Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

V.
Na końcu ulicy napojów gazowanych odwracam się jeszcze ale Adama już nie ma. Dobrze, że nie zapytałem czy ma zamiar kiedyś wrócić. To jego życie, jego gnojówka. Był gnojem, niech sobie w niej pływa. Może chciałby mi jeszcze poopowiadać o problemach codziennego życia w markecie, wyzwolić się, spłukać bród i wytrzeć mną jak ręcznikiem. Niech się pierdoli. Pcham przed sobą swój własny wózek. Przecież to nie żaden mój koleś, żadne tam halo, żadnej przyjaźni. Nasze wzajemne stosunki były zimną wojną. Wojna nagle zgasła, rozpłynęła się ale to nie powód do świętowania z wrogiem. Mam już nową kanalię w pracy, żona Adama też ma już nowego, pewnie kupuje mu krawaty i koszule. Może kiedyś zrobią z Adama legendę marketu, może będzie opiekował się tutejszym stadem gołębi, biegał ze szmatą do podłogi i wrzeszczał „bujaj, bujaj”. Przepycham się przez tłumek ze swoimi zakupami. Uzupełniam koszyk o kolejne pozycje z listy. Zabrać towar, zapłacić, wyjść, zapomnieć, zjeść, skonsumować, zużyć. Jak tu wszystkiego dużo, jak męcząco. Jakżebym chciał usiąść w kącie i umrzeć. Skręcam raz, drugi, trzeci. Ludzi tu coraz mniej i mniej. Na półkach chyba bardzo niechodliwe towary, ale nie wiem co to jest, nie chcę patrzeć. Alejki są coraz węższe, światła jakby mniej, dźwięków też. Wchodzę w bardzo wąską uliczkę. Na półkach nie ma towarów. Leżą na nich ludzie pogrążeni w promocyjnym śnie. Jest tu ze trzydzieści, czterdzieści osób. Dominuje kilka takich samych, tanich schematów ubioru. Odziani podobnie leżą na tych samych półkach. Raz, dwa... siedmiu mężczyzn w beżowych bojówkach i błękitnych bluzach, około ośmiu kobiet w granatowych kompletach... Przypomina mi to wielki przedział sypialny. Uliczka kończy się ślepo. Tu i ówdzie słychać pochrapywania. Jest trochę wolnych miejsc, mógłbym się położyć, jestem taki zmęczony. Ale nie. Ale nigdy w życiu. To przecież piekło, koniec drogi. Finałowe regały sklepu. Ludzie na sprzedaż. Ludzie towary. Patrzę na ładną twarz śpiącej kobiety. Zapomniała oderwać metkę od spódnicy. Kosztuje trzydzieści pięć złotych po obniżce z czterdziestu dwóch. Jest z bawełny. Wyprodukowano ją w Łodzi. Rozmiar 36. Dotykam jej ręki. Jest miękka i ciepła. Nad kobietą leży facet z obfitymi wąsami. Długi, to znaczy wysoki. Zawracam wózek jak najciszej. Tak jakbym się oddalał od bardzo złego psa, od lwa, tygrysa. Powoli. Powolutku. Krok za krokiem. Po przebyciu stu metrów trafiam na pierwszych zabłąkanych konsumentów. Przechodzę obok pracownika układającego na klęczkach towar na dolnej półce. – Czyżby odprawiał zadaną pokutę – zastanawiam się a na głos mówię: Przepraszam, że przeszkadzam. Którędy do kas? – Facet podnosi się i wyciera rękę w spodnie.
– Tu zaraz w lewo – mówi zasapany - potem w prawo. Dojdzie pan do takiej głównej uliczki a potem prosto. Na górze będzie kierunkowskaz.
Dziękuję bardzo uprzejmie i już zakręcam wypełnionym po brzegi wózkiem. Idzie ciężko jak cholera. Jedno kółko się zatarło i hamuje. Nagle tuż przede mną wyrasta jak spod ziemi albo spada, jak grom z jasnego nieba, wielka niebieska kukła. To czekoladowy królik, ulubieniec dzieci. Stoję i czekam co zrobi. Podskakuje jak rażony prądem. Oglądam się dyskretnie. Ani z przodu ani za mną nie ma nikogo. Podchodzę do niego w złych zamiarach. Staję nieco z boku, kładę rękę na jego klatce piersiowej i popycham z całej siły na górskie szczyty ułożone z przecieru pomidorowego w puszkach. Potężny królik jest dobrze wyważony dzięki dużej powierzchni łap, a raczej skoków. Chwieje się jednak. Jak w zwolnionym tempie rozkłada bezradnie łapy i niczym maszt radiowy w Raszynie wali się powoli do tyłu na czerwoną ścianę. Ułożone luźno puszki zapadają się wciągając królika w głąb. Z góry sypie się deszcz aluminium. Odskakuję na bok. Wypełnione pomidorami walce rozjeżdżają się we wszystkie strony wpadając pod regały. Takiej sceny nie powstydziliby się japońscy spece efektów specjalnych. Podłoga wokoło pokryta jest warstwą puszek. Kilka wpadło mi do wózka. Niebieska godzilla leży na wznak, na usypisku z przetworzonych pomidorów i macha bezradnie łapami. Wyrzucam z wózka przecier. Rozkopując puszki ciężkimi, zimowymi butami, podchodzę do leżącego monstrum, nachylam się nad nim i mówię: Spierdalaj ze swoją zasraną promocją. Mam tego dosyć – cała moja nienawiść skupia się w wystraszonych, ogromnych oczach królika.
- Pochusz mi. - To co słyszę jest jak cichy wrzask. – Błagam pomóż, rozesnip zahe.
– Słucham? – pochylam się nad głową królika.
– Rozepnij zamek. – słyszę błagalny pisk. Królik ma rzeczywiście zamek błyskawiczny wszyty w miejscu ust. Ulegam jego prośbie. Z otworu w króliku wypada na podłogę piłeczka ping-pongowa oklejona taśmą samoprzylepną. Człowiek-królik łapczywie połyka powietrze. Oddycha szybko a gdy wreszcie się trochę uspokaja strzela z ust słowami jak kałasznikow.
- O dzięki dzięki stary. Uwolnij mnie proszę, uwolnij, zdejmij to ze mnie, Boże, szybko, wypuść mnie!
– Co? Od czego mam cię uwolnić? – pytam nieco zdezorientowany.
– Rozepnij ten kostium muszę z niego wyjść, dłużej nie wytrzymam, szybko zdejmij, zdejmij to jest na suwak. Pod szyją. Pod szyją się zaczyna.
- Chciałeś promować to walcz dzielnie do końca, dzieci cię lubią – uśmiecham się bo cała moja nienawiść do tego cholernego bzdurnego świata skupiła się właśnie na tym króliku. – Uspokój się, wszystko będzie dobrze, zaraz cię postawię do pionu i pokicasz jeszcze trochę. Właśnie masz wielbiciela! – obwieszczam widząc małego chłopczyka, który wychylił się spomiędzy regałów. – Klólik, klólik! – krzyczy dzieciak wesoło – Mamo klólik! Za plecami malucha pojawia się mama mocno zdziwiona widokiem krajobrazu jak po bitwie i mnie pośrodku usiłującego dźwignąć do góry monstrualną kukłę. Wszystko psuje królik wrzeszcząc akurat: Ja sram na dzieci! Nienawidzę tego gnojstwa! Pomóż mi ty głupi skurwysynu ja cierpię wypuść mnie!
– Spłoszyłeś klienta - oznajmiam zdyszany gdy królik przyjmuje ludzką postawę. – Mama zabrała dziecko. Nie wiem czy kupią jeszcze waszą czekoladę wiedząc jakie licho siedzi w tych królikach. Obchodzę go dookoła i staję naprzeciw. – Sorry za tą całą agresję. Musiałem się wyładować. Jak nie ty to strzeliłbym w twarz jakąś niewinną hostessę.
- Trzymaj się – rzucam na pożegnanie.
– Stój!!! – wrzeszczy ten ktoś w powłoce królika. – Nie możesz mnie tak zostawić kurwa stary błagam proszę zamknęli mnie w tym skafandrze! Oni są źli o Boże.
– Tak wiem – przerywam mu swoją kpiną – Wszystkiemu są winni oni.
– Uśpili mnie.
– Kto?
– Ludziesfirmy!
– Z „Niebieskiego królika”?
– Nie wiem, nie wiem, byłem na castingu do promocji spajdermena. – pierwszy raz stykam się z człowiekiem, który potrafi mówić tak szybko jak zając biegać. – Zalali mnie trzema warstwami niebieskiego latexu a potem dostałem kawę i obudziłem się tutaj.
– Hahaha – nie mogę się powstrzymać – miałeś być człowiekiem-pająkiem a zostałeś królikiem.
- Mam mrówki w nogach. – mówi. Przestaję się śmiać i pytam z niedowierzaniem: Co znowu? Zdrętwiały ci nogi? Może masz za ciasne łapy.
- Nie, mam mrówki wpuszczone do butów włożyli mi specjalne pojemniki, chcieli żebym skakał cały czas, och te kurwy mnie gryzą. Jestem u kresu sił, rozwiąż mi ten pieprzony kombinezon, o Boże one chyba przeżarły mi stopy i złożyły tam jaja.
- Nie da rady mówię po oględzinach przebrania – Solidna robota, zamek zakończony jest jakąś specjalną nakładką zamykaną na klucz. Ciekawe kto produkuje takie narzędzia tortur.
– O nie – słyszę załamany głos człowieka-królika. – To znowu on!
- Jaki kto? – podnoszę się i rozglądam.
– Sejlsrep. – jęczy królik zbolałym głosem. – No to mam przejebane. Królik ma zapewne na myśli faceta w ciemnym garniturze rozmawiającego z młoda kobietą.
– To ta mamuśka. – informuję królika – Widziała jak Cię podnosiłem a ty akurat wyjechałeś z kwiecistą wiązanką. Najwyraźniej nie spodobało jej się twoje słownictwo.
– Wezwij policję – mówi mój kudłaty towarzysz. Niestety trochę za głośno.
– A po co nam policja? – pyta uśmiechnięty przedstawiciel handlowy „Niebieskiego Królika” lawirując ostrożnie pomiędzy puszkami koncentratu.
– Żeby cię skuć sadysto – głos królika łamie się i przechodzi w głośny płacz.
– Co to ma być? – pytam uśmiechniętego, który coś mi podaje.
- Prezent od firmy – uśmiecha się jeszcze bardziej, jeszcze serdeczniej, jeszcze fajniej. – Nasze Talony. – mówi to z taką satysfakcją jakby mi oznajmiał, że wyleczył mnie z raka. – Za dwieście złotych!
– Za co? – pytam spokojnie zostawiając go z wyciągniętą do mnie ręką.
– Gratis. W ramach promocji. – zachęca mnie falując papierem.
– A królik? – pytam wskazując głową stwora zanoszącego się głośnym szlochem.
– Królik? – odpowiada mi pytaniem handlowiec – To maskotka.
– Mówił, że ubraliście go tak wbrew jego woli.
– Zmyśla.
– Podobno wpuszczacie mu mrówki do butów.
– To już poważna sprawa – mówi opiekun królika – Oskarża naszą firmę o znęcanie się nad zwierzętami.
– Nie tylko – ciągnę dalej uprzejmym tonem. – Słyszałem, że katujecie również ludzi.
– O – dziwi się teatralnie. – W jaki sposób?
– Chodzi o te mrówki. Podobno są jadowite. Gryzą go w nogi.
– Mrówki lubią słodycze – wyjaśnia handlowiec – może za długo stał w miejscu i go oblazły? Nachylam się i szepczę mu do ucha: Czy możemy na chwilę zdjąć mu tylnie łapy i zobaczyć czy nie ma tam tych mrówek? Wygląda na to, że bardzo cierpi. – wskazuję na podskakującego w miejscu królika, który ciągle chlipie pod nosem.
– Obawiam się, że to raczej niemożliwe. Za chwilę będzie losowanie nagrody głównej w naszym konkursie a samych łap się nie da odłączyć. – szepcze handlowiec w odpowiedzi – Musielibyśmy zdjąć cały kombinezon. A to potrwa.
– Długo?
– Tak.
– Czy to bardzo skomplikowane?
– Tak. Ubieranie trwa około dwudziestu minut. A więc trzeba liczyć podwójnie.
- A gdy mu się zachce siusiu? – pytam sejlsrepa. – Może nie zdąrzyć.
– Olaboga. Pomóż mi. – Słychać skowyt królika.
– Ma specjalny zbiorniczek. – odpowiada mi człowiek w przewiewnym i wygodnym garniturze.
– Na kaku też? – pytam.
- Też. Wymieniamy mu co cztery godziny.
– Rozumiem. – kiwam głową.- Mogę tylko jeszcze jedno pytanko?
– Oczywiście – zachęca mnie uprzejmie.
– Nie chcę opóźniać. Nie zdążycie przeze mnie na konkurs.
- Ależ proszę, mamy jeszcze chwilkę.
– Dziękuję panu. – uśmiecham się wdzięcznie. – Mój kuzyn, który jest w liceum chciałby sobie dorobić. Czy dużo taki przebieraniec dostaje?
- Oj, raczej niedużo – odpowiada nieco zafrasowany. – najniższą stawkę.
– Połowę tego co pan?
– Jedną ósmą. Ale praca na stanowisku królika nie wymaga wielkiego wkładu umysłowego.
– Jasne – staram się naśladować radosny uśmiech handlowca – Wiem coś o tym. Ja też pracuję umysłowo. Tak jak pan. – Tą uwagą sprawiam, że brazylijskie słońce rozbłyska na twarzy mojego rozmówcy. – Życzę panu sukcesów w pożyciu zawodowym. – kończę rozmowę sięgając do poręczy wózka.
– Wzajemnie. Wzajemnie. – odwzajemnia się wzajemnie handlowiec. Dobrem odpłacaj za dobro. Tak nam przykazano. – Talony! – przypomina sobie nagle o papierach trzymanych cały czas w ręce. – Nie wziął pan talonów.
– Proszę oddać potrzebującym. Ja nie mogę jeść czekolady. Lekarz zabronił.
– Ale pociecha zje.
– Nie mam. – oddalam się brodząc w puszkach leżących na posadzce. – Dziękuję serdecznie.
– Pa pa ! – macha mi na pożegnanie. Rewanżuję się tym samym i znikam za rogiem. Zostawiam wózek i biegnę szybko alejką do przeciwległego końca regału. Tam wychylam się ostrożnie i widzę jak reprezentant handlowy firmy „Niebieski Królik” podnosi z podłogi ping-pongową piłeczkę i wpycha ją lamentującemu królikowi w usta. Potem wyciąga z kieszeni rolkę srebrnej taśmy, odrywa pasek, zakleja nim usta nieszczęśnikowi i zaciąga suwak w kombinezonie. Wracam wolnym krokiem po wózek...

(...)

Opublikowano

Utrzymać tak długi dialog w napięciu, sprawić by nie był tylko zwykłą paplaniną i śmieszył do łez to umiejętność godna dobrego scenarzysty.

Niestety nie ma zdań które by mnie zwaliły z nóg jak w pierwszej części...zamiast tego kilka krótkich blisko siebie, które nudzą i są zwykłym opisem wykonywanych przez boha czynności, ale powtórzę się: rozmowa z królikiem wielka klasa...szczególnie ten fragment:

- Mam mrówki w nogach. – mówi. Przestaję się śmiać i pytam z niedowierzaniem: Co znowu? Zdrętwiały ci nogi? Może masz za ciasne łapy.
- Nie, mam mrówki wpuszczone do butów włożyli mi specjalne pojemniki, chcieli żebym skakał cały czas, och te kurwy mnie gryzą. Jestem u kresu sił, rozwiąż mi ten pieprzony kombinezon, o Boże one chyba przeżarły mi stopy i złożyły tam jaja.
- Nie da rady mówię po oględzinach przebrania – Solidna robota, zamek zakończony jest jakąś specjalną nakładką zamykaną na klucz. Ciekawe kto produkuje takie narzędzia tortur.

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...