Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Michał nie mógł doczekać się weekendu. Siedząc na parapecie, beznamiętnie wpatrywał się w szkolny korytarz i roztaczał fascynujące wizje, w których jawił się cudowny pod każdym względem ogródek działkowy wraz z przyległym domkiem.
- Misiu dlaczego jesteś taki smętny? – Gośka szturchnęła go w ramię.
- Jeszcze trzy dni, trzy dni... – odpowiedział, nie odrywając wzroku od wielkiego portretu dyrektora, który górował nad wizerunkami polskich Noblistów.
- Spoko, zaliczymy tylko klasówkę z matmy i wybywamy.
- Nie rozumiesz, zagrożenie z polskiego, geografii... Już czerwiec, co ja potem...
- Będziesz miał najwyżej poprawkę. Ale zdasz spokojnie. Pomyśl, zbliża się długi weekend, trzy dni pierdzenia w stołki, chlania do nieprzytomności i kąpieli w pięknej, przejrzystej, wiejskiej wodzie...
- Masz rację, ale...
- Cśśś nie ma żadnego ale.
- Ale... – Gośka stłumiła zapał młodzieńca, posyłając mu pocałunek śmierdzący tanimi papierosami monte carlo z mety. Chłopak lotem koszącym zmienił zdanie.

Oprócz Gośki i Michała na wieś wybierało się kilka osób: Weronika, właścicielka domku (posiadała we wsi wiele korzystnych, z punktu widzenia alkoholika, znajomości), Kamil i Wiolka. Wszyscy zebrali się w piątek rano, w umówionym miejscu, przy śmietniku pod blokiem Kamila, który był szczęśliwym posiadaczem poloneza caro.
Podczas podróży naszymi bohaterami rzucało niemiłosiernie. Niemały wpływ na ten fakt miały kocie łby, którymi w większości wybrukowane zostały wiejskie bezdroża. Jednak Kamil jako wytrawny kierowca zachował zimną krew i zdołał dowieźć całą ekipę w prawie (nie licząc kilku krwiaków na nogach i łokciach) nienaruszonym stanie.
Kiedy młodzież wywlokła się z samochodu, nareszcie mogła odetchnąć pełną, choć nieco obolałą piersią.
- To co? Teraz pokażę wam kawałek okolicy, a później wracamy zabalować przy ognisku – zaproponowała Weronika. Kamil nieszczęśliwy ''nosiciel'' choroby lokomocyjnej odpowiedział jej niewyraźnym uśmiechem, gdyż jeszcze przed chwilą wymiotował, klęcząc na trawniku. Reszta cieszyła swoje młode twarze czerwcowym słońcem.

Zbliżała się północ. Półprzytomny Michał sterczał nad ogniskiem z przepalonym kijem i niedbale zaczepioną nań kiełbasą. Promile szumiały mu w głowie niczym najpotężniejszy blizzard, a każdy lot ćmy przypominał świst zatrutych strzał, wysyłanych przez czerwonoskórych w trakcie bitwy. Niestety Kamil nie był w tak dogodnej sytuacji. Każda próba powstania z wilgotnej ziemi oraz ulokowania swoich zgrabnych i wyćwiczonych przez siedmioletnie treningi karate czterech liter kończyła się niezwykle bolesnym lądowaniem na kancie drewnianej ławki. Weronika spojrzała na kolegę z niedowierzaniem, niczym najtroskliwsza matka i rzekła do Michała:
- Słuchaj. Nie jesteś jeszcze aż tak wstawiony... Jutro jak wstanie Kamil to będzie się męczył okrutnie. Choć skoczymy do sąsiadki, dwa domki dalej dokonać zakupu nowej partii alkoholu.
Michał pomału odwrócił głowę do koleżanki. Po kilku sekundach dotarło do niego co powiedziała.
- No dobrze, chodź.
Pani Wieńczysława – sąsiadka to bardzo miła, starsza pani – twierdziła Wera.
Po dwóch minutach marszu znaleźli się przed jej domem. Zastukali przerdzewiałą klamrą z łbem lwa.
- O! Cieńobry dzieci – staruszka przywitała ich z niezwykłą dozą humoru.
- A cieńobry pani Wieńczysławo! My w sprawie... – Weronika próbowała się szybko spoufalić, prawdopodobnie w celu uzyskania choćby drobnego rabatu.
- Wiem dzieci, wy w potrzebie. Ale ja wam pomogie.
- Kochana pani.
- A ile chcecie?
- Dwa literki?
- Spoko jak to we waszej wiosce mówią. Ty Weruś wiesz co? Ty do domu idź, a kawaler zaczeka, ja zaraz przyniosę pakunek i weźmie.
- Ale on trochę wstawiony...
- Da radę! Młody jest.
- Sama nie wiem...
- Zaufaj.
- No dobrze – Weronika uśmiechnęła się w kierunku Michała niczym wrząca woda i po chwili znikła za drzwiami.
- Czekaj no kawaler, zaraz przyniosę...
Jednak nim kobieta zdążyła wrócić, Michał pogrążył się w kamiennym śnie. Za poduszkę służyła mu miska dorodnych ogórków, a jedyną pościelą był noc wdzierająca się przez niedomknięte drzwi.

Przez okna wszedł poranek, zapachniały kwiaty. Michał zbudził się w asyście zapachów doskonałych, nawet Gośki nie byłoby na takie stać. Obok niego leżała roznegliżowana pani Wieńczysława.
- Ach kotku byłeś wspaniały – wycedziła przez fikuśny całus z odległości.
Michał potrafił odnaleźć się w każdej, niemal pogranicznej sytuacji, jednak tutaj zahaczył o punkt o podłożu skandalicznym. Wieńczysława odgarnęła pęk siwych włosów za ucho.
- No jak, nie mów, że ci się nie podobało.
- Ale ja nic... Ja nic nie pamiętam.
- Chcesz? Mogę ci opowiedzieć. Najpierw baraszkowaliśmy w ciemnościach...
- Dość! Nie chcę tego słuchać. To był gwałt!
Nagle drzwi do domu ktoś kopnął, wynosząc przerdzewiałe śruby z zaryglowanego na maksimum zamka. W progu stanęła Gośka, Weronika i patrzący metafizycznie Kamil.
- Ty, ty... – Gośka załkała, zamotała się w słowach, których jej w efekcie zabrakło i rzuciła się w wir łez.
- Ty, ty... – Kamil zmrużył oczy – Stary podziwiam cię.
- Ale to nie tak... – Michał próbował ratować sytuację, z perspektywy neutralnego obserwatora jednoznaczną.
Pani Wieńczysława wrzuciła coś na ruszt drewnianej fajki i po chwili cały pokój zalał nieskazitelny zapach japońskiego tytoniu, pakowanego w suwalskiej fabryce ‘’Ziemia obiecana’’. Michał w końcu zwlókł się z łóżka i w celu odnalezienia swoich majtek zajrzał pod stół. Nie miał siły na dalsze ekspedycje. Czuł się nieswojo, a w dodatku jego delikatną skórę drażnił dym fajki.
- Wychodzę – powiedział zbulwersowany.
- Ty pierdolony sercołamaczu, ja ci pokażę! – krzyknęła Gośka, po czym rzuciła się na wykończonego nocnymi igraszkami chłopaka. Michał zalał się krwią, rażony jej potężnymi, sztucznymi, zakładanymi w znanym salonie kosmetycznym paznokciami, w odcieniu czekoladowy brąz.
Zraniona (ale tylko w przenośni) dziewczyna wybiegła na dwór. Zaraz po niej próg domu przekroczył zraniony cieleśnie, a w dodatku nagi i lśniący jak dwa miecze Michał.
Chłopak nie miał już siły. Stanął na wschodniej rubieży podwórka i wpatrywał się w oddalającą kaczym krokiem Gośkę. Spostrzegł również, że z domu pani Wieńczysławy powoli wytaczają swoje zwaliste cielska jego pozostali przyjaciele.
- To na razie – mruknęła tylko Weronika.
- Do zoba... – odburknął Michał i w tym samym czasie poczuł nieposkromioną chęć na odbycie drzemki. Nie chcąc wracać do domu Wieńczysławy, zajrzał do psiej budy, na której wisiała karteczka z napisem ‘’wakat’’. Było tam w miarę schludnie, buda spełniała minimalne wymogi sanitarne, sprytnie wyłożona sianem prezentowała się niezwykle solidnie.
Nie miał dobrego letargu. Śnił mu się poprzedni właściciel lokalu – pies Burek, a zaraz po nim cały stosunek z panią Wieńczysławą. Kiedy wstał postanowił zmazać z siebie cały brud nocy. Udał się nad jezioro, gdzie zażył tak upragnionej kąpieli.
Kiedy wrócił podziękować za gościnę (w trakcie spaceru powrotnego, zrozumiał, że jest dobrze wychowanym człowiekiem) coś go tknęło. Odwrócił się. Na jego ramieniu uwiesiła się Wieńczysława. Michałowi po plecach przeszły przyjazne dreszcze. W kobiece, która mogłaby być jego prababcią ujrzał osobę dojrzałą, a w połączeniu z sennymi wspomnieniami, mogącą spełnić jego najskrytsze zachcianki.
Zostali parą. Michał rzucił szkołę i zamieszkał z nową ukochaną. Wieńczysława codziennie przynosiła mu śniadanie do łóżka, ciepłą herbatkę i równie ciepłą gazetę wyborczą (wprawdzie niesiona przez całą wieś ze sklepu, robiła się zimna, lecz później grzana na piecu sprawiała dość świeże wrażenie). Byli szczęśliwi. Wieczorami chadzali na długi, letnie spacery, czule objęci (tutaj niekiedy przeszkadzał, dający coraz bardziej znać o sobie reumatyzm Wieńczysławy, jednak Michał zachowywał stoicki spokój).
- Wiesz co Misiek. Heńka pochowałam, Witka już też, Cześka również no i ostatnio Adolfa... Może weźmiem ślub?
- Wieńczysiu – Michał spojrzał głęboko w Wieńczysławowe oczy, niczym klient na słup ogłoszeniowy z ofertą last minute – Jestem zaszczycony, lecz niezwykle zszokowany, ubiegłaś mnie o te kilka chwil, te parę ulotnych sekund i kilka szumów pobliskich trzcin...
- Ach pięknie mówisz, ale przechodź do rzeczy.
- Balansować pomiędzy wierszami w twojej obecności to we mnie rzecz tak zakorzeniona jak niegdyś marihuana w stu dwudziestu donicach mojego brata.
- Co to jest...
- Cśśś. Wieńczysławo Mścisławo Dojsko-Pieńkowska czy wyjdziesz za mnie? Wiem, iż twoi rodzice od ładnych pięćdziesięciu lat leżą na pobliskim cmentarzu, więc ich już nie poproszę o twoją rękę, jesteś dorosła, więc proszę ciebie... Zadecyduj.
- Misiu, co się głupio pytasz. Ale spiszemy intercyzę majątkową na wypadek twojej śmierci co?
- Oczywiście, wszyscy przemijamy, zdaję sobie z tego sprawę kochanie.
- Ale najpierw... – Wieńczysława próbowała, użyć łodygi kwiatu jako nici dentystycznej – noc przedślubna.
To było czyste szaleństwo. Zakochani prawie nie wychodzili z łóżka przez dwa miesiące. A jeżeli już to tylko po warzywa do ogródka czy za stodołę w potrzebie natury fizjologicznej. Dając księdzu na zapowiedzi Michał dostrzegł w jego oku dziwny błysk, błysk, który wydał mu się nad wyraz stereotypowy.

Pięknego, rozkosznego, malowanego niczym słoneczko na murze zakładu karnego dnia kościół został wypełniony po brzegi ludźmi. Przy ołtarzu stał miejscowy kapłan ks. Heniek, wyczekując z niecierpliwością na parę młodą. Pierwszy do świątyni wszedł Michał. Od razu jego uwagę przykuły dość nietypowe pary. Cały kościół był wypełniony kobietami w przedziale wiekowym ok. 80-100 wraz z małżonkami (tutaj różnica wieku balansowała na granicy ok.18-25). Chłopak przystanął na chwilę i podrapał się po głowie. Huragan myśli pustoszył jego ogoloną na pałę i w efekcie przyozdobioną licznymi bliznami po kijach baseballowych mózgownicę. Po krótkim zawahaniu ruszył ponownie i stanął przed księdzem. Po kilku minutach zjawiła się Wieńczysława, wprowadzana pod rękę przez miejscowego samozwańczego hrabiego, właściciela sklepu monopolowego pana Izydora Kordiana Chlorowodorowego.
Po całej ceremonii zakochani zjawili się w domu. Wieńczysława była dość dziwną kobietą. W centralnym punkcie dużego pokoju jej dwudziestowiecznej posesji stało akwarium z piraniami, sprowadzonymi specjalnie z Afryki, a w sypialni terrarium z spasionym ptasznikiem.
Sielanka trwała w najlepsze. ‘’Młodzi’’ śmiali się, płakali (głownie podczas wizyt na autorskich odczytach książek harlequin), ale byli razem. Pewnego dnia Michał, okryty kuchennym fartuchem, w poszukiwaniu wałka do placków, udał się na strych. Widok jaki tam zastał, przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Na podłodze walały się zdjęcia, kąpiących z piraniami poprzednich mężów Wieńczysławy. Ich przerażone twarzy mówiły wszystko – byli daniem głównym rybek.
Michał gasł w oczach. Z dnia na dzień przestał kochać Wieńczysławę. Z początku tego nie okazywał, jednak gdy nadszedł termin wizyty babć z miejscowego kółka różańcowego, nie wytrzymał. Uwijał się pomiędzy stołami jak młoda sarna po dziewiczych lasach Wigierskiego Parku Narodowego, przykuwając wzrok posuniętych wiekowo kobiet.
Pewnej nocy, kiedy spał sam, gdyż wcześniej doszło do małżeńskiej sprzeczki, nawiedził go przerażający koszmar. Śniło mu się, że na strychu domu jest wielki basen, a on kąpał się w nim i kąpał... Po chwili obudził się z ręką w nocniku – dosłownie. Z dłonią zabetonowaną w pokaźnym piętnastolitrowym naczyniu siedział na dnie akwarium pełnego najdorodniejszych piranii.
Następnego dnia Wieńczysława tak jak każdego poranka zażywała kąpieli. Zamiast wody, wannę jak zawsze wypełniło dwieście litrów feromonów. Po kilku godzinach była gotowa. Do domku obok przyjechała kolejna młoda ekipa. Około południa jej męska część przyszła kupić trochę bimbru.

Opublikowano

Hehe, Jay Ty to jesteś szalony:D Zapytałabym Cie o Twoje fantazje erotyczne,ale to chyba nie jest odpowiednie miejsce:P(Nie utożsamiam Cie z Twoimi bohaterami rzecz jasna,tak mi sie jakoś skojarzyło:P)W każdym razie fajnie sie czytało,lubie Twoją lekkość pisania.Pozdrawiam ciepło

Opublikowano

Chłopak lotem koszącym zmienił zdanie.- ?
właścicielka domku Weronika - przestaw szyk i dodaj przecinek
wpływ miały na tę sytuację kocie łby - nie sytuację, lecz fakt
zabalować przy ognisku? – zaproponowała Weronika. - skoro zaproponowała, to ? zędny
nosiciel choroby lokomocyjnej - to nie jest choroba zakaźna, więc nie można mówić o nosicielstwie - no, chyba, że dasz cudzysłów.
Michał sterczał nad ogniskiem z przepalonym kijem - przydałoby się zmienić szyk (z tego zdania możan by sądzić, że to ognisko miałao przepalony kij)
- No dobrze, choć. - chodź
uśmiechnęła się jak wrząca woda w kierunku Michała - szyk!
po krótkim momencie - masło maślane - czy moment może być długi ?
Całość - jak zwykle bardzo pomysłowa, pełna fejerwerków dobrego humoru.

Opublikowano

"- Ty, ty... – Kamil zmrużył oczy – Stary podziwiam cię"
To mój ulubiony fragment. Taki naprawde męski:D.
Doszukałam się jakiegoś błędu w interpunkcji: "posiadała we wsi wiele korzystnych, z punktu widzenia alkoholika znajomości" - po alkoholika postawiłabym przecinek (jako że to wtrącenie).
Śmieszne i zaskakujące. A ten fragment jest fantastyczny:D

buzi.

Opublikowano

taaa jak spuźnieni kochankowie W. Whortona tylko, że w wersji wiejskiej
lekkie pióro w połączeniu z dozą sarkazmu daje naprawdę niezły efekt końcowy i jeszcze ta tajemniczość (moment w kościele, no i oczywiście końcówka) odemnie duży plus

nisko się kłaniam i pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...