Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Panu Nowackiemu, czy jak go tam zwą w rzeczywistości, za inspirację.


Adam wstał wcześnie rano z okropnym bólem głowy i z trudem doczłapał się do kuchni. W lodówce znalazł butelkę zimnego Żywca. Szybkim uderzeniem o kant stołu pozbył się kapsla i prawie jednym haustem opróżnił całą zawartość butelki. Ból złagodniał natychmiast i w tej samej chwili wróciła pamięć. Na samą myśl zrobiło mu się niedobrze. Pobiegł do łazienki, podniósł klapę od kibla i wyrzygał się. JESTEM SZMATĄ - pomyślał i zaczął płakać. Potem wstał, wskoczył do wanny, odkręcił kurek z zimną wodą i za wszelką cenę próbował zmyć z siebie cały brud wczorajszego dnia. Nie mógł nawet spojrzeć w lustro. Wstydził się samego siebie. JESTEM kurwa zwykłą SZMATĄ! Woda lała się strumieniami, a on wciąż płakał. Płakał i trzasł się cały i to wcale nie z zimna.

Adam od kilku lat mieszkał sam. Dwa pokoje, kuchnia , łazienka – klasyka. W pokoju materac, stojak pełen płyt, sterty książek rozrzucone po podłodze, popielniczka pełna petów, gitara. W drugim pokoju telewizor , kanapa,dwa fotele skórzane i lampa z Ikei. To wszystko. Dwa tygodnie temu rzucił robotę w piekarni. Człowiek powinien się szanować. Po prostu pewnego dnia nie przyszedł do pracy. Nikt się tym nawet nie zainteresował. Pomyśleli pewnie:Nie ten to kto inny. Adam od tej pory przestał być niewolnikiem i pragnął skoncentrować się tylko i wyłącznie na muzyce.
Tamtego feralnego dnia Adam obudził się stosunkowo dość późno. Jego kutas stał na baczność. Adam oblizał spierzchnięte usta, wepchnął rękę w bokserki i zaczął masować swojego ptaka. Jednak ta pozycja okazała się bardzo niewygodna, zrzucił więc pościel, zsunął bokserki, zamknął oczy, przypomniał sobie erotyczny sen, który przed sekundą się skończył i rytmicznie zaczął trzepać konia. Doszedł stosunkowo szybko, i ku swojemu zdziwieniu odbyło się bez wytrysku. Pieścił się jeszcze kilka sekund, marząc o kobiecie. Jakiejkolwiek. Pragnął znów związać się z dziewczyną na stałe.
Wstał, wziął prysznic poczym odgrzał sobie zupę. Kiedy zajadał się w najlepsze odgrzewaną pomidorówką spojrzał na kalendarz.
Kurwa, przecież dziś są moje urodziny!
Miał rację. Obchodził swoje trzydzieste urodziny i ogarnął go strach.. Wiedział bowiem, że nikt do niego nie zadzwoni z życzeniami, nikt nie zapyta: co słychać, jak zdrowie? Nie miał nikogo. Był jedynakiem, rodzice zmarli dawno temu, była żona od trzech lat nie dawała znaku życia a na przyjaciół nigdy nie było czasu. Początkowo wszystko wskazywało na to, że dzień, będzie podobny do wszystkich. Jak zwykle przeczytał kilka rozdziałów starej książki, którą znał już na pamięć i wcale nie dlatego , że ją uwielbiał. Po prostu nie stać go było na kupno nowej.
Dość! – wykrzyknął sam do siebie. Zerwał się z kanapy i pobiegł do łazienki. Stanął przed lustrem. Złapał maszynkę do golenia i zaczął usuwać trzydniowy zarost – Muszę zmienić swoje życie. Dziś są moje urodziny. Siedzę sam w domu, chleję browary, no przecież to żałosne jest kurwa.. Pójdę do Turka, poderwę jakąś babkę, strzelimy kilka drinków i będzie super. Sam nie wierzył w to co przed chwilą powiedział. Przerwał na moment golenie i zaczął się zastanawiać. A jeśli dam plamę?, Jeśli zapomniałem jak to się robi? Cholera, jak będzie chciała iść ze mną na chatę to co ja zrobię? Nie dam rady kurwa.
U Turka było mnóstwo pięknych kobiet. Sączyły drinki, paliły papierosy, uśmiechały się, co jakiś czas poprawiały fryzury. Czasem jedna z drugą wychodziły do kibla poprawić makijaż i takie tam babskie rzeczy. Adam jak przystało na trzydziestoletniego desperata zajął miejsce przy barze, zamówił zimnego Heinekena i paluszki oczywiście, bo paluszki do piwa najlepsze są. - Jeśli jakaś będzie miała na mnie ochotę to podejdzie.
Mijały cenne godziny, bar pustoszał i żadna nie miała ochoty podejść do przystojnego faceta w kraciastej , flanelowej koszuli wciśniętej w oryginalne, granatowe Levisy sześćset piątki. Adam tracił powoli nadzieję. Postanowił dopić ostatniego browara , wrócić do domu , zwalić gruchę i położyć się grzecznie spać.
- Samotny jeździec co? – rozległ się obcy głos. Adam odwrócił się i zobaczył
przystojnego , wysokiego faceta w skórze, który nie pytając się o zgodę usiadł obok na krześle. Jego długie, proste, zadbane włosy, opadały delikatnie na ramiona i miał taką delikatną cerę jak niemowlak Do kompletu, brakowało tylko elektrycznej gitary. Na zewnątrz stał pewnie jego mechaniczny rumak.
- A tobie co do tego? – miał ochotę odpowiedzieć Adam ale strach spowodował, że stać go było tylko na :
- I to we własne urodziny. Wyobrażasz to sobie?
- Sam? Przy barze? We własne urodziny?
- Dokładnie człowieku.
- Ja pierdole, jakie to żałosne.
Adam spuścił głowę.
- Nie przejmuj się – klepnął go w plecy nieznajomy – Zdarza się najlepszym. Wszystkiego najlepszego! - Stuknęli się butelkami i zaczęli rozmawiać. Okazało się, że lubią te same filmy, słuchają tej samej, rockowej muzyki. Wypili jeszcze po jednym i wtedy nieznajomy zapytał:
- Szukam człowieka do kapeli. Gitarzysty potrzebuję Nie znasz kogoś?
- Poważnie? Ja gram na gitarze i jestem wolny.
- A co grasz...?
Adam postanowił zaprezentować nieznajomemu swoje umiejętności. Weszli do mieszkania. Adam, zrzucił kurtkę w przedpokoju – Nagrałem nawet demówkę – wrzucił po drodze. Weszli do pokoju. Adam podłączył gitarę pod prąd i zaczął grać. Był już nieźle wstawiony ale mimo to, jego palce płynęły po gryfie jak papierowe żaglówki puszczane na wodzie a pokój zapełnił się delikatnym Jazzem.
Nieznajomy zbliżył się do jego ust i pocałował. Jego pocałunek był tylko muśnięciem warg ale niezwykle czułym i subtelnym. Adam przestał grać. Nikt od dawna go nie całował, zapomniał już jak smakują inne usta, a te smakowały cudownie. Nieznajomy pocałował go ponownie, i znów, i jeszcze raz. Serce zaczęło Adamowi mocniej bić a ilość wypitego alkoholu spowodował błogi nastrój. Spojrzeli na siebie. Nieznajomy łudząco przypominał gitarzystę Extreme. Na tyle łudząco, że Adam otrzeźwiał w jednej chwili.
- Dobra kolego – powiedział – Dość tej zabawy, chyba powinieneś już iść. Dzięki za
miłe towarzystwo, ale ja nie bawię się w takie rzeczy. Nieznajomy jednak wcale nie miał zamiaru iść i po chwili jego pięść wylądowała na twarzy Adama. Zabolało i to potwornie. Instynkt kazał Adamowi wstać i bronić się ale kolejny cios w brzuch odebrał mu chęci do walki. Ból był dwukrotnie większy. Potem kolejny cios, następny CIACH! PACH! i już było po wszystkim. Nieznajomy rzucił Adama na fotel, zdjął z niego spodnie, bokserki, swoją nogę wstawił po miedzy nogi Adama , gwałtownym ruchem rozszerzył je, splunął dwukrotnie na jego odbyt, rozpiął rozporek swoich spodni, poślinił sobie dłoń, nasmarował nią swojego kutasa i gwałtownie wszedł do środka. Adam nie poczuł bólu, nie czuł już nic choć powinien bo fiut nieznajomego miał chyba z dwadziescia centymetrów i był strasznie gruby. Pchnięcia były krótkie i szarpane. Zwieracze Adama zaciskały się i rozwierały na przemian a on płakał i nie były to bynajmniej łzy miłości. Trzasł się przerażony.

Woda leciała ciurkiem a on siedział w wannie, płakał, trząsł się cały i to wcale nie z zimna. JESTEM SZMATĄ!. Chciał zmyć z siebie cały brud wczorajszego dnia, zapomnieć o swoich trzydziestych urodzinach i bez kompleksów spojrzeć w lustro.
Nie prędko to nastąpi.

Opublikowano

"...za wszelką cenę próbował zmyć z siebie cały brud wczorajszego dnia."
To zdanie od razu wskazuje na gwałt, bo niemalze wszystkie kończą sie zmywaniem z ciała jakiegos irracjonalnego brudu. Myslę, ze byłloby lepiej gdyby je czyms zastąpic, lub chociaz jakos innaczej sformułowac.
Podoba mi sie język tekstu, podoba mi sie sylwetka bohatera, zycie które prowadzi, jazz, walenie konia, tylko Zywiec bym innym piwem zastapiła.

Szkoda ze mnie nie zaczepiaja przystojni gitarzysci z wielkimi kutasami.... :)

Opublikowano

butelki - niepotrzebne w 2 zdaniu.
i paluszki oczywiście, bo paluszki do piwa najlepsze są - co to za składnia i styl?

Cóż, zawisłeś gdzieś między swoimi, obecnymi już wcześniej motywami, a Krzyśkiem Rutkowskim. Nie umiem w tej chwili powiedzieć, czy to dobrze, czy nie.

Opublikowano

Moje pierwsze słowa po przeczytaniu tego tekstu to ,, o kurwa" , końcówka opowiadania mnie wstrząsnęła, mam namyśli gwałt faceta przez faceta. Panie Piotrze jak dla mnie, to pisze Pan rewelacyjnie. Jestem Pana kibicem:)
pozdrawiam:)

  • 3 miesiące temu...
Opublikowano

stosunkowo dość późno - no bez przesady.
Chociaż word na to słowo nie protestuje, zawsze zastanawiałem się, co ono oznacza; chodzi o słowo "poczym", zamiast "po czym" - proszę o wyjaśnienie.
Z książką, na którą nie stać, to przegięcie; w każdym mieście są biblioteki, w których można zarejestrować się za darmo albo za symboliczne 5 zł - na to też go nie stać?
Zawsze myslałem, że bohaterowie mówią do siebie tylko w telenowelach ("ach, jakże ja kocham Adama"; mówiąc poważnie - nie widziałem jeszcze chyba naprawdę porządnego filmu, w którym bohater mówiłby tak na chama całkiem do siebie); a już w książkach, gdzie swobodnie można opisać myśli bohatera bez konieczeności ich przezeń wypowiadania, to już dla mnie paranoja.
i paluszki oczywiście, bo paluszki do piwa najlepsze są - podobnie jak poprzednik, nie bardzo wiem, co to jest; czy moze inaczej - wiem, że w podobnej sytuacji sam bym być może tak pomyślał; jednak w tym tekście się to kompletnie nie komponuje, bo i z czym?
Jego długie, proste, zadbane włosy, opadały delikatnie na ramiona i miał taką delikatną cerę jak niemowlak - bardzo źle skomponowane zdanie.
Nagrałem nawet demówkę – wrzucił po drodze - komu wrzucił? Chyba "rzucił"?
Adam podłączył gitarę pod prąd - proszę mi powiedzieć, jak się podłącza gitarę pod prąd. Zaznaczam, że gitara elektryczna jest instrumentem, z którym jestem bardzo zaprzyjaźniony i nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś podłączał gitarę do prądu, ani nie słyszałem, żeby tak "skrótowo" mówił (a pracowałem w sklepie muzycznym).
Był już nieźle wstawiony ale mimo to, jego palce płynęły po gryfie jak papierowe żaglówki puszczane na wodzie - w pierwszej części jest jakaś niezrozumiała dla mnie interpunkcja; w drugiej nie pasuje mi metafora, ale to w sumie czysto subiektywne.
Jazzem - czemu wielka literą, przez szacunek dla tego (i owszem, zacnego) gatunku?


Reasumując - dla mnie jest to zwykła opowiastka napisana nieatrakcyjnym językiem, miejscami balansująca na granicy poprawności. Brak głębszego sensu i walorów artystycznych - jeśli tak miało być, to się udało. Jeśli w założeniu miała to być wartościowa literatura, a nie przecietne czytadło - to niestety zupełnie nie wyszło.

  • 4 miesiące temu...
Opublikowano

W przeciwieństwie do Dory "mnie wstrząsneła" mało, powiem więcej. Nic a nic mną nie wstrząsneła.
Takich opowiadań jest dziesiątki w pornusowych czasopismach. Problem tkwi tylko w tym czy jest to początek kariery pisarza ( wiele osób filmu, literatury występowało lub pisało dla pornusów np. Sylwester Stallone czy nawet Madonna) czy też ...koniec. Bo dużo też z nich skonczyło w takim szlamie. Czas jest najlepszym sędzią.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...