem niemalże słodki zapach jej wnętrza. Oddychała ciężko, chrapliwie jak po wyczerpującym biegu. Ale ten bieg miał inne imię. To było kolosalne podniecenie. Widziałem ciemną piękną odbytnice. Jej wygląd zwiastował nie byle jakie przyjemności. Gdy tak rozdygotany i rozogniony gapiłem się przez lornetkę, bywały dni, gdy trzepałem konia jak oszalały. Gdy wytrysnąłem, leżałem na plecach odpoczywając, czasami też zasypiałem. Kiedy zaś oddałem się samemu patrzeniu, seans trwał dalej. Mania budziła się z orgastycznego snu, przeciągała, uwodzicielsko uśmiechała, śliniła dwa palce prawej dłoni i wskazujący z lewej. Te poślinione palce lewej ręki, po dość długim masowaniu całej cipki wpychała w jej mroczne, ekscytujące wnętrze. Palec lewej dłoni wędrował przez zgięto udo do pupy. Masturbowała się pięknie. Teraz już cicho bez krzyków i mruczeń, wierciła tymi palcami w swoich ponętnych dziurkach. Co jakiś czas wyciągała palce z cipki, wkładała je głęboko do buzi, a ja z odległości kilku metrów, słyszałem basowe mlaskanie. Sąsiadka z lubością smakowała sama siebie. I dalej do cipki i jazda i wolno i szybko i jeszcze wolniej i trochę szybciej. Aż przychodziła ta chwila, że przeżywała drugi orgazm. Głęboki, wewnętrzny, pełny. Czasami tryskała swoimi sokami. Wtedy ten jej zapach doprowadzał mnie do wewnętrznego szaleństwa. Erotyzm namiętności sprawiał, że dygotałem. Zamglone oczy przeszkadzały mi w patrzeniu. Ale byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Jeżeli nic sobie nie robiłem,to wieczorem przeżywałem katusze przez bolące jądra. Lecz pani Mania miała buzię uśmiechniętą, czarne włosy zwichrzone, ale szczęście promieniało z całej jej postaci. Wolne już wilgotne dłonie, wędrowały leniwie po brzuchu i piersiach, a ona wyciągnęła, z lekko rozchylonymi nogami zasypiała. Można było wtedy podejść i pocałować ją, ale ja nigdy tego nie zrobiłem. Korciło mnie wiele razy ale się nigdy na to nie zdobyłem. Po pierwsze bo mi nie wypadało zrobić to podstępem nieświadomej sąsiadce, a po drugie pan Stefan zabił kiedyś w bójce o swoją żonę dwóch ludzi, odsiedział 12 lat w więzieniu i uważany był w całej okolicy za zakapiora.
Po pewnym czasie te erotyczne seanse mi spowszechniały. Wolałem spać na leżaku w cieniu podwórkowej lipy albo iść z psami na spacer. Kiedy jednak przyjeżdżali do mnie koledzy ciągnęli mnie tam ze sobą, abym pokazał im to co znali z moich opowieści lub wcześniej doświadczyli. Czułem się wtedy jak przewodnik w muzeum. W końcu przestałem tam chodzić wogóle, bo nawet największy erotyzm człowiekowi spowszednieje. Wtedy zacząłem dostrzegać
pewne rzeczy których dawniej ani bym się domyślał. Najpierw zobaczyłem wydeptane ścieżki w młodych sosenkach na krańcach mojej działki. Początkowo myślałem, że to sarny lub dziki ale kiedyś zobaczyłem odciśnięty na mokrym piasku ślad buta. Stałem się czujny. Któregoś dnia spotkałem w swoim lesie wiejskiego faceta. Zapytałem za czym to łazi. Odpowiedział niespokojnie, że za maślakami. Nie miał jednak koszyka, ani worka, ani innej reklamówki. To mnie zaciekawiło. Zostawiłem go lekko speszonego i poszedłem dalej. Odchodząc w odbiciu szkieł okularów przeciwsłonecznych .dostrzegłem, że facet walnął się na ziemie i zaczął się czołgać w kierunku sadu. Pomyślałem sobie, że oto amator wdzięków pani Marysi. I nie myliłem się. Z odległości około pół kilometra, przez silną lornetkę, zacząłem przyglądać się leśnej okolicy sadu, a dokładniej, okolicy ulubionej przez sąsiadkę jabłonce. Po chwili dostrzegłem i drugiego osobnika wijącego się wśród traw. Później jeszcze jednego zamaskowanego brzozowymi gałązkami. Na czereśni zaś (sąsiadce jabłonki), dostrzegłem zawieszonego gościa ubranego mimo ciężkiego upału w maskujące ubranie wojskowe. Pani Mani nie widziałem, ale po tym co te wiejskie chłopy robiły swoim koniom wiedziałem, że „seans” już trwa. Ten „grzybiarz” walił fujarkę ruchem powolnym, ale tak rytmicznym, że można było regulować zegarek. Przy wytrysku jedną wielką wiejską łapę zacisnął na ustach. Był naprawdę bardzo dyskretny. Temu w wojskowej panterce było niewygodnie. W końcu wyćwiczonymi ruchami zsunął się na niższą gałąź, a drugą grzmocił konia tak wielkiego jak małego cygana noga. Jego ciało drżało, gięło się i prężyło. Myślałem, że zleci na łeb. Ale nie. Trysnął w końcu na bujne trawy trzy metry niżej a jego zwiotczale ciało zawisło i wyglądał jak jakaś wielka nadrzewna jaszczurka. Trzeci przyklęknął za młodym świerkiem i widziałem tylko jego drżenie. Wtedy dojrzałem jeszcze, blask odbitego słońca. Pochodził on ze środka okazałego jałowca. Po paru chwilach wszystko było jasne. W jałowcu siedziało dwóch chłopaków w wieku licealnym, a ten błysk zdradziecki to błysk okularów jednego z nich. Nie mogłem dojrzeć co tam się dzieje, ale sądząc po wyginaniu się wielkiego jałowca musiało tam być wesoło. Znudziło mnie to w końcu.
Trwałem jednak na posterunku dalej aby zobaczyć to do końca. Wreszcie pani Marysia wstała, poprzeciągała się i tym swoim tanecznym krokiem popłynęła do domu.
Na drugi dzień nie było mnie na wsi bo pojechałem odwiedzić mamę. Ale następnego, już od samego rana zastanawiałem się jak mam się pozbyć, tych nieproszonych gości nie wchodząc w otwarty konflikt z dalszymi, ale przecież też sąsiadami. Nie mogłem przecież pozwolić na dalsze masowe trzepanie koni na swoim terenie. Około 11-tej przyjechał w odwiedziny mój przyjaciel Piotr. On właśnie wpadła na szalony pomysł by przepędzić klientów hukiem. Wybuch w tej małej polodowcowej dolinie byłby tak głośny jak wybuch bomby. W jakieś pół godziny po przyjściu sąsiadki. Piotrek napompował gazem z butli dwa kondomy, złączył je ze sobą i przywiązał do nich długi na metr nasączony benzyna sznurek. Zakradliśmy się cichutko w okolice sadu, ale od strony podwórka czyli tam, gdzie podglądaczy być nie mogło, bo obraz stamtąd był żaden. Po zajęciu właściwego miejsca Piotrek podpalił sznurek i zaczęliśmy się nawet wycofywać, ale od razu grzmotnęło tak, że poczułem jakby mi pękła głowa.
Nic nie słyszałem (przez następne dwa tygodnie zażywałem antybiotyki bo pękła mi błona bębenkowa w uchu) ale patrzeć mogłem więc patrzałem. To co się działo trudno opisać. Czy mogłem się spodziewać, że pani Mania ma aż siedmiu amatorów swojego ciała. Ziemia, drzewa, krzaki, wszystko nagle ożyło. Młodzieniec w harcerskim mundurku, starszy facet, w podkoszulku i krótkich spodenkach, ktoś inny z rowerem pod pachą. Jakiś elegant w marynarce w pepitkę i pod krawatem, ale bez spodni, z podniesionym jeszcze podnieceniem kutasem zasuwał zboczem tak szybko, że był to pewnie najszybszy bieg w jego życiu i ten „grzybiarz” z przewieszoną lornetką. Ostatni pędził prawie zupełnie goły, ubrany tylko w zwisającą z konia prezerwatywą i sandały, podglądacz o skórze tak czarnej, że Piotrek do dzisiaj twierdzi, że tam wtedy był murzyn.
A pani Mania? Widziałem jak się zerwała by zaraz potem wyrżnąć na ziemię, podniosła się jeszcze raz i znowu walnęła. Wtedy zauważyła, że ma nogi zaplatane w podomkę w wyblakłe niezapominajki. Złapała ją wreszcie i dziwnym cwałem z „fruwającymi” cyckami popędziła do domu. I to już prawie koniec całej historii. Jeszcze tylko tyle, że w krzaku jałowca znaleźliśmy dziwny przedmiot. Były to dwie tekturowe rolki po papierze toaletowym połączone taśmą izolacyjną dla elektryków. W ich wnętrzu znajdowały się różne szkła od okularów, a były one tak dobrane, że jakiś wiejski wynalazca z kilku par okularów zrobił lornetką o niezłych przybliżeniach.
I to już wszystko, gdyby nie żal po tych wspaniałych chwilach naładowanych taką dawką erotyzmu, że po samych wspomnieniach ciarki latają mi po mózgu. I musze przyznać, że ucieszyłem się, gdy pod koniec miesiąca, pani Mania, swoim tanecznym krokiem szybowała pod jabłonkę.
Zrozumiałem wtedy, że ci nieproszeni goście nie byli tak bardzo uciążliwi jak mi się początkowo wydawało.

Opublikowano

Wydawałoby się, że to niemożliwe, a jednak - Don Cornellos, autor Dziennika Nieco Rubasznego okropnie nudził się czytając powyższy tekst, nawet nie doszedł do jego połowy. Wyraźnie coś jest nie tak, i albo Don Cornellos musi iść do seksuologa, albo ten który Don Cornellesowi obrzydza jego umiłowaną dziedzinę życia, jaką jest erotyzm.
Pozdrawiam

Opublikowano

don cornellos - twój komentarz to takie ble,ble,ble
egzaltowanego młodzieńca;
jadwisia - milutko, że zajrzała do mnie odważna dziewczyna
dla której erotyka jest normalnością życia;
asher - obiecuje, że będę pamiętał o LITERATURZE;
wszystkim bardzo dziękuję - jacek

  • 2 tygodnie później...
  • 13 lat później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...