Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

V.
Na końcu ulicy napojów gazowanych odwracam się jeszcze ale Adama już nie ma. Dobrze, że nie zapytałem czy ma zamiar kiedyś wrócić. To jego życie, jego gnojówka. Był gnojem, niech sobie w niej pływa. Może chciałby mi jeszcze poopowiadać o problemach codziennego życia w markecie, wyzwolić się, spłukać bród i wytrzeć mną jak ręcznikiem. Niech się pierdoli. Pcham przed sobą swój własny wózek. Przecież to nie żaden mój koleś, żadne tam halo, żadnej przyjaźni. Nasze wzajemne stosunki były zimną wojną. Wojna nagle zgasła, rozpłynęła się ale to nie powód do świętowania z wrogiem. Mam już nową kanalię w pracy, żona Adama też ma już nowego, pewnie kupuje mu krawaty i koszule. Może kiedyś zrobią z Adama legendę marketu, może będzie opiekował się tutejszym stadem gołębi, biegał ze szmatą do podłogi i wrzeszczał „bujaj, bujaj”. Przepycham się przez tłumek ze swoimi zakupami. Uzupełniam koszyk o kolejne pozycje z listy. Zabrać towar, zapłacić, wyjść, zapomnieć, zjeść, skonsumować, zużyć. Jak tu wszystkiego dużo, jak męcząco. Jakżebym chciał usiąść w kącie i umrzeć. Skręcam raz, drugi, trzeci. Ludzi tu coraz mniej i mniej. Na półkach chyba bardzo niechodliwe towary, ale nie wiem co to jest, nie chcę patrzeć. Alejki są coraz węższe, światła jakby mniej, dźwięków też. Wchodzę w bardzo wąską uliczkę. Na półkach nie ma towarów. Leżą na nich ludzie pogrążeni w promocyjnym śnie. Jest tu ze trzydzieści, czterdzieści osób. Dominuje kilka takich samych, tanich schematów ubioru. Odziani podobnie leżą na tych samych półkach. Raz, dwa... siedmiu mężczyzn w beżowych bojówkach i błękitnych bluzach, około ośmiu kobiet w granatowych kompletach... Przypomina mi to wielki przedział sypialny. Uliczka kończy się ślepo. Tu i ówdzie słychać pochrapywania. Jest trochę wolnych miejsc, mógłbym się położyć, jestem taki zmęczony. Ale nie. Ale nigdy w życiu. To przecież piekło, koniec drogi. Finałowe regały sklepu. Ludzie na sprzedaż. Ludzie towary. Patrzę na ładną twarz śpiącej kobiety. Zapomniała oderwać metkę od spódnicy. Kosztuje trzydzieści pięć złotych po obniżce z czterdziestu dwóch. Jest z bawełny. Wyprodukowano ją w Łodzi. Rozmiar 36. Dotykam jej ręki. Jest miękka i ciepła. Nad kobietą leży facet z obfitymi wąsami. Długi, to znaczy wysoki. Zawracam wózek jak najciszej. Tak jakbym się oddalał od bardzo złego psa, od lwa, tygrysa. Powoli. Powolutku. Krok za krokiem. Po przebyciu stu metrów trafiam na pierwszych zabłąkanych konsumentów. Przechodzę obok pracownika układającego na klęczkach towar na dolnej półce. – Czyżby odprawiał zadaną pokutę – zastanawiam się a na głos mówię: Przepraszam, że przeszkadzam. Którędy do kas? – Facet podnosi się i wyciera rękę w spodnie.
– Tu zaraz w lewo – mówi zasapany - potem w prawo. Dojdzie pan do takiej głównej uliczki a potem prosto. Na górze będzie kierunkowskaz.
Dziękuję bardzo uprzejmie i już zakręcam wypełnionym po brzegi wózkiem. Idzie ciężko jak cholera. Jedno kółko się zatarło i hamuje. Nagle tuż przede mną wyrasta jak spod ziemi albo spada, jak grom z jasnego nieba, wielka niebieska kukła. To czekoladowy królik, ulubieniec dzieci. Stoję i czekam co zrobi. Podskakuje jak rażony prądem. Oglądam się dyskretnie. Ani z przodu ani za mną nie ma nikogo. Podchodzę do niego w złych zamiarach. Staję nieco z boku, kładę rękę na jego klatce piersiowej i popycham z całej siły na górskie szczyty ułożone z przecieru pomidorowego w puszkach. Potężny królik jest dobrze wyważony dzięki dużej powierzchni łap, a raczej skoków. Chwieje się jednak. Jak w zwolnionym tempie rozkłada bezradnie łapy i niczym maszt radiowy w Raszynie wali się powoli do tyłu na czerwoną ścianę. Ułożone luźno puszki zapadają się wciągając królika w głąb. Z góry sypie się deszcz aluminium. Odskakuję na bok. Wypełnione pomidorami walce rozjeżdżają się we wszystkie strony wpadając pod regały. Takiej sceny nie powstydziliby się japońscy spece efektów specjalnych. Podłoga wokoło pokryta jest warstwą puszek. Kilka wpadło mi do wózka. Niebieska godzilla leży na wznak, na usypisku z przetworzonych pomidorów i macha bezradnie łapami. Wyrzucam z wózka przecier. Rozkopując puszki ciężkimi, zimowymi butami, podchodzę do leżącego monstrum, nachylam się nad nim i mówię: Spierdalaj ze swoją zasraną promocją. Mam tego dosyć – cała moja nienawiść skupia się w wystraszonych, ogromnych oczach królika.
- Pochusz mi. - To co słyszę jest jak cichy wrzask. – Błagam pomóż, rozesnip zahe.
– Słucham? – pochylam się nad głową królika.
– Rozepnij zamek. – słyszę błagalny pisk. Królik ma rzeczywiście zamek błyskawiczny wszyty w miejscu ust. Ulegam jego prośbie. Z otworu w króliku wypada na podłogę piłeczka ping-pongowa oklejona taśmą samoprzylepną. Człowiek-królik łapczywie połyka powietrze. Oddycha szybko a gdy wreszcie się trochę uspokaja strzela z ust słowami jak kałasznikow.
- O dzięki dzięki stary. Uwolnij mnie proszę, uwolnij, zdejmij to ze mnie, Boże, szybko, wypuść mnie!
– Co? Od czego mam cię uwolnić? – pytam nieco zdezorientowany.
– Rozepnij ten kostium muszę z niego wyjść, dłużej nie wytrzymam, szybko zdejmij, zdejmij to jest na suwak. Pod szyją. Pod szyją się zaczyna.
- Chciałeś promować to walcz dzielnie do końca, dzieci cię lubią – uśmiecham się bo cała moja nienawiść do tego cholernego bzdurnego świata skupiła się właśnie na tym króliku. – Uspokój się, wszystko będzie dobrze, zaraz cię postawię do pionu i pokicasz jeszcze trochę. Właśnie masz wielbiciela! – obwieszczam widząc małego chłopczyka, który wychylił się spomiędzy regałów. – Klólik, klólik! – krzyczy dzieciak wesoło – Mamo klólik! Za plecami malucha pojawia się mama mocno zdziwiona widokiem krajobrazu jak po bitwie i mnie pośrodku usiłującego dźwignąć do góry monstrualną kukłę. Wszystko psuje królik wrzeszcząc akurat: Ja sram na dzieci! Nienawidzę tego gnojstwa! Pomóż mi ty głupi skurwysynu ja cierpię wypuść mnie!
– Spłoszyłeś klienta - oznajmiam zdyszany gdy królik przyjmuje ludzką postawę. – Mama zabrała dziecko. Nie wiem czy kupią jeszcze waszą czekoladę wiedząc jakie licho siedzi w tych królikach. Obchodzę go dookoła i staję naprzeciw. – Sorry za tą całą agresję. Musiałem się wyładować. Jak nie ty to strzeliłbym w twarz jakąś niewinną hostessę.
- Trzymaj się – rzucam na pożegnanie.
– Stój!!! – wrzeszczy ten ktoś w powłoce królika. – Nie możesz mnie tak zostawić kurwa stary błagam proszę zamknęli mnie w tym skafandrze! Oni są źli o Boże.
– Tak wiem – przerywam mu swoją kpiną – Wszystkiemu są winni oni.
– Uśpili mnie.
– Kto?
– Ludziesfirmy!
– Z „Niebieskiego królika”?
– Nie wiem, nie wiem, byłem na castingu do promocji spajdermena. – pierwszy raz stykam się z człowiekiem, który potrafi mówić tak szybko jak zając biegać. – Zalali mnie trzema warstwami niebieskiego latexu a potem dostałem kawę i obudziłem się tutaj.
– Hahaha – nie mogę się powstrzymać – miałeś być człowiekiem-pająkiem a zostałeś królikiem.
- Mam mrówki w nogach. – mówi. Przestaję się śmiać i pytam z niedowierzaniem: Co znowu? Zdrętwiały ci nogi? Może masz za ciasne łapy.
- Nie, mam mrówki wpuszczone do butów włożyli mi specjalne pojemniki, chcieli żebym skakał cały czas, och te kurwy mnie gryzą. Jestem u kresu sił, rozwiąż mi ten pieprzony kombinezon, o Boże one chyba przeżarły mi stopy i złożyły tam jaja.
- Nie da rady mówię po oględzinach przebrania – Solidna robota, zamek zakończony jest jakąś specjalną nakładką zamykaną na klucz. Ciekawe kto produkuje takie narzędzia tortur.
– O nie – słyszę załamany głos człowieka-królika. – To znowu on!
- Jaki kto? – podnoszę się i rozglądam.
– Sejlsrep. – jęczy królik zbolałym głosem. – No to mam przejebane. Królik ma zapewne na myśli faceta w ciemnym garniturze rozmawiającego z młoda kobietą.
– To ta mamuśka. – informuję królika – Widziała jak Cię podnosiłem a ty akurat wyjechałeś z kwiecistą wiązanką. Najwyraźniej nie spodobało jej się twoje słownictwo.
– Wezwij policję – mówi mój kudłaty towarzysz. Niestety trochę za głośno.
– A po co nam policja? – pyta uśmiechnięty przedstawiciel handlowy „Niebieskiego Królika” lawirując ostrożnie pomiędzy puszkami koncentratu.
– Żeby cię skuć sadysto – głos królika łamie się i przechodzi w głośny płacz.
– Co to ma być? – pytam uśmiechniętego, który coś mi podaje.
- Prezent od firmy – uśmiecha się jeszcze bardziej, jeszcze serdeczniej, jeszcze fajniej. – Nasze Talony. – mówi to z taką satysfakcją jakby mi oznajmiał, że wyleczył mnie z raka. – Za dwieście złotych!
– Za co? – pytam spokojnie zostawiając go z wyciągniętą do mnie ręką.
– Gratis. W ramach promocji. – zachęca mnie falując papierem.
– A królik? – pytam wskazując głową stwora zanoszącego się głośnym szlochem.
– Królik? – odpowiada mi pytaniem handlowiec – To maskotka.
– Mówił, że ubraliście go tak wbrew jego woli.
– Zmyśla.
– Podobno wpuszczacie mu mrówki do butów.
– To już poważna sprawa – mówi opiekun królika – Oskarża naszą firmę o znęcanie się nad zwierzętami.
– Nie tylko – ciągnę dalej uprzejmym tonem. – Słyszałem, że katujecie również ludzi.
– O – dziwi się teatralnie. – W jaki sposób?
– Chodzi o te mrówki. Podobno są jadowite. Gryzą go w nogi.
– Mrówki lubią słodycze – wyjaśnia handlowiec – może za długo stał w miejscu i go oblazły? Nachylam się i szepczę mu do ucha: Czy możemy na chwilę zdjąć mu tylnie łapy i zobaczyć czy nie ma tam tych mrówek? Wygląda na to, że bardzo cierpi. – wskazuję na podskakującego w miejscu królika, który ciągle chlipie pod nosem.
– Obawiam się, że to raczej niemożliwe. Za chwilę będzie losowanie nagrody głównej w naszym konkursie a samych łap się nie da odłączyć. – szepcze handlowiec w odpowiedzi – Musielibyśmy zdjąć cały kombinezon. A to potrwa.
– Długo?
– Tak.
– Czy to bardzo skomplikowane?
– Tak. Ubieranie trwa około dwudziestu minut. A więc trzeba liczyć podwójnie.
- A gdy mu się zachce siusiu? – pytam sejlsrepa. – Może nie zdąrzyć.
– Olaboga. Pomóż mi. – Słychać skowyt królika.
– Ma specjalny zbiorniczek. – odpowiada mi człowiek w przewiewnym i wygodnym garniturze.
– Na kaku też? – pytam.
- Też. Wymieniamy mu co cztery godziny.
– Rozumiem. – kiwam głową.- Mogę tylko jeszcze jedno pytanko?
– Oczywiście – zachęca mnie uprzejmie.
– Nie chcę opóźniać. Nie zdążycie przeze mnie na konkurs.
- Ależ proszę, mamy jeszcze chwilkę.
– Dziękuję panu. – uśmiecham się wdzięcznie. – Mój kuzyn, który jest w liceum chciałby sobie dorobić. Czy dużo taki przebieraniec dostaje?
- Oj, raczej niedużo – odpowiada nieco zafrasowany. – najniższą stawkę.
– Połowę tego co pan?
– Jedną ósmą. Ale praca na stanowisku królika nie wymaga wielkiego wkładu umysłowego.
– Jasne – staram się naśladować radosny uśmiech handlowca – Wiem coś o tym. Ja też pracuję umysłowo. Tak jak pan. – Tą uwagą sprawiam, że brazylijskie słońce rozbłyska na twarzy mojego rozmówcy. – Życzę panu sukcesów w pożyciu zawodowym. – kończę rozmowę sięgając do poręczy wózka.
– Wzajemnie. Wzajemnie. – odwzajemnia się wzajemnie handlowiec. Dobrem odpłacaj za dobro. Tak nam przykazano. – Talony! – przypomina sobie nagle o papierach trzymanych cały czas w ręce. – Nie wziął pan talonów.
– Proszę oddać potrzebującym. Ja nie mogę jeść czekolady. Lekarz zabronił.
– Ale pociecha zje.
– Nie mam. – oddalam się brodząc w puszkach leżących na posadzce. – Dziękuję serdecznie.
– Pa pa ! – macha mi na pożegnanie. Rewanżuję się tym samym i znikam za rogiem. Zostawiam wózek i biegnę szybko alejką do przeciwległego końca regału. Tam wychylam się ostrożnie i widzę jak reprezentant handlowy firmy „Niebieski Królik” podnosi z podłogi ping-pongową piłeczkę i wpycha ją lamentującemu królikowi w usta. Potem wyciąga z kieszeni rolkę srebrnej taśmy, odrywa pasek, zakleja nim usta nieszczęśnikowi i zaciąga suwak w kombinezonie. Wracam wolnym krokiem po wózek...

(...)

Opublikowano

Utrzymać tak długi dialog w napięciu, sprawić by nie był tylko zwykłą paplaniną i śmieszył do łez to umiejętność godna dobrego scenarzysty.

Niestety nie ma zdań które by mnie zwaliły z nóg jak w pierwszej części...zamiast tego kilka krótkich blisko siebie, które nudzą i są zwykłym opisem wykonywanych przez boha czynności, ale powtórzę się: rozmowa z królikiem wielka klasa...szczególnie ten fragment:

- Mam mrówki w nogach. – mówi. Przestaję się śmiać i pytam z niedowierzaniem: Co znowu? Zdrętwiały ci nogi? Może masz za ciasne łapy.
- Nie, mam mrówki wpuszczone do butów włożyli mi specjalne pojemniki, chcieli żebym skakał cały czas, och te kurwy mnie gryzą. Jestem u kresu sił, rozwiąż mi ten pieprzony kombinezon, o Boże one chyba przeżarły mi stopy i złożyły tam jaja.
- Nie da rady mówię po oględzinach przebrania – Solidna robota, zamek zakończony jest jakąś specjalną nakładką zamykaną na klucz. Ciekawe kto produkuje takie narzędzia tortur.

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?
    • @andrew dziękuję serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • podkłada  najlepsze kąski  karmi słowem  obrazami muzyką  wkupia się przymila ale to tylko pozór  chce na własność zawładnąć właściwie nie mną  tylko myśli istnienie    ale  ale jeszcze nie teraz  pewnie uważa mnie za wroga  bo gdybym jej nie znał  ale posmakowałem  i nic  to ją najbardziej boli  myślała że ...    nie trzeba walki  wystarczy nie iść z tłumem  kochać i rozumieć siebie    AI  może tylko ostrzyć apetyt    utrzymuję dystans    6.2026 andrew  Sobota, już weekend   
    • @Poet Ka ... świat kwitnie  nawet gdy ...   i tutaj  szczęścia zaznamy  gdy go kochamy  jak Ci wspaniali  co radość pokazali   gdy ... siebie dajemy  złote ziarna  na ziemi siejemy  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...