Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

opowieści z jajami - 02. wypady, wpadki i wypadki


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

* * *

Przepiękne, roztańczone dziewczę zupełnie bez powodu odgasiło na mnie fajkę. Ale to było później.
Telefon komórkowy ma to do siebie, że rozbrzęcza się na dobre właśnie wtedy, gdy zaczynasz myśleć o jego powtórnym ładowaniu. Zazwyczaj jesteś wtedy kilkanaście kilometrów od własnego domu, w którym zbawienny gadżet śpi spokojnie na półeczce, a ty zastanawiasz się, jakie licho kieruje wszystkie połączenia akurat do ciebie. Potem plujesz sobie w brodę, że nie podążasz z duchem czasu i od czterech lat nie wymieniłeś aparatu. Wszyscy twoi znajomi mają te same niezawodne nokie albo wypasione soniaki, i po prostu pożyczają sobie ładowarki.
Ja właśnie siedziałem u kumpla, który należał do właścicieli popularnego modelu nokii i mimo najszczerszych chęci oraz wieloletniej znajomości nijak nie mógł mi pomóc. Bo mnie się zachciało komórki wyjątkowej, zahibernowanego jurajskiego artefaktu — alcatela AD–1945 (nazwę nadałem mu sam, bo wyglądał jakby właśnie przeszedł wojnę). Czułem się jak Tarzan ze złamaną maczugą w centrum Tokio. Z maczugą co chwilę pikającą monofonicznie na najwyższych tonach. Z maczugą, do której bateria litowo-jonowa wydawała się poronionym pomysłem pisarzy science–fiction.
Mój serdeczny kumpel wyrozumiale patrzył na mnie, jak tępym wzrokiem usiłowałem zaklinać komórkę. A bo dzwoni ojciec, że mam go rano zawieźć do urzędu. A bo matka, że ojciec czegoś chciał, czegoś związanego z urzędem. Albo koleżanka, że ma darmowy bilet na jakiegoś podstarzałego komika. I tak w kółko.
Gdy wydawało się, że cegła lada moment zdechnie, zadzwonił Paweł — jedyna osoba, którą pragnąłem usłyszeć. Jedyna osoba, która naprawdę miała mi coś do powiedzenia.
— No! Ej, i co? Będzie coś? — zapytałem elokwentnie.
— Jadymy, Zenuś, jadymy, że hej! — odparł równie elegancko Paweł.
Żeby było jasne. Nie nazywam się Zenon. To takie żarty między kolegami.
Do rzeczy. Skoro tylko Pawełek oznajmił, że nasz planowany wypad ma wszelkie możliwości praktycznej realizacji, ja i Grześ (ten wyrozumiały przyjaciel od nokii) wybyliśmy pospiesznie z Grzesiowej chaty. Osiągnąwszy Grzesiowy przystanek autobusowy, postanowiliśmy poczekać na środek transportu. Ściemniało się, ale nam przed oczami jaśniał wspaniały cel. Klub studencki!
Tutaj należy się słowo wyjaśnienia. Wyskoczyć na tańce mogłem wprawdzie sam, ale to nie byłoby to samo. Jeśli szło się w miasto, w tany, w dym — to szło się we trzech. Ufnie i po muszkietersku.
Nie inaczej było tamtego wieczoru. Jesień przybierała na sile, ale nie narzekaliśmy. Dzieliło nas tylko kilka przystanków od akademickiego Olimpu, czyli klubu z szyldem Eldorado. Pozostawały nam minuty od łakomych spojrzeń boginek tańca, od ciężkich garnców bursztynowego trunku, od słodkich dźwięków didżejskiej harfy. Podniebną wędrówkę po szczytach Hellady przerwał chropowaty głos dżentelmena o znoszonej twarzy.
— Pszaszam ży si ta pszkadzam, le mi brakło wicie n-no na mu-muskojeba bo mnie rano stej no izby wicie wy-wykopali i bymse tak no no...
Grześ, jako wybitny spec od języków wszystkich narodów, popisał się brawurową ripostą.
— Sorę mesju a le my nie le poloń. Ich nicht gawarisz. Pardą.
— A to pszaszam syrdyczni. Co złeto nieja.
I wszystko potoczyłoby się dalej pomyślnie, gdyby nie ów zacny jegomość, który ni z tego, ni z owego postanowił podzielić się z nami treścią żołądkową. O ile Grześ mógł dziękować Czuwającemu, tak ja oberwałem rykoszetem. Jak to często bywa w iście filmowych sytuacjach, akurat podjechał autobus. Patrząc z narastającym obrzydzeniem na zhańbioną nogawkę, rozmyślałem o możliwościach zabójstwa. Grześ, nie patyczkując się, zaciągnął mnie do ikarusa. Gwarantował mi wiele okazji na odpłacenie się menelowi.
— Luz, stary. Ledwie widać. Zaraz ci dam chusteczkę.
— Dupa — skwitowałem stanowczo.
— Aj, tam. Bez przesady.
— Wielka, tłusta, blada dupa!
Jednakże nie było czasu zawracać. Zdeterminowani do spędzenia wyluzowanego wieczoru, postanowiliśmy zapomnieć o sprawie. Ja wziąłem chusteczkę i doprowadziłem nogawkę do stanu umiarkowanej używalności. Odetchnąłem z ulgą, gdy wysiadaliśmy na docelowym przystanku.

* * *

Jak okiem sięgnąć, było zupełnie bezpawłowo. Mieliśmy jeszcze chwilę do umówionego czasu połączenia sił, więc postanowiliśmy podumać przed wejściem do klubu. Rogale nie chciały zniknąć z naszych ust.
Po czterdziestu minutach przestępowania z nogi na nogę, a co najmniej kwadransie tłumienia niepochlenych opinii na temat spóźnialstwa, zdecydowaliśmy się wejść do środka sami. Mieliśmy poczekać wewnątrz, z piwem i zajętym stolikiem. Dokładnie trzydzieści sekund później z powrotem wyszliśmy na dwór. Ówczesną minę Grzesia oceniałem jako kwaśną.
— Nie mogę po prostu uwierzyć, że jej nie wziąłeś. No, nie mogę! Myślałeś, że cię wpuszczą bez legitymacji?
Po raz enty poprosiłem kumpla o wyrozumiałość dla studenckiej pamięci. Zaproponowałem przechadzkę na stację, żeby umilić czas oczekiwania na spóźnialskiego.
— A co jak przyjdzie, a nas nie będzie? — filozofował Grzegorz.
— Eee... — odrzekłem po stoicku. — Zadzwoni najwyżej... O kurde!...
— Noo?
— Pewnie dzwonił do mnie, że się spóźni, a mnie wtedy siadła komórka — stwierdziłem sięgając do kieszeni po aparat. Ciemny jak noc wyświetlacz potwierdził moje obawy.
— Eee... — Grzegorz tym razem przyjął postawę racjonalisty. — Jakby się do ciebie nie dodzwonił, to napisałby do mnie, czy coś.
Wzruszając ramionami skierowaliśmy się w stronę BP. Podjęliśmy dyskusję o amplitudzie cenowej napojów alkoholowych oraz o wyższości piwa 5,6% nad wszelkimi strongami. Dokonawszy rozsądnego zakupu, przystanęliśmy w zacienionym miejscu. Znajdowało się w połowie drogi między stacją a Eldorado. Mogliśmy tam godnie spożywać browary, jednocześnie kontrolując wejście do klubu. Po chwili wszczęliśmy dość głośny dialog, dotykający tematów niewysokich. Czas mijał, drugi lech upływał, a my przymarzaliśmy do ziemi. Należało podjąć stanowczą decyzję. I to teraz. Teraz albo nigdy. Albo zaraz. Tak, 'zaraz' zdawało się najwygodniejsze. Plan był następujący. Jeszcze po jednym i wchodzimy. Krótka bajera do bramkarzy (ewentualnie dyszka) i szczyt Olimpu będzie nasz! Poczuliśmy moc, zupełnie jakby Dionizos stał za naszymi plecami i szeptał do ucha, jakie kroki mamy poczynić.
Trzecie zrobiliśmy w kwadrans, co dało nam w sumie półtorej godziny przed klubem. Czas najwyższy. W środku poszło jak po maśle. Stanęło na dwóch dyszkach i wysłuchaniu kilku pogardliwych uwag, ale cóż to znaczyło wobec obrazu, który ukazał się nam przed oczami...
Powiem tak: zaiste eldorado.
Wchodziłem w tłum usatysfakcjonowany, że wreszcie zaczynało się nam układać. Kątem oka zauważyłem, jak Grześ wyjmuje z kieszeni świecący telefon i udaje się z nim do toalety.
Zamówiłem przy barze dwa żywce. Cudem znalazł się mały stolik, który czym prędzej zarezerwowałem tyłkiem. Didżej zdążył przeforsować kilka piosenek, a Grzesiek dalej nie wracał. Nie wracał przez następne cztery techniawki, więc wreszcie musiałem sprawdzić, co takiego odciągnęło kumpla od spełnienia marzenia. Jakaś dziewczyna zgodziła się potrzymać przez pięć minut miejsce. Zacząłem przedzierać się przez rozochocony rytmem tłum. Było duszno. Ktoś dźgnął mnie łokciem w plecy. Bez żadnego sorry. I to migające, epileptyczne światło. Coś mi zaczęło mówić, że już nie jest tak fajnie. Potem jedna mocno nakręcona panna zachwiała się w obłąkańczym tańcu. Leciała wprost na mnie. Złapałem ją w ostatniej chwili. Cicho zakląłem. Nagle poczułem pieczenie na szyi. To ona. Gdy obejmowała mnie za kark, żeby złapać równowagę, wciąż trzymała w dłoni papierosa. Tym razem zakląłem głośno. Przeklęta, śliczna idiotka. Nienawidzę tańczących palaczy. Jakiś fagas uczepił się mojej bluzy. Marudził coś o trawie. Kazałem mu spieprzać. Byłem już pewny, że jednak w raju w ogóle nie jest fajnie.
Po jakimś czasie dotarłem do wc.

* * *

Stał nad umywalką. Podwinięte rękawy, rozpięta koszula. Cały zasmarkany i we łzach. Mógłbym uznać, że załatwił się w spodnie, ale światło nie było najlepsze.
Tak bardzo mnie przeraził, aż ugięły się pode mną kolana. Zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrze widzę.
— Grzesiek?...
Nawet nie spojrzał. Groteskowo wyszczerzył zęby. Potem splunął do zlewu i załkał cicho.
— Żeby tu, kurwa, był jakiś morał.

* * *

To matka Pawła dzwoniła do Grześka.
Pawła zabił samochód. Pod domem, kiedy wybiegał na autobus do klubu. Na jezdni, parę chwil przed końcem, powtarzał uparcie Tylko powiedz chłopakom, że tam to się dopiero wybawimy. Że już jadę.
Przytulałem Grześka najmocniej jak potrafiłem. Siedzieliśmy na podłodze, oparci o ścianę. Spojrzałem na nogawkę. Plama pozostała. Miała się tam zadomowić na długo.
Zapikało. Telefon.
Mój.
SMS.
dobra, juz jestem. poczekam na was w srodku. zajme stolik. nara.

Opublikowano

Część pierwsza, gdy w planach setki odcinków, zawsze jest przekłamana! Uważaj na przyszłość! :)

A tak w ogóle to dziękuję. Tak, trzeba dbać o kolegów, nie wiadomo, kiedy się przydadzą... Pozdrawiam. // 51

Opublikowano

pięknie; wspaniały sposób narracji, nie rozbawiło mnie zakończenie, raczej zaskoczyło, nie wiem czy w tym wypadku mile... chociaż jestem skłonnyć powiedzieć, że tak - mam tu na myśli płaczącego Grześka, jednak było w tym coś bardzo niezwykłego, ukazełeś chwilę, której prawdopodobnie nie zobaczy już nikt, różnie postępują ludzie w takich sytuacjach. dobra robota, ale mieszasz - zdaję się zabawnie,a na koniec bomba; ale i tak jest świetnie. pozdr.

Opublikowano

Jay, dzięki za przeczytanie. Zależało mi na Twojej reakcji.

Ja też sądzę, że końcówka wcale nie jest śmieszna. Jak już na pewno zauważyłeś, mój narrator miewa kaprysy. Stwierdziłem poza tym, że emocje są najsilniejsze, gdy wystepują w skrajnym kontraście. To pewien rodzaj nagrody dla mnie, jeśli potrafiłem Cię końcówką zaskoczyć i wiarygodnie wytrącić z budowanego wcześniej nastroju. Dzięki!

Pozdrawiam. // 51

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  U Ciebie nie ma rutyny . Są emocje, ciarki, gęsto, gejzer emocji. I refleksja ... Pozdrawiam ciepło.
    • @hollow man   Dla mnie jest to niezła lekcja o kosztach, jakie płacimy za próbę całkowitego opanowania świata. Niszcząc naturalne bariery (brzegi rzek) zamiast wolności - zamykamy się w sztucznym, wyreżyserowanym świecie. To metafora świata, w którym wszystko stało się płynne i pozbawione fundamentów. Żyjemy w kłamstwie tak głęboko, że tylko śmierć, jest w stanie nas z niego wytrącić i pozwolić nam dostrzec "błyski prawdy". "Błyski" - to słowo sugeruje, że prawda nie jest już stałym światłem. Bardzo intrygujący wiersz. :)
    • Tajemnicą jest życie bez tajemnic.
    • jej mąż ma ciało które nie uznaje granic nie kończy się w jednym miejscu rozlewa się po domu jak coś co nie zostało dobrze zakręcone jak awaria która nauczyła się chodzić wchodzi w kątyo na szybie zostawia po sobie ślady ciepła zapach potu i coś co przypomina wczoraj śpi ciężko z otwartymi ustami jakby łapał powietrze z innego życia jakby coś z niego wychodziło zamiast powietrza chrapie w rytmie który nie pasuje do niczego jak rozregulowana betoniarkia która mieli resztki ich wspólnych nocy chrapie w kilku językach naraz jak maszyna która próbuje przypomnieć sobie po co została zbudowana materac przyjmuje jego ciężar jak wyrok bez odwołania jakby ktoś próbował z niego wycisnąć ostatnie lata gwarancji rano podnosi się powoli najpierw bebech potem barki potem reszta jakby składał się z części które nie chcą współpracować szoruje bezwstydnie paznokciami po skórze jakby zdzierał tynk z nieopłaconego mieszkania drapie się pod koszulką która przykleiła się do niego jak druga skóra po przejściach jego skóra jest jak stary paragon wyblakły nieczytelny dowód zakupu człowieka, który dawno przestał działać i dlaczego nie podlega zwrotowi drapie się po brzuchu jak po bębnie w który los uderza co rano żeby sprawdzić czy w środku jest jeszcze jakiś dźwięk czy tylko echo pustych kalorii ona udaje że śpi bo zna kolejność zdarzeń wstrzymuje oddech tak długo że krew w skroniach zaczyna tętnić: uciekaj, uciekaj ale jej nogi są z ołowiu jakby on już dawno je sobie pożyczył wie że zaraz padnie to pierwsze westchnięcie ciężkie wilgotne jak ręcznik zostawiony w łazience na kilka dni które wejdzie jej pod żebra i zostanie tam jak niechciany lokator idzie do kuchni stopy stawia całym ciężarem jakby sprawdzał czy podłoga jeszcze go znosi otwiera lodówkę światło robi z niego dowód rzeczowy stoi przed nią długo z ręką w spodniach z głową w świetle jak eksponat w muzeum rzeczy zepsutych z twarzą która nie zdecydowała się jeszcze być człowiekiem jego ciało to magazyn w którym ktoś chaotycznie upchnął zapasowe lata a on próbuje je teraz przełknąć razem z zimną parówką z biedronki je bez apetytu ale dokładnie miażdży materię jakby jego zęby były ostatnią sprawną niszczarką w tym domu ostatnią instytucją która jeszcze działa mieli wszystko: chleb ciszę i resztki nadziei na to że jutro będzie lżejszy on jest jak żywa usterka w instalacji świata przez którą wycieka Bóg w dresach z wypchanymi kolanami jedyny namacalny dowód na to że nicość ma jednak kogoś na etacie liże palce powoli bez skrępowania a ona patrzy na to i czuje coś między litością a zażenowaniem jej ciało próbuje się zmniejszyć zrobić miejsce dla jego istnienia kiedy mówi że coś naprawi powietrze w domu robi się twardsze on nie naprawia on wchodzi w rzeczy całym sobą siłuje się z kluczem francuskim jak z obcą cywilizacją poci się natychmiast pot wychodzi z niego jak decyzja podjęta bez konsultacji jak wyciek danych którego nie da się zatrzymać wygląda jak rzeźba pod tytułem błąd w sztuce mokry pomnik ku czci wszystkich mężczyzn którzy zginęli przy próbie wymiany uszczelki w kranie sapie zaklnie urwie zaleje stoi potem w tej wodzie mokry do pasa zadowolony przez chwilę jak dziecko które rozwaliło zabawkę żeby zobaczyć co jest w środku ona odwraca wzrok ale słyszy każde jego chrząknięcie każdy dźwięk który mówi że to jeszcze trwa siada na kanapie z ikei i nie siedzi - on się wydarza ona wtedy zaciska dłonie na szklance żeby sprawdzić czy jeszcze ma granice czy  też już pachnie tą zimną parówką jak on jest jak czarna dziura domowego użytku która wciąga światło z okien i resztki jej cierpliwości mieli je w sobie na gęstą ciemną materię telefon trzyma przy twarzy ale nie patrzy tylko przewija jakby szukał wyjścia z własnej skóry ona siedzi obok i czuje jego ciepło które nie pyta o zgodę które przechodzi przez ubrania przez skórę dochodzi do niej i zostaje w nocy wstaje idzie do lodówki światło oblepia go od przodu jakby go przesłuchiwało stoi drapie się je prosto z opakowania jakby był tylko przejściem ona patrzy na niego z łóżka i nie wie czy to jeszcze człowiek czy już tylko potrzeba która przyjęła jego kształt jej mąż pachnie snem potem i czymś niedokończonym kiedy ją dotyka robi to ostrożnie jakby bał się że zostawi ślad kocha ją cicho bez słów jest jak Bóg który przespał własną rewolucję i teraz jedyne co może zrobić to zajmować miejsce trzymać ściany żeby nie uciekły przed jego chrapaniem które skleja noc jak klej do rzeczy dawno rozbitych ona czasem myśli że gdyby go nagle wyciąć z tego powietrza dom zapadłby się do środka jak pusta puszka bo on wrósł w progi jak krew w żyły stał się jedynym zbrojeniem które jeszcze trzyma ten syf w pionie jest jak cały świat na fundamencie spocony i głośny potwór o pustym spojrzeniu bez którego ściany dostałyby mdłości trzyma ten bajzel przy ziemi samym swoim byciem to jest jego jedyna ewangelia: pot, parówka i nic wybrakowany mesjasz od cieknących kranów który nie zbawi świata ale przynajmniej nie pozwala mu odlecieć w próżnię          
    • @hania kluseczka   Bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi doświadczeniami. Wiem, o czym piszesz i dobrze Cię rozumiem.  Też spotykałam, co prawda bardzo rzadko, wyjątkowe dzieci, ale system ich nie zauważa. I rzeczywiście, mają szczęście, gdy trafią na mądrych ludzi. Ale najważniejsi są rodzice/rodzic - to ich mądra miłość może zdziałać najwięcej. Gratuluję, że tak mądrze przeprowadziłaś swoje dziecko przez ten czas dzieciństwa i młodości. Gratuluję również tak uzdolnionego syna.  W moim opowiadaniu występuje ktoś z mojej rodziny, ale Nika nie jest moim dzieckiem.  Pozdrawiam serdecznie. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...