Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To nie jest wiersz
tylko jakieś internetowe
mnożenie słów

Z braku lepszego miejsca
znalazłem forum poezja
nie znaczy to jednak ani trochę
że czymś się z Wami tutaj dzielę
że jako Marek H. otwieram duszę
że kiedyś o tym komuś wspomnę

To miejsce jest sui generis plotką
pierdołą bajką do której formy
dopasowuję swoje hefty

A teraz dystans do samego siebie
ubieram w piękną synekdochę
Nie jestem wcale ponad miejsce
To miejsce nie jest ponad Ciebie!

Opublikowano

Jest pewien paradoks pomiędzy banalną treścią a wyszukaną formą przekazu. Może do treści pierwej. Pisanie wiersza o pisaniu, to nie akty tworzenia, a nawet jeśli takie, to w klimacie trawestacyjnym muszą brzmieć jako przedyskutowane i w złym tonie. Denerwują mnie pozy stylistyczne. Dla mnie sztuczne, wydumane i manieryczne. Nieważny zamiar. Bo po co nadbudowa skoro korpus słaby. Z takimi tworami to do piaskownicy. No to do treści. "A teraz dystans do samego siebie ubieram w piękną synekdochę". Po co piękna. Nawet bez zamierzenia zdanie jest kiczowate. Bo jak wrażenie ubierać w synekdochę. Czasem subiektywność odczuć pozwala na takie udziwnienia, ale w tym dziale, to przegięcie. Kolejne co mnie rozmiesza, to wywalanie wnętrzności, pokazywanie fascykuł w "takim" przecież miejscu. Pokazujesz, że nie masz do siebie szacunku. Jesli diejstwitielno c czjuwstwom jumora, eta nie kulturno. Szczerze zirytowany kłaniam się.

Opublikowano

Marku czytałem lepsze zdecydowanie . myśle ze pokazałes jak uzewnętrzniasz się na potrzeby? poetów na orgu i nawet nie sadzę że nic dla cię to nie znaczy takie tu przebywanie ale j.w wiersz trzeba zozpatrywć w dwóch... kategoriach właśnie. p. deli s

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...