Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mężczyzna nie należał do ludzi szczególnie wrażliwych czy romantycznych. Przez wiele lat był rybakiem. Twarz ciosana wiatrem, rumiane policzki, tępy wyraz twarzy, nikotynowy oddech, rzadkie włosy zaczesywane do tyłu. Niedawno skończył pięćdziesiątą dziewiątą wiosnę i przeszedł na emeryturę. Najmował się ciągle do łowienia, żeby mieć jakieś zajęcie. Któregoś razu powrócił z połowu do domu i zaczął płakać.
-Czego? – zapytała żona, która słynęła z niewyparzonego języka.
Mężczyzna nie reagował. Wyszedł na balkon i tam kontynuował wylewanie łez. Robił to na tyle głośno, że sąsiadka mieszkająca poniżej zainteresowała się i przyszła, niby za pożyczką.
-A co się twojemu stało? – zapytała.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-A ja wiem? Beczy.
-Taki chłop? – zdziwiła się sąsiadka.
-To co, jak chłop, to nie możesz sobie zapłakać? Widocznie ma powód. A pani co do tego?
-Cukru przyszłam pożyczyć.
-W sklepie jest. U mnie na pożyczki nie ma.
-Może mu co ukradli?
-A co mieliby niby?
-Nie wiem, łódkę?
-Jaką łódkę? Dawno na złomie.
-To już nie łowi? Może ma depresję?
-Jaką depresję, za dużo czyta pani gazet. Mój mąż w życiu się niczym nie przejmował, zawsze wszystko na spokojnie.
-Widzi pani, przyszła kryska na Matyska. Całe życie na spokojnie, a na starość zwariował.
Kobieta odprowadziła sąsiadkę do drzwi.
-Zaraz zwariował, niech lepiej pani swojego pijanicy pilnuje, wczoraj znów na klatce się awanturował.
Mężczyzna uspokoił się po kilku godzinach. Wrócił do pokoju, otworzył nową paczkę Albatrosów i palił.
-No mów wreszcie? Stało się coś?
Sucha, pomarszczona twarz rybaka pozostała bez wyrazu, kiedy wypowiadał pierwsze tego popołudnia słowa.
-Zakochałem się…
Kobieta zaczęła się śmiać. Skrzekliwy rechot uniósł się nad blok, był tak głośny, że jego odgłos poleciał w górę i dotarł aż do morza. Stado mew poderwało się słysząc ten dziwny, nieznany dźwięk.
-Stary wariat, jak Boga kocham wariat. Zakochał się. Rano wyszedł, normalny a wrócił zakochany.
Mężczyzna nic sobie nie robił z drwin żony. Patrzył nieobecnym wzrokiem w okno.
-Nie mogę bez niej żyć…
-Nie może bez niej żyć, Jezusie nazareński, co teraz będzie? Powiedz lepiej, żeś się z kumplami opił, myślisz, że nie wiem, że chodzicie do portu na kurwy? Co, tak ci dogodziła? Ile żeś jej zapłacił? Ty stary dziadu, ty capie jeden, ja ci ją z głowy wybiję.
-Kocham ją – powtórzył mężczyzna i znów zaczął płakać.
Kobieta przestała się śmiać. Jeszcze nigdy nie widziała męża w takim stanie. Postanowiła zadzwonić do córki.
-Słuchaj z ojcem jest nie dobrze – powiedziała do słuchawki tak żeby jej nie słyszał.
-Co? Co się stało? Zawał? Jakiś wypadek?
-Nie wiem. Płacze.
-Płacze?
-Przecież on…nigdy, on nigdy nie płakał. Może wpadnę co?
-Zajdź do apteki.
-Ale co mam powiedzieć, że co mu jest?
-Weź coś na uspokojenie, jakieś zioła czy coś.
-Zaraz będę.

Mężczyzna nie chciał ziół. Pogłaskał córkę po głowie i z czułością pocałował ją w czoło.
-Żebyś ty wiedziała jak ja ją kocham.
-Ale kogo? Nie możesz powiedzieć?
-Prosiła mnie.
-Od nas z miasteczka?
Mężczyzna pokręcił głową.
-No powiedz, ojciec, przyjezdna?
-Nie wiem.
-Nie wiesz czy przyjezdna?
-Nie wiem. Ona…
-No…
-Ja ją złowiłem.
-Złowiłeś? – matka z córką zadały to samo pytanie jednocześnie.
-Łowiliśmy flądrę…nagle tarpnęło siecią, myślałem, że to coś dużego, wciągnąłem ją do łódki…
-Co?
-Nie wiem.
-Dziewczyna?
-To było dziesięć kilometrów od brzegu. To nie mogła być dziewczyna. Ona wyglądała jak…
-Matka Boska?
-Jak syrena. Od dołu miała łuskę.
Kobieta wymieniła z córką porozumiewawcze uśmiechy.
-Patrzyła na mnie i tak jakby chciała coś powiedzieć. Z jej ust wydobywał się dźwięk, furkotała jak ptak…
-Wszyscy byli pijani? – kobieta nie miała wątpliwości.
-Nie mogłem oderwać od niej oczu. Dotknęła mojego policzka, potem mnie pocałowała…
-Oj stary, stary, idź jutro do lekarza, wstydu nie masz, takie głupoty.
-Miała takie duże, błękitne oczy, cały czas je teraz widzę i słyszę ten głos…jakby mnie wzywała…
-Połóż się, poleż, wytrzeźwiejesz…
Mężczyzna machnął ręką i wyszedł na balkon. Po chwili znów słychać było jego donośny szloch.
-Trzeba zadzwonić po karetkę. To nie są żarty.
Kiedy po kwadransie do mieszkania przyszedł lekarz, kobieta wskazała na balkon. Lekarz wrócił po chwili i zasiadając w fotelu, westchnął.
-To jakieś żarty? Wie pani, że za fałszywe wezwanie karetki można pójść do więzienia?
Kobieta wybiegła na balkon. Po chwili to samo uczyniła córka. Wróciły obie blade i przerażone. Mówiły jedna, przez drugą. Lekarz uspokoił je.
-Chwileczkę, co się stało, po kolei. Jaka syrena, kto się zakochał, no i w ogóle o co chodzi.
Kiedy kobieta opowiedziała co się wydarzyło, lekarz wstał, uścisnął jej dłoń i powiedział.
-W takim razie moje kondolencje.
Kobieta spojrzała na córkę. Niemal rzuciła się na lekarza, który zmierzał do wyjścia.
-Co to znaczy? Jak to kondolencje…
-Proszę pani. Ja jestem lekarzem trzydzieści lat. Jeśli składam pani kondolencje, to znaczy, że składam. Żegnam.
-Ale… – próbowała coś powiedzieć córka.
-Nie ma żadnych ale. Niestety. Z syrenami nie ma żartów.
-Pan sobie z nas żartuje? – kobieta była bliska płaczu.
-Nie śmiałbym…
-Chce pan powiedzieć, że on nie wróci?
-Teraz pani raczy żartować. One nikomu nie pozwalają wrócić.
Lekarz zerknął w stronę morza.
-Pan twierdzi, że syreny istnieją naprawdę?
-Czy istnieją?
Śmiech doktora słychać było na całej klatce.
-To jakiś wariat – stwierdziła kobieta.

Przed wieczorem obie ruszyły na poszukiwania. Zeszły wiele kilometrów plaży, w powrotnej drodze wstąpiły do wszystkich mniej lub bardziej podejrzanych lokali. Były wyczerpane. Postanowiły zawiadomić policję.
Posterunkowy zasiorbał znad chińskiej zupki.
-Nicz mu nie będzie. Wróczi.
-Proszę pana, mąż nigdy nie wychodził na noc.
Policjant wzruszył ramionami. Kobiety zaczynały go najwyraźniej denerwować. Odłożył łyżkę i spojrzał na nie groźnie.
-Bardzo mi przykro nic nie mogę zrobić, ponieważ nie minął jeszcze ustawowy czas, po którym moglibyśmy rozpocząć działania mające na celu ustalenie miejsca pobytu poszukiwanego.
-Ale to wyjątkowy przypadek – krzyknęła córka.
-Owszem, robimy wyjątki, gdy chodzi o małe dziecko, w tym przypadku mamy do czynienia z mężczyzną dorosłym, czyż nie? – policjant sięgnął po łyżkę.
-Mąż złowił syrenę…- kobieta zawiesiła głos bojąc się, że zostanie wyśmiana. Policjant zaczął gwałtownie kasłać. Kiedy wreszcie zdołał złapać oddech powiedział.
-No cóż. W takich przypadkach policja jest bezradna.
-Bezradna? To pan też…
-Co znaczy ja też?
-Pan też wierzy w syreny?
-Czy ja wierzę? – policjant zadumał się. – Bardzo mi przykro, ale nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Jestem na służbie, a wiara jest moją prywatną sprawą. To tak jakbym się pani zapytał czy wierzy pani w Boga?
Kobiety wyszły z posterunku całkowicie zrezygnowane. Kiedy wchodziły do mieszkania z usłyszały dziwne odgłosy. Skradły się pod drzwi sypialni. Kobieta uchyliła je po woli. Teraz wszystko było już jasne. Spod kołdry wystawały dwie nogi i wielki rybi ogon.

Opublikowano

i to był po nim = było

A ja wiem. Beczy. = sugeruję pytajnik po wiem

Przecież on…nigdy, on nigdy nie płakał. Może wpadnę co? = trochę się gubię, to matka do córki chce wpaść?

przyjezdna= a może prze?

Ale to wyjątkowy przypadek – krzyknęła córka = skoro krzyknęła to !
........

ojej, Piotr, takie fajne opowiadanie a Ty je tak kończysz!?
czytało się dobrze, czasem tylko rób odstępy np po dialogach (linijka wystarczy) ale liczyłam na coś innego na koniec... ale ja ostatnio w ogóle liczę na niewiadomoco :) zadowoliłoby mnie to opowiadanie bez ostatniego zdania, naprawdę! sprowadzasz nim całość do... no nie wiem jak to określić, w każdym razie do oczywistości, a po co?

Opublikowano

Wiesz, Piotrze, własnie zbliżam się ku końcowi "Taty" Whartona i po wyznaniu twego bohatera, że jest zakochany skojarzyłem jakoś z tamtą postacią, a właściwie jego drugim, wyimaginowanym życiem. Dobrze pomyślana opowieść.
Zgadzam się z Natalią, że niepotrzebnie ostatnim akapitem sprowadziłeś wszystko "na ziemię", może lepiej nie dopowiedzieć do końca?
Nie podoba mi się, że zaczynasz zdanie (dwukrotnie zresztą) od "mężczyzna" - to takie jakieś uogólnienie. Nazwij jakoś tego człowieka- czy ja wiem- jakieś imię, nazwisko, czy- powiedzmy Stary człowiek (a może). Od razu będzie wiadomo z kim mamy do czynienia.

Opublikowano

Czytało się w miarę dobrze, choć momentami opornie. Co do zakończenia – przecież to jeszcze nic nie wiadomo. A kto powiedział że tam jest Syrena? Może facet woli po prostu wielkie ryby. Świntuch jeden. Mnie zakończenie w pewien sposób się podoba. Przecież od początku wszystko wiadomo – tytuł o czymś świadczy, potem rybak, który łowi coś, a wiadomo co zazwyczaj łowią rybacy w opowieściach, jest zakochany w kimś, od razu nasuwa mi się syrena. Facet znika – podążając prawdopodobnie za pięknym syrenim śpiewem. Idąc tym tropem powinien już na wieki zniknąć, a Ty kończysz sceną nożno-ogonową, która w żaden sposób nie da się przewidzieć. I o to chodzi. Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...