Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Misiek zacisnął usta, a jego czoło pokryły dwie głębokie, pionowe bruzdy.
- Wycofaj się z tego, dobrze ci radzę – przekonywał mnie, gdy opowiedziałam mu o rozmowie z Kleczkowskim – Wyczuwam tu jakiś podstęp.
W myślach przyznawałam mu całkowitą rację.
- Nie mam zielonego pojęcia, co robić... – rozłożyłam bezradnie ręce. Zaczęłam krążyć po kuchni. Wreszcie, powstrzymując tę błędną, podszytą strachem dreptaninę, oparłam dłonie o parapet, pozostając w chwilowym bezruchu – cholernie dziwna sprawa – dodałam obserwując życie tętniące za oknem. Dwie otyłe kobiety siedziały na ławeczce przy placu zabaw i żywo o czymś dyskutowały. Wychudzony pies z nosem prawie przyklejonym do ziemi zbliżył się do kosza na śmieci. Podniósł łapę i zaznaczył swoje terytorium. Kobieta z wózkiem pokręciła głową z dezaprobatą i spoglądając z niepokojem na zwierzę zaczęła przywoływać dziecko bawiące się w piaskownicy – minęło przecież czternaście lat – odwróciłam się w stronę Michała, zostawiając cały ten kram za oknem.
- Właśnie. Dlatego wolałbym, żebyś nie jechała. Nie wiem... wymyśl coś – namawiał mnie do zmiany decyzji.
- Heh – mruknęłam z powątpiewaniem – myślisz, że to coś da? Wątpię – byłam pewna, że ludzie zaangażowani w tę sprawę, tak łatwo nie zrezygnują.
- Sam już nie wiem. Rób, jak chcesz – Michał był wyraźnie zawiedziony – chyba, że... – w jego głosie pojawiła się nadzieja - ...pojedziemy razem? – pytanie zawisło w przestrzeni. Czułam się w obowiązku natychmiast zerwać ten ciężki owoc, pod którym uginała się gałąź oczekiwania.
- Bardzo chętnie, jeśli ci to nie sprawi kłopotu.
Odetchnął głęboko, uwalniając płuca z nadmiaru powietrza.
- Kłopotu? – zdziwił się – absolutnie. O której jesteście umówieni?
- O czternastej.
- Świetnie. Wystarczy więc, jeśli wyruszymy w południe. Będę punkt dwunasta. – oznajmił. Jego twarz promieniała. Nie mogłam się nadziwić, że tak szybko potrafi zmieniać nastrój. Wstał i zaczął zbierać się do wyjścia.
- Będę już leciał. Mam jeszcze trochę zaległej roboty. Do zobaczenia jutro – podszedł bardzo blisko i nachylił się, ja jednak gwałtownie się odsunęłam. Nie musiałam nic mówić. Zrozumiał. Podał mi tylko rękę, uśmiechnął się smutno i wyszedł.
Zatrzasnęłam zasuwę i wróciłam do kuchni. Ogarnęłam całość wzrokiem i trochę zmarkotniałam. Na stole i w zlewie panował nieopisany bałagan. Podłoga wręcz kleiła się od brudu. „Nie ma rady – najpierw zmywanko” – pomyślałam, wrzucając gary pod wodę. Kończyłam myć podłogę, kiedy wróciła mama. Opowiedziałam jej w skrócie o nieoczekiwanej wizycie Michała. Wspomniałam też o jutrzejszym wyjeździe, zatajając jednak cel naszej podróży. Nie chciałam jej martwić. Zapytałam tylko, czy mama zgodzi się zaopiekować w tym czasie dziewczynami. Z ochotą przystała na moją prośbę, myśląc zapewne, że wybieram się na dłuższą randkę. Wiedziałam, że życzy mi jak najlepiej.

*

Do biura detektywa dojechaliśmy przed czternastą. Firma mieściła się w trzypiętrowej, masywnej, lecz trochę zaniedbanej kamienicy. Domofon był uszkodzony, o czym uprzejmie zawiadamiała karteczka umieszczona w szklanej gablocie.
Weszliśmy na górę. Michał wdusił przycisk dzwonka wyzierającego ze środka ozdobnej, drewnianej obudowy. Usłyszeliśmy przeciągły dźwięk, a raczej świst imitujący ptasi świergot. Zza drzwi dobiegł szelest, zaraz potem szczęk odsuwanej zasuwy. W drzwiach ujrzeliśmy drobną kobietę w bliżej nieokreślonym wieku.
- Tak? – obrzuciła nas pytającym spojrzeniem.
- Dzień dobry. Magdalena Wrzesień – przedstawiłam się, przybierając uprzejmy ton – ja do pana Kleczkowskiego. Byliśmy umówieni.
- Ach, tak. Witam panią – spojrzała wymownie na Michała.
- Ten pan jest ze mną – wyjaśniłam pośpiesznie.
- Rozumiem – uśmiechnęła się – proszę wejść.
Znaleźliśmy się w dość obszernym, wyłożonym mahoniową boazerią przedpokoju. Spełniał on również rolę poczekalni – bezpośrednio pod drzwiami gabinetu ustawiono kilka krzeseł i mały, okrągły stolik, na którym piętrzył się stosik równiutko poukładanych, kolorowych magazynów.
- Proszę, niech państwo usiądą – wskazała miejsca przy stoliku. Złożyła wypielęgnowane dłonie – pan Kleczkowski jest już w drodze. Czy napiją się państwo czegoś?
- Poproszę kawę – miałam nadzieję, że kofeina postawi mnie na nogi. Nie czułam się najlepiej.
- Dla mnie herbatka – odezwał się Michał – koniecznie z mleczkiem – zaakcentował.
Sekretarka zniknęła za drzwiami. Michał sięgnął po jedno z czasopism i zatopił się w lekturze. Założyłam nogę na nogę i kiwając rytmicznie stopą, rozejrzałam się wokoło. Zaczęłam badać strukturę boazeryjnych listew, zastanawiając się, kim tak naprawdę jest detektyw Kleczkowski i co wiąże go ze sprawą mojego ojca. Szczęk filiżanek wyrwał mnie z tego stanu. Wciągnęłam aromat świeżo zaparzonej kawy. Michał odłożył gazetę i zatopił dwie czubate łyżeczki cukru na dnie delikatnego naczynka, wypełnionego gorącym napojem. Energicznie zamieszał. Lubiłam to charakterystyczne dzwonienie, podświadomie kojarząc je z jakimiś bardzo przyjemnymi przeżyciami. Misiek spojrzał na zegarek.
- Piętnaście po drugiej – uniósł brwi – mam nadzieję, że się wyrobi.
Odwróciłam się i zaczęłam studiować tabliczkę wiszącą na drzwiach.


BIURO DETEKTYWISTYCZNE
Kleczkowski&Wittoch
GODZINY PRZYJĘĆ
Od 10” do 20”
NIEDZIELE – NIECZYNNE

- Sugerujesz, że możemy tu tkwić do dwudziestej? – przeraziłam się.
- Nie, niee – energicznie zaprzeczył - odnoszę wrażenie, że to poważny gość – rozejrzał się wymownie – ma porządne biuro.
- Phi – parsknęłam – trzepie kasę ze zleceń, więc na brak forsy nie narzeka. Tego typu usługi są bardzo drogie.
- Fakt – Michał przyznał mi rację.
- No – kiwnęłam głową – wiem coś na ten temat, bo sama pracowałam kiedyś w takim biurze.
Misiek zakrztusił się herbatą. Wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
- Co? – zapytałam z miną niewiniątka.
- Eee... zaskoczyłaś mnie – wymamrotał, wgapiając się we mnie, jak sroka w gnat – długo tam pracowałaś?
- Prawie dwa lata – trochę minęłam się z prawdą, nie miałam jednak zamiaru rozwijać tego tematu – fajnie było, ale się skończyło. Nie ma o czym gadać – machnęłam lekceważąco ręką.
W gabinecie zabrzęczał dzwonek telefonu. Stukot obcasów dobiegający zza ściany, przeniósł się do drugiego pomieszczenia. Próbowałam wsłuchać się w rozmowę. Bezskutecznie. Zniecierpliwiona już miałam zaproponować Michałowi krótki spacer po mieście, kiedy z trzaskiem otwarły się drzwi gabinetu. Blada, jak kreda sekretarka wtoczyła się do przedpokoju. Bezwładne ciało runęło na podłogę.
- Jasna cholera! – zaklął Michał i zaczął energicznie cucić kobietę.
- Zadzwonię po karetkę – wystukałam numer pogotowia.
Kobieta powoli odzyskiwała przytomność. Kiedy jednak powiodła wzrokiem po naszych twarzach, jakaś straszna rzecz, którą zapewne usłyszała niedawno, dotarła do jej świadomości. Wyszeptała z trudem łapiąc oddech:
- P...pan Kleczkowski nie żyje. Jego samochód wyleciał w powietrze.

Opublikowano

Pani jeździ po kartce, niczym komwboj! Mam jednakowoż pretensje, że nie za bardzo wytyka Pani błędy innym. Mając tak profesjonalny warsztat - to wręcz grzech. Chwali Pani niemalże wszystko co przeczyta. Dlaczego?

Prowadzenie tekstu,i dialogi - wspaniałe! Pozdrawiam

Opublikowano

Jedyne co mi się nasuwa: 'Jezuuu..świetnie noooo:)))'
Ciekawie, naturalnie prowadzisz akcję, intrygujesz, zaskakujesz, potęgujesz napięcie - będę monotematyczna ale znowu powiem - wciąga.

A tak na marginesie:
Wiedziaam, że życzy mi jak najlepiej.

Opublikowano

No cóż, panie Don Cornellos - jeśli znajdę jakiś błąd ortograficzny to zwracam uwagę, natomiast w innych kwestiach jestem raczej ostrożna. Przyznam szczerze, że czytam teksty zamieszczone na tym forum również w celach edukacyjnych. Jest taka mnogość stylów, że naprawdę można wyłowić wiele interesujących rzeczy dla siebie.
Bardzo dziękuję za odwiedziny w moich skromnych progach i pozytywny komentarz. Wydaje mi się jednak, że mój koń chyba jeszcze trochę wierzga ;-). Kłaniam się :-)/B.

Veggo - strasznie się cieszę, że dalej intryguje :-))). Stokrotne dzięki za znalezienie literówki (a to skubana, przemknęła cichaczem ;-)). Pozdrawiam ciągle jeszcze słoneczną jesienią/B.

Opublikowano

"Wydaje mi się jednak, że mój koń chyba jeszcze trochę wierzga" - Tak mówi prawdziwy artysta!

Mówi Pani, że dziękuje za wejście w jej skromne progi. Nie dość tego, jest tu jeszcze po to by się uczyć. Dlaczego inni nie mają tyle pokory? Szczerze przyznam, że niektóre odpowiedzi autorów tekstów na moje komentarze przyprawiają mnie do szału. Za nic w świecie nie chcą przyznać się do oczywistych błędów. (Właśnie przed chwilą jedna z autorek doprowadziła mnie do takiego szału)
Jak ktoś może zostać pisarzem, skoro nie ma w nim minimalnych pokładów szczerości i uczciwości?
Ja przepraszam, że się tutaj wyżalam, bardzo przepraszam, ale podejrzewam, że Pani mnie rozumie. - No dobra, już idę. Dobranoc :)

Opublikowano

Don Cornellos - ja też czasem mam ochotę się wyżalić. To całkiem naturalne. Pozdrawiam raz jeszcze/B.

Jay Jay-u - pomyślę nad tą wyliczanką. To taki opis, jakby mała odskocznia od rzeczy dziejących się w środku. Może nie do końca wyszło tak jak być powinno.
Cieszę się, że zaskoczyłam, bo to chyba Twoja specjalność, co Mistrzu? Okręcasz czytelników wokół własnej osi i znienacka częstujesz takimi kąskami, że palce lizać :-)))

Opublikowano

Chciałbym dorzucić tu kilka swoich słów. Poza tym że tekst jest bardzo dobry, to dzięki że nie kończy się okropnym i ckliwym machaniem rączki i całusami. Strasznie mnie to drażni.
A tu proszę. niespodzianka ; )
Nasuwa mi się tylko jedno pytanie – co będzie dalej.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Jeszcze raz Wita Don Cornellos. Pani Basiu kiedy przeczytała Pani mój tekst, napisała w komentarzu, że udało mi się zakręcić - tyle, że ja nie rozumiem - co Pani miała na myśli, czy to samo co inni komentatorzy? - Co ja mam przez to rozumieć? - Że jest do kitu. Bo w sumie nie chodziło mi tylko o to, żeby zakręcić tak czytelnikiem - by nic z tego nie zrozumiał?
Nie wiem, czy zbytnio nie narzucam się ze swoją prośbą - ale prosiłbym o szczerą odpowiedź.
Jeśli mogłaby Pani poświęcić mi jeszcze trochę czasu analizując tekst - byłbym bardzo wdzięczny. Chcę znać prawdę, czy tekst mam przerabiać całkowicie, czy tylko wyrzucić pewne fragmenty - a jeśli , to które?
Pozdrawiam serdecznie

  • 3 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...