Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mężczyzna nie należał do ludzi szczególnie wrażliwych czy romantycznych. Przez wiele lat był rybakiem. Twarz ciosana wiatrem, rumiane policzki, tępy wyraz twarzy, nikotynowy oddech, rzadkie włosy zaczesywane do tyłu. Niedawno skończył pięćdziesiątą dziewiątą wiosnę i przeszedł na emeryturę. Najmował się ciągle do łowienia, żeby mieć jakieś zajęcie. Któregoś razu powrócił z połowu do domu i zaczął płakać.
-Czego? – zapytała żona, która słynęła z niewyparzonego języka.
Mężczyzna nie reagował. Wyszedł na balkon i tam kontynuował wylewanie łez. Robił to na tyle głośno, że sąsiadka mieszkająca poniżej zainteresowała się i przyszła, niby za pożyczką.
-A co się twojemu stało? – zapytała.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-A ja wiem? Beczy.
-Taki chłop? – zdziwiła się sąsiadka.
-To co, jak chłop, to nie możesz sobie zapłakać? Widocznie ma powód. A pani co do tego?
-Cukru przyszłam pożyczyć.
-W sklepie jest. U mnie na pożyczki nie ma.
-Może mu co ukradli?
-A co mieliby niby?
-Nie wiem, łódkę?
-Jaką łódkę? Dawno na złomie.
-To już nie łowi? Może ma depresję?
-Jaką depresję, za dużo czyta pani gazet. Mój mąż w życiu się niczym nie przejmował, zawsze wszystko na spokojnie.
-Widzi pani, przyszła kryska na Matyska. Całe życie na spokojnie, a na starość zwariował.
Kobieta odprowadziła sąsiadkę do drzwi.
-Zaraz zwariował, niech lepiej pani swojego pijanicy pilnuje, wczoraj znów na klatce się awanturował.
Mężczyzna uspokoił się po kilku godzinach. Wrócił do pokoju, otworzył nową paczkę Albatrosów i palił.
-No mów wreszcie? Stało się coś?
Sucha, pomarszczona twarz rybaka pozostała bez wyrazu, kiedy wypowiadał pierwsze tego popołudnia słowa.
-Zakochałem się…
Kobieta zaczęła się śmiać. Skrzekliwy rechot uniósł się nad blok, był tak głośny, że jego odgłos poleciał w górę i dotarł aż do morza. Stado mew poderwało się słysząc ten dziwny, nieznany dźwięk.
-Stary wariat, jak Boga kocham wariat. Zakochał się. Rano wyszedł, normalny a wrócił zakochany.
Mężczyzna nic sobie nie robił z drwin żony. Patrzył nieobecnym wzrokiem w okno.
-Nie mogę bez niej żyć…
-Nie może bez niej żyć, Jezusie nazareński, co teraz będzie? Powiedz lepiej, żeś się z kumplami opił, myślisz, że nie wiem, że chodzicie do portu na kurwy? Co, tak ci dogodziła? Ile żeś jej zapłacił? Ty stary dziadu, ty capie jeden, ja ci ją z głowy wybiję.
-Kocham ją – powtórzył mężczyzna i znów zaczął płakać.
Kobieta przestała się śmiać. Jeszcze nigdy nie widziała męża w takim stanie. Postanowiła zadzwonić do córki.
-Słuchaj z ojcem jest nie dobrze – powiedziała do słuchawki tak żeby jej nie słyszał.
-Co? Co się stało? Zawał? Jakiś wypadek?
-Nie wiem. Płacze.
-Płacze?
-Przecież on…nigdy, on nigdy nie płakał. Może wpadnę co?
-Zajdź do apteki.
-Ale co mam powiedzieć, że co mu jest?
-Weź coś na uspokojenie, jakieś zioła czy coś.
-Zaraz będę.

Mężczyzna nie chciał ziół. Pogłaskał córkę po głowie i z czułością pocałował ją w czoło.
-Żebyś ty wiedziała jak ja ją kocham.
-Ale kogo? Nie możesz powiedzieć?
-Prosiła mnie.
-Od nas z miasteczka?
Mężczyzna pokręcił głową.
-No powiedz, ojciec, przyjezdna?
-Nie wiem.
-Nie wiesz czy przyjezdna?
-Nie wiem. Ona…
-No…
-Ja ją złowiłem.
-Złowiłeś? – matka z córką zadały to samo pytanie jednocześnie.
-Łowiliśmy flądrę…nagle tarpnęło siecią, myślałem, że to coś dużego, wciągnąłem ją do łódki…
-Co?
-Nie wiem.
-Dziewczyna?
-To było dziesięć kilometrów od brzegu. To nie mogła być dziewczyna. Ona wyglądała jak…
-Matka Boska?
-Jak syrena. Od dołu miała łuskę.
Kobieta wymieniła z córką porozumiewawcze uśmiechy.
-Patrzyła na mnie i tak jakby chciała coś powiedzieć. Z jej ust wydobywał się dźwięk, furkotała jak ptak…
-Wszyscy byli pijani? – kobieta nie miała wątpliwości.
-Nie mogłem oderwać od niej oczu. Dotknęła mojego policzka, potem mnie pocałowała…
-Oj stary, stary, idź jutro do lekarza, wstydu nie masz, takie głupoty.
-Miała takie duże, błękitne oczy, cały czas je teraz widzę i słyszę ten głos…jakby mnie wzywała…
-Połóż się, poleż, wytrzeźwiejesz…
Mężczyzna machnął ręką i wyszedł na balkon. Po chwili znów słychać było jego donośny szloch.
-Trzeba zadzwonić po karetkę. To nie są żarty.
Kiedy po kwadransie do mieszkania przyszedł lekarz, kobieta wskazała na balkon. Lekarz wrócił po chwili i zasiadając w fotelu, westchnął.
-To jakieś żarty? Wie pani, że za fałszywe wezwanie karetki można pójść do więzienia?
Kobieta wybiegła na balkon. Po chwili to samo uczyniła córka. Wróciły obie blade i przerażone. Mówiły jedna, przez drugą. Lekarz uspokoił je.
-Chwileczkę, co się stało, po kolei. Jaka syrena, kto się zakochał, no i w ogóle o co chodzi.
Kiedy kobieta opowiedziała co się wydarzyło, lekarz wstał, uścisnął jej dłoń i powiedział.
-W takim razie moje kondolencje.
Kobieta spojrzała na córkę. Niemal rzuciła się na lekarza, który zmierzał do wyjścia.
-Co to znaczy? Jak to kondolencje…
-Proszę pani. Ja jestem lekarzem trzydzieści lat. Jeśli składam pani kondolencje, to znaczy, że składam. Żegnam.
-Ale… – próbowała coś powiedzieć córka.
-Nie ma żadnych ale. Niestety. Z syrenami nie ma żartów.
-Pan sobie z nas żartuje? – kobieta była bliska płaczu.
-Nie śmiałbym…
-Chce pan powiedzieć, że on nie wróci?
-Teraz pani raczy żartować. One nikomu nie pozwalają wrócić.
Lekarz zerknął w stronę morza.
-Pan twierdzi, że syreny istnieją naprawdę?
-Czy istnieją?
Śmiech doktora słychać było na całej klatce.
-To jakiś wariat – stwierdziła kobieta.

Przed wieczorem obie ruszyły na poszukiwania. Zeszły wiele kilometrów plaży, w powrotnej drodze wstąpiły do wszystkich mniej lub bardziej podejrzanych lokali. Były wyczerpane. Postanowiły zawiadomić policję.
Posterunkowy zasiorbał znad chińskiej zupki.
-Nicz mu nie będzie. Wróczi.
-Proszę pana, mąż nigdy nie wychodził na noc.
Policjant wzruszył ramionami. Kobiety zaczynały go najwyraźniej denerwować. Odłożył łyżkę i spojrzał na nie groźnie.
-Bardzo mi przykro nic nie mogę zrobić, ponieważ nie minął jeszcze ustawowy czas, po którym moglibyśmy rozpocząć działania mające na celu ustalenie miejsca pobytu poszukiwanego.
-Ale to wyjątkowy przypadek – krzyknęła córka.
-Owszem, robimy wyjątki, gdy chodzi o małe dziecko, w tym przypadku mamy do czynienia z mężczyzną dorosłym, czyż nie? – policjant sięgnął po łyżkę.
-Mąż złowił syrenę…- kobieta zawiesiła głos bojąc się, że zostanie wyśmiana. Policjant zaczął gwałtownie kasłać. Kiedy wreszcie zdołał złapać oddech powiedział.
-No cóż. W takich przypadkach policja jest bezradna.
-Bezradna? To pan też…
-Co znaczy ja też?
-Pan też wierzy w syreny?
-Czy ja wierzę? – policjant zadumał się. – Bardzo mi przykro, ale nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Jestem na służbie, a wiara jest moją prywatną sprawą. To tak jakbym się pani zapytał czy wierzy pani w Boga?
Kobiety wyszły z posterunku całkowicie zrezygnowane. Kiedy wchodziły do mieszkania z usłyszały dziwne odgłosy. Skradły się pod drzwi sypialni. Kobieta uchyliła je po woli. Teraz wszystko było już jasne. Spod kołdry wystawały dwie nogi i wielki rybi ogon.

Opublikowano

i to był po nim = było

A ja wiem. Beczy. = sugeruję pytajnik po wiem

Przecież on…nigdy, on nigdy nie płakał. Może wpadnę co? = trochę się gubię, to matka do córki chce wpaść?

przyjezdna= a może prze?

Ale to wyjątkowy przypadek – krzyknęła córka = skoro krzyknęła to !
........

ojej, Piotr, takie fajne opowiadanie a Ty je tak kończysz!?
czytało się dobrze, czasem tylko rób odstępy np po dialogach (linijka wystarczy) ale liczyłam na coś innego na koniec... ale ja ostatnio w ogóle liczę na niewiadomoco :) zadowoliłoby mnie to opowiadanie bez ostatniego zdania, naprawdę! sprowadzasz nim całość do... no nie wiem jak to określić, w każdym razie do oczywistości, a po co?

Opublikowano

Wiesz, Piotrze, własnie zbliżam się ku końcowi "Taty" Whartona i po wyznaniu twego bohatera, że jest zakochany skojarzyłem jakoś z tamtą postacią, a właściwie jego drugim, wyimaginowanym życiem. Dobrze pomyślana opowieść.
Zgadzam się z Natalią, że niepotrzebnie ostatnim akapitem sprowadziłeś wszystko "na ziemię", może lepiej nie dopowiedzieć do końca?
Nie podoba mi się, że zaczynasz zdanie (dwukrotnie zresztą) od "mężczyzna" - to takie jakieś uogólnienie. Nazwij jakoś tego człowieka- czy ja wiem- jakieś imię, nazwisko, czy- powiedzmy Stary człowiek (a może). Od razu będzie wiadomo z kim mamy do czynienia.

Opublikowano

Czytało się w miarę dobrze, choć momentami opornie. Co do zakończenia – przecież to jeszcze nic nie wiadomo. A kto powiedział że tam jest Syrena? Może facet woli po prostu wielkie ryby. Świntuch jeden. Mnie zakończenie w pewien sposób się podoba. Przecież od początku wszystko wiadomo – tytuł o czymś świadczy, potem rybak, który łowi coś, a wiadomo co zazwyczaj łowią rybacy w opowieściach, jest zakochany w kimś, od razu nasuwa mi się syrena. Facet znika – podążając prawdopodobnie za pięknym syrenim śpiewem. Idąc tym tropem powinien już na wieki zniknąć, a Ty kończysz sceną nożno-ogonową, która w żaden sposób nie da się przewidzieć. I o to chodzi. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?
    • @andrew dziękuję serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • podkłada  najlepsze kąski  karmi słowem  obrazami muzyką  wkupia się przymila ale to tylko pozór  chce na własność zawładnąć właściwie nie mną  tylko myśli istnienie    ale  ale jeszcze nie teraz  pewnie uważa mnie za wroga  bo gdybym jej nie znał  ale posmakowałem  i nic  to ją najbardziej boli  myślała że ...    nie trzeba walki  wystarczy nie iść z tłumem  kochać i rozumieć siebie    AI  może tylko ostrzyć apetyt    utrzymuję dystans    6.2026 andrew  Sobota, już weekend   
    • @Poet Ka ... świat kwitnie  nawet gdy ...   i tutaj  szczęścia zaznamy  gdy go kochamy  jak Ci wspaniali  co radość pokazali   gdy ... siebie dajemy  złote ziarna  na ziemi siejemy  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...