Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 115
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

nie, ostatnio zdałem sobie sprawe, że coś w tym jest. w koncu celem stosunku płciowego jest zapłodnienie partnera a do tego służą nażądy płciowe. słuchaj kiedy nazwiesz rzeczy po imieniu to to jest choroba. możesz mówić mi o tolerancji i i innych pierdołach, ale w ceimno nie będę "tolerancyjny". wiesz, wole być homofobem niż przyzwalac na walenie sobie po dupach. sorry (takie moje zdanie)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Choroba? Kurwa! A gdzie to niby jest uznane za chorobę? I przez kogo? Z rejestru już dawno zostało wykreślone (czasy zacofania w tej kwestii już minęły).
Celem stosunku jest zapłodnienie? To teraz mi jeszcze napisz, że jesteś w takim razie przeciwnikiem antykoncepcji.



Żałosne. Co Cię kurwa obchodzi kto jaki i z kim uprawia seks?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





chodzi oczywiście o Wierzących a nie Rydzyków itp. nie możesz powiedzieć przecież, że JP2 był złym człowiekiem. a już sam komunizm jest wielkim przykładem, że bez jakiejś odgórnej religii ludzie nie potrafią zapanować nad swoimi rządzami;]

no i błąd: komunizm jest przykładem, ze ludzie z religia sobie poradzili z komunizmem i nic wiecej. jest wiele nie religijnych przykladow historii, ze ludzie sobie radzili z gorszymi problemami. W rzadko ktorej rewolucji uczestniczy religia. nie twierdze, ze byl zlym czlowiekiem. nie wiem skad wziales to przypuszczenie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oj jakiś ty wulgarny, a fuj.
ja myślę, że to natura wytworzyła homoseksualizm. w przeważającej większości gatunków kilka procent populacji jest homoseksualna, jakoś nie chce mi się wierzyć, że to bezcelowe. myślę, że jest to jakiś specyficzny mechanizm mający utrzymywać pewien układ czy stan równowagi w obrębie danego gatunku.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oj jakiś ty wulgarny, a fuj.
ja myślę, że to natura wytworzyła homoseksualizm. w przeważającej większości gatunków kilka procent populacji jest homoseksualna, jakoś nie chce mi się wierzyć, że to bezcelowe. myślę, że jest to jakiś specyficzny mechanizm mający utrzymywać pewien układ czy stan równowagi w obrębie danego gatunku.
jaka równowage? miedzy czym a czym?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



oj jakiś ty wulgarny, a fuj.
ja myślę, że to natura wytworzyła homoseksualizm. w przeważającej większości gatunków kilka procent populacji jest homoseksualna, jakoś nie chce mi się wierzyć, że to bezcelowe. myślę, że jest to jakiś specyficzny mechanizm mający utrzymywać pewien układ czy stan równowagi w obrębie danego gatunku.
jaka równowage? miedzy czym a czym?

jakbym to wiedział to bym napisał. po prostu kiedyś zastanowił mnie taki stan rzeczy i doszedłem do wniosku, że musi być w tym jakiś cel. może utrzymywanie liczebności gatunku na jakimś bezpiecznym poziomie? (przynajmniej w niektórych przypadkach może to brzmieć logicznie). może w przypadku wystąpienia jakiegoś wadliwego genu lub korelacji kilku organizm jest również homoseksualny po to by nie przekazywać ich potomstwu. tak - myślę(czyt. wydaje mi się), że to mechanizm obronny i zawsze lubiłem takie chore teorie. hahah.

pzdr.
Opublikowano

homoseksualizm jest takim samym wymysłem jakim jest wszechmocny Bóg. osobiście nie znam żadnego innego gatunku w którym sa homoseksualne związki. inne gatunki współzyją w wiadomym celu:) tak więc stosunek faktycznie czemuś służy:) (co do antykoncepcji to gdybym dalej był idealistą byłbym przeciwnikiem, ale że troche otrzeźwiałem nie jestem, ale tyko z tego względu, że ludzie sa popierdoleni).generalnie nie zwalczam tego, ale nie popieram:) może spójrzmy na ten problem w skali globalnej: co by było gydyby związki homoseksualne przeważały na świecie? zachwianie demograficzne. sam związek również niekorzytwnie wpływa na psychike nieukształtowanego (młodego) dziecka, który nie potrafi pojąć zachowań niezgodnych z naturą. co mam mu więc kurwa powiedzieć na pytanie:

- tatusiu a dlaczego pan się całuje z panem?
- bo oni są naturalnie inni... (?):|

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



skoro nie znasz żadnego innego gatunku w którym występują związki homoseksualne to wykazałes się tutaj sporą niewiedzą. odestek homoseksualistów zawsze jest stały i wynosi ok. 5%, więc nie ma zagrożenia, że zaczą przeważać.
Opublikowano

zawsze jest stały? skąd te dane? zagrożenie własnie istnieje i to spore. być może w ostatnich latach 5% utrzymywało się ciągle, ale obecnie poprzez internet, tv i inne dyrdymały do świadomości ludzi dociera coraz bardziej odchylenie seksualne:) zresztą sam pomysł z równouprawnieniem pewnie poszerzyłby ten odsetek...

Opublikowano

nie, nie miały
co więcej, nie zgadzam się z twierdzeniem, że człowiek jest największą wartością świata
świat dzieli się na ludzki i naturalny — człowiek dawno się od natury oddzielił i ciągnie w drugą stronę
zgodzę się, że w świecie ludzkim człowiek jest największą wartością
ale żeby to wiedzieć nie trzeba chyba nauk papieskich, a jeśli ktoś mimo to nie wie, to żadne nauki nie pomogą
pozdr

Opublikowano

widzę tu wątek homo, hohoho, mniam mniam
bardzo dobry argument z antykoncepcją — ale Natalio, antykoncepcja jest zła wg myśli katolickiej
to zabijanie przecież, zabijasz coś, co jeszcze się nie narodziło, nawet nie poczęło, jeśli bierzesz pigułki, uśmiercasz życie w jajku, jeśli prezerwatywa, to plemniki tragicznie giną w gumowym grobowcu
nawet nie policzę, ilu ludzi zabiłem w ten sposób (chociaż możliwe, że jestem bezpłodny, nie sprawdzałem)
jestem mordercą, ale może i dobrze, bo co by było, gdybym spłodził np homoseksualistę? wystąpiłbym przeciwko naturze, zachwiałbym porządkiem świata, zgorszyłbym wierzących
no i dałbym kolejny argument takim yasiooom, żeby wypisywali totalne bzdury
ale nie przejmuj się, yasioo, dobry Bóg ci wybaczy pogardę dla innych, tak jak wybaczył krzyżującym Chrystusa

Opublikowano

temat z ostaniego wieczoru, gdzie także były na ten temat liczne dyskuje
ja kilku rzeczy nie rozumiem, czemu te podziały zawsze są tak radykalnie dychotomiczne, nie ma żadnego odcienia szarości?
Albo za, czyli wielki liberał, osoba tolerancyjna, albo od razu homofob, zaniedługo, jak się nie będzie ich popierało to my będziemy chorzy, my idioci, my źli..w ogóle ten podział jest żałośny
Osobiście nie przeszkadza mi, że jakieś pary całują się na ulicy ( homoseksualne), nie przeszkadza mi się z nimi przyjaźnić, nie!, ale marsze, wszelkiego rodzaju pseudomanify - nie! bo kiedyś będę miała dzieci i wolę, żeby przyswajały wszystko powoli, żeby się uczyły stopniowo zakresu tolerancji, wartościowały odpowiednio do własnego otoczenia i charakteru, a takie narzucanie liberalizmu może wszystko popsuć
umiar we wszystkim jest wdzięczny, a obrażanie się nawzajem jest z każdej strony XXXX fobią.

pozdrawiam serdecznie
Reginka

Opublikowano

chodzi o to, że wykluczanie jakiejkolwiek grupy społecznej trąci faszyzmem, a historia pokazała, że to się kończy tragedią
chodzi o to, że homofobia jest związana ze strachem przed innością, który charakteryzuje społeczeństwa o miernym wykształceniu (nie wystarcza wypełnienie odpowiedniej ilości papierków, o nie)
chodzi o to, że niektórzy czują się powołani do tego, żeby wiedzieć na pewno co jest złe i niewłaściwe
pozwolę sobie nie wartościować tych, którzy dokonują wartościowań na szeroką skalę
ze swojej strony staram się nie powtarzać opinii z telewizji, ani liberalnej ani klerykalnej i innym też to zalecam
nie wiem, czy homoseksualizm jest szkodliwy — mam inne problemy, wiem, że mnie nie szkodzi, nie widzę również, jak mógłby zaszkodzić moim dzieciom
jeśli facet ma ochotę się pieprzyć z facetem to dlaczego mam tego zabraniać
są trzy wyjścia z tej sytuacji: 1)eksterminacja homoseksualistów,2) utrzymywanie status quo, czyli brak akceptacji społecznej, obyczajowe piętnowanie, czyli życie w obłudnym świecie, który udaje, że jakiegoś zjawiska nie ma 3) zaakceptowanie tego, że homoseksualiści są i bez realizacji pkt 1 nic się z tym nie da zrobić (skoro już ktoś widzi powody, by przeciwdziałać)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


ale tu nie chodzi o to zeby wiedzieć cos na pewno, tu chodzi o prawo do własnego zdania i prawo wyboru: tak samo jak ja nie zamierzam zabraniać gejom robić ze sowim życiem na co mają ochotę tak samo oni powinni mi zostawić prawo do oceniania "normalności" wedle moich kategorii - a dopóki nie pojawią sie jakieś dane na temat tego że nie jest to choroba (a na razie wszystko wskazuje na to że jednak jest - w dodatku nabywalna) to mam chyba po prostu prawo do oceny takiego zachowania jako dewiacji? dlaczego nikt nie mowi że dresiarze to ludzie o odmiennej orientacji społecznej i należy pozwolic im manifestować własne poglądy?Bo "bezpośrednio" obiją komuś morde? wolałbym to, niż być wychowywanym przez dwóch gejów... było pytanie o decydowanie o czyimś penisie - dlaczego chcecie decydować o czyimś życiu w imię (patologicznie pojmowanej) tolerancji?(a uznanie tak powaznej choroby za coś normalnego po porstu musi sie cholernie ciężko odbić na całym społeczeństwie - a zwłaszcza na dzieciach )

ps. ale bynajmniej od wypwoiedzi niejakiego yasia sie odcinam - nie wiem czy go poniosło, czy sie naczytał jakichś głupot, ale rzeczywiscie po takich wypowiedziach mozna snuć wnioski że przeciwko homofilii występuja same buraki :/

w tej bajce nie chodzi o pietnowanie czy zabranianie, ale o zwykły zdrowy rozsądek - każdy z nas ma swoje "odchyły" których prawdopodobnie jest świadomy (że są odstepstwem od "normy") ale nie zamierza ich zmieniać (a już na pewno się "leczyć") - to jakaś tam (mowiac wzniośle :) )cząstka nas.
Jeżeli ktoś jest homo i jest mu z tym dobrze, to ma do tego pełne prawo, ale NIE ma prawa domagać się uznania tego za NORMALNOŚĆ i PROPAGOWANIA takiego zachowania...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...