Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To ja - wbrew panującej modzie - spróbuję rozpocząć jakiś odrobinę poważniejszy temat.

[quote]
W 1907r dr Duncan MacDougall, lekarz z Massachudetts, przeprowadził ekperymant majacy udowodnic istnienie ludzkiej duszy - polegal on na zwazeniu ciala ludzkiego przed smiercia i tuz po niej. Przy zalozeniu, ze dusza posiada pewne materialne atrybuty, takie jak ciezar, cialo powinno stac sie lzejsze w momencie smierci, gdy dusza je opuszcza. MacDougall wykorzystal do badan szesciu pacjentow w stanie agonalnym. Kazdy kolejno umieszczany byl na specjalnie skonstuowanym lozku-wadze. W chwili smierci pierwszego pacjenta waga drgnela i wykazala nagly spadek wagi ciala o 3/4 uncji czyli ok 21g. Przy nastepnych zgonach utrata wagi wahala sie od 0,5 do 1,25 uncji. MacDougall powtorzyl eksperyment z 15 psami i stwierdzil - zgodnie zreszta z wyznawana przez siebie doktryna religijna - ze zaden z nich nie stracil na wadze po smierci, a zatem zaden nie mial duszy. W srodowisku medycznym rezultaty badan MacDougella nie zostaly uznane za wiarygodne.



zapewne wielu z was o tym słyszało. Ja również słyszałem, ale niedawno zostałem tą opowieścią uraczony przez księdza. Uradowany duchowny sprawiał wrażenie, jakby mniemał, że oto przedstawia mi niezbity dowód na istnienie duszy, a co za tym idzie - na istnienie Boga. Pomyślałem sobie z kolei, że kapłan ma mierne pojęcie o filozofii, skoro wyskakuje z takim argumentem jako dowodem na istnienie Boga. Przecież to jest dowód na materialność duszy, a z kolei materialność duszy jest najgrubszym argumentem ateistów (nie mówię o takich ateistach "nie bo nie", tylko takich myślących - bodaj najbardziej znanym ateuszem był oświeceniowy skandalista LaMettrie, który zradykalizował monizm materialistyczny). Mi się to wydawało proste - skoro dusza jest materialna i - w założeniu religii katolickiej - po śmierci trafia do nieba, to niebo również musi być materialne, a zatem i materialny Bóg, a skoro Bóg jest materialny to jak, u licha, może kierować materią tudzież tworzyć nową?
Oczywiście przekonanie o materialności duszy jest związane ze starograckim pojmowaniem świata. Sekty mistyczne - na czele z pitagorejczykami i orfikami - twierdziły, że dusze między śmiercia poprzedniego ciała a wcieleniem w następne ciało są... pyłkami (tudzież kurzem). Ale te mistyczne bzdety - jak myślałem - oświecony Kościół wsadza między bajki.
Ale nie.
Okazało się, że w myśl oficjalnej doktryny Kościoła dusza jest materialna! Ja tego nie rozumiem, moze jest tutaj jakiś uczony chrześcijanin, który mi to wytłumaczy? Byłbym bardzo wdzięczny.
A przy okazji: jaka jest wasza opinia w sprawie duszy, jej materialności no i samego "odkrycia duszy"?
Opublikowano

Zaczne od tego, że temat jest przedni.

Cóż, filozoficzne podejście do religii nie ma większego sensu, kiedy chodzi o dialog z Kościołem. Oni już dawno cuda wcisneli do logiki. Niechaj sobie dusza będzie czymkolwiek, w moim mniemaniu ciągle jest insygnifikantna, gdyż nie jest mną. Dusza jest wieczna, zatem poprzedza również moje życie, a ja moje życie datuje od narodzin, to co się działo z jakąś częscia mniej wczesniej ma takie samo znaczenie jak to, że poszczególne atomy mnie zostaly kiedyś wysrane przez mamuta i tak samo nie mam powodu przypuszczać, aby dalsze poczynania domniemanej duszy były powiązane ze mną.

Z Twoim sposobem rozumowania nie mam powodu dyskutować, gdyż jest tautologicznie prawidłowy i nawet jeśli da się go obalić, to ja nie czuję potrzeby:)

pozdrawiam

Opublikowano

No właśnie okazuje się, że materialność duszy (czy raczej: jej cielesność) jest zgodne z oficjalnym przekonaniem kościoła; potwierdziła to moja siostra, która prawie dekadę przesiedziała na katolickiej uczelni i do której się z tego powodu nie odzywam - stąd wiecej szczegółów od niej nie wyciągnę.

Akurat wieczność duszy łatwiej jest pojąć czy "logicznie" wytłumaczyć. No bo po pierwsze: mamy metempsychozę, ale tą Kościół każe włożyć między herezje. Ale po drugie mamy też możliwość stwierdzenia, że dusza nie ma tego, co człowiek cielesny nazywa "świadomością". Ma ona świadomość wyższego rzędu, nie obejmującą pamięci, rozumu, pojęć czasu i przestrzeni - stąd jej doświadczenia sprzed "wcielenia" są dla człowieka cielesnego niezrozumiałe. Co nie zmienia faktu, że sam w ogóle w istnienie duszy nie wierzę i nie zamierzam go bronić ani nikogo szczeólnie przekonywać. Jestem po prostu bardzo ciekawy, jak cielesność duszy daje się pogodzić z doktryną katolicką.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



ja sobie zdaje sprawę z tego stanowiska, ale co mi po tym, jesli dusza jest dla mnie tak wysublimowana, ze nie istotna. Niech się martwi sama tym, czego ja nie moge w niej zrozumiec:) rozumiesz?:)
Opublikowano

Nie szanowny kolego, nie jestem agnostykiem. Jestem "prawie ateistą", tylko znacznie latwiej bronić agnostycyzmu przed katolikami. Latwiej dowiesc, ze cos jest bez znaczenia. Co więcej, twierdzę, że ateizm jest agnostycyzmem, bo rzeczywiście nie sposób poznać czegoś czego nie ma:). Choć to rozumowanie jest poprawne tylko przy uproszczonej definicji agnostycyzmu:)chociaż to nie jest polemika z Tobą, tylko taki dodatek autobiograficzny

Opublikowano

w samej rzeczy, musiałaby to być definicja agnostycyzmu granicząca z jego niezrozumieniem.

Agnostycyzm wydaje się być w sprawie Boga stanowiskiem trzeźwym i zdroworozsądkowym (i też takie przyjmuję w kwestii Boga). Ateizm w istocie - co poniekąd zauważyłeś - orzeka sam o czymś, co według niego nie istnieje, stąd jest nielogiczny. Niemniej jednak i z tego już ateiści się wytłumaczyli, mówiąc, że zaprzeczają oni nie istnieniu Boga, ale hipotezie zakładającej istnienie takowego. Tak czy inaczej wszystko w gruncie rzeczy rozbija się o zupełnie zbyteczną w tym wypadku nomenklaturę.

A argument przeciwko istnieniu duszy - tytułem uzasadniania mojego aspirytualizmu pozwolę sobie takowy wymienić - jest prosty. Duszy się nie doświadcza, doświadcza się jedynie czynności duszy (jeśli za takie przyjmiemy pamięć, zdolność myślenia abstrakcynego itd.). Ilekroć pomyślimy o duszy, zawsze trafiamy nie na duszę, ale na jej czynność.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Czynnością duszy ma być pamięć? taka normalna codzienna pamięć? Chyba jestem niedouczony. Ale to i tak lepsze od platonskiej, fruwajacej na skrzydelkach:)
Nie zgodze się z tym myśleniem o czynności. Bo teraz na przykład myślę o jej ciężarze.
Opublikowano

owszem, funkcje psychiczne takie jak pamięć klasyczna filozofia podporządkowuje w całości duszy. No bo przecież nie ciału. Nie wiem jak nowoczesna psychologia tłumaczy sobie pamięć, bo z psychologią pogubiłem się w początku XX weku :)

w życiu nie słyszałem, jakoby platońska dusza fruwała i miała skrzydełka.

a czy myślenie o ciężarze - nie jest czynnością duszy? Wszelka myśl jest funkcją duszy! Nie możesz namacać sobie duszy, a jedynie jej czynności, tak jak - w fizyce - nie widzisz działającej siły, a tylko jej skutki.

Opublikowano

jak się uprzesz to możesz nawet stwierdzić, że nie wierysz w to, że jesteś człowiekiem. To, że tych, którym się wydaje, ze są drzewem, wsadzają do wariatkowa, a tych, którym się wydaje, że nie ma duszy - nie, jest wyłącznie efektem konwencji.
W zasadzie to nieistnienia nikt żywy dowieść nie może. Ja - z przekonania - zaprzeczam istnieniu duszy wiecznej, niematerialnej, nieśmiertelnej (ale nie zamierzam na to dawać dowodów, bo to bezcelowe), natomiast nie zaprzeczam istnieniu złączonej z ciałem świadomości.

Opublikowano

I niby czym/gdzie/jaka miałaby być da "materialna dusza"? Toż człowieka już na wskroś pokrojono i nic takiego nie znaleźli, a przynajmniej nei nazwali w ten sposób (może jednak szyszynka??)... poza tym wydaje mi się, że sama idea wiary zakałda, żeby wierzyć, przedmiot wiary chyba nawet nie powinien być tak całkiem materialny, bo i co to za wiara wtedy? To by już wiedza była... chyba, nie wiem. Dziwne mi sie to wydaje, ale temat dyskusji w sumie ciekawy.

Opublikowano

Gdzie Pan wyczytał, że w religii katolickiej (rozumuję, że tą religię miał Autor na myśli (ksiądz)) dusza jest materialna? Wiem, że adwentyści i świadkowie Jehowy uznają duszę za materialną i kończącą swój żywot z chwilą śmierci ciała, a dopiero zmartwychwstanie ciała i owej duszy następuje po Sądzie Ostatecznym.
Dyskusję na temat nieśmiertelności duszy można jedynie prowadzić w odniesieniu do racjonalizmu, którego trudno oczekiwać od człowieka głęboko wierzącego. Wiara nie jest nauką z samego założenia. Ktoś w coś wierzy i koniec. Racjonalnie podchodząc, to można wszystko zanegować w większości wyznań. Przecież człowiek może zastanawiać się po co jest modlitwa za kogoś chorego, skoro Bóg ma wszystko zaplanowane do końca świata i prośba o cokolwiek jest przysłowiowym wołaniem na puszczy. Jak mógł zbuntować się anioł i zostać szatanem w "przestrzeni", w której nie było żadnego zła a dookoła była jedynie Dobroć? Na te i inne "niedorzeczności", w rozumieniu zwykłego śmiertelnika, ma wpływ nasze pojmowanie świata. Wiemy tyle ile potrafimy zrozumieć. Ta zasada dotyczy również wierzących, ale oni nie zastanawiają się nad takimi dylematami - oni wierzą... i im jest łatwiej. Czasami, będąc niedowiarkiem, tej głębokiej wiary innym zazdroszczę.
Pozdrawiam
Marek Wieczorny

Opublikowano

ktoś kiedyś poweidział ,że "to co zrozumiales nie jest juz wiarą"
ja kiedys mocno wierzylam, ale jak sie zaczęłam zastanawiac nad tym wszystkim co napisał wyżej Marek to mi ta wiara słabła i słabła... Wiara to wiara.. i niektórych rzeczy (wg wierzących) po propstu nie da się pojąć ludzkim rozumem... być moze po śmierci.. w niebie czy gdzies tam sie dowiemy co jak dlaczego jak to mozliwe itd...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...