Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'wyznanie' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 7 wyników

  1. Siedziałem w jego gabinecie jak uczniak przyłapany na zapleczu szkolnego boiska na paleniu papierosów. Byłem zesztywniały i spięty. Nogi i stopy miałem ściśle złączone. W łydkach czułem ból napięcia ścięgien. ręcę trzymałem blisko tułowia a dłonie oparłem na drżących kolanach. Dłonie były lodowate a zarazem spocone. Nie drżały jednak. Były bladoniebieskie. Jak u trupa, wyciągniętego z chłodni prosektoryjnej. Usta podobnie. Były nieruchome. Bo nie miały ochoty na tą rozmowę. Oczy wbiłem w punkt na ścianie. Jakiś jego dyplom z zamieszłych czasów postudenckich. W tym byłem dobry. Budziłem się z uczuciem porażki. Tego, że nie udało się odejść w spokoju. W namiastce snu, który zastępował odpoczynek. A potem ze łzami ledwo siadałem w nogach łóżka i wbijałem wzrok w ścianę bądź okno. Widziałem jedynie biel ściany lub na zmianę błękit bądź szarość nieba. Moja świadomość pojmowała tylko te trzy kolory. No i jeszcze czerń jaką była choroba mojego umysłu. Samotność jest szara, krew rubinowa, nawet śmierć w swej antycznej postaci wydaje się mieć jaśniejszy odcień płaszcza. A mój umysł to rdzeń reaktora mroku. Już dawno uległ awarii. Jeszcze nie wybuchł ale jest uszkodzony na tyle, by wylewały się z niego całe tony nieprzejrzystej mazi. Trującej zdrowe komórki, napromieniowanej izotopami, które mnie rozpuszczają i trawią od środka. I nie da się tego zatrzymać, cofnąć. Usunąć skutków awarii. Można jedynie wyłączyć reaktor. Zabić rdzeń. Uciszyć na dobre życiową reakcję. Reakcję łańcuchową. Bo jestem więźniem skutym łańcuchami. Palą mnie ich ogniwa. A składają się przecież ze wspomnień. Dni i lat straconych na wieki. Człowiek jest na tyle rozwiniętą istotą, że czuję kiedy zbliża się koniec. Mój nadchodził. Pytał mnie dziś o tak wiele spraw. A jakie to ma znaczenie? Pytał czy myślę o tym. Ja niczego innego nie pragnę. Czy chciałbym wyzdrowieć? Nie. Chcę tylko umrzeć. Chce się poddać na własnych zasadach. Złożyć broń i dać się rozstrzelać. Przegrałem i nic tego nie zmieni. Czuję się jak ostatni, ukrywający się w dżungli partyzant. Mam świadomość klęski ale ukrywam się nie po to by oddalić od siebie tą myśl a po to by nie zdradzić samego siebie. Ale pierścień pościgu się zawęża. Pewnego dnia świat mnie znajdzie i zaprowadzi pod mur albo na szafot. Dlatego staram się nie być sobą. Mam swoje światy i osobowości. Tak wiele urojonych fantazji, które zastępują mi rzeczywistość. Przekupiłem go dziś kolejnym kłamstwem, byle tylko nie wylądować w izolatce. On się gubi. W moich zeznaniach, wspomnieniach, symptomach i objawach. Czasami mówi, że sam dostaję przy mnie psychozy. Śmieję się z tego, ale najchętniej bym go zabił, bo jakąś część mnie uważa to za najlepsze wyjście. Lepsze od leków i terapii. Bo jeśli coś mi pomaga to nienawiść do ludzi. I litry znieczulenia w alkoholu. Wtedy moje myśli są twórcze. Pijane z radości. Jakie jest największe kłamstwo jakie mógłbyś mi dziś powiedzieć, zapytał. Przysięgam, że nie mam przy sobie broni. Poczym sięgnąłem powoli za pasek od spodni. Wyciągnąłem pistolet i zanim zdążył wezwać pomoc lub wyrwać mi broń strzeliłem sobie w skroń. Padając martwym na jego biurko. Dla mnie wojna dobiegła końca.
  2. ROZMOWA O POEZJI Dzwonił kolega z uczelni starej, Że mnie wspomina, że... i tak dalej. Prosił o wierszyk w bieszczadzkich rymach, Najlepiej taki o połoninach. No to mu odpowiedziałem: Żeby mnie miało pozbawić wzroku, Żeby mnie nędza dopadła w kroku. Żeby mi miało pokrzywić gębę, Do mgieł i górek wzdychał nie będę!
  3. Karano mnie ciszą. Więc nie licz na to, że usłyszysz z moich ust choć jedno słowo, które mogłoby mnie zdradzić i odrzeć z tajemnic wnętrza. Karano mnie odosobnieniem. Dlatego nie spotkasz mnie za dnia, na gwarnych ulicach i placach. Wpajano mi agresję jako jedyny obraz relacji. Dlatego rany budzą we mnie szyderczy śmiech a krew z nich tryskająca, budzi we mnie zwierzęcy afekt. Być drapieżnikiem w zagrodzie owieczek. Nie tym z natury porywczym i morderczym. A zimnym i analitycznym. Mógłbym zabić ich natychmiast, lecz w tym tkwi cała zabawa by przywdziać ich skórę. Udawać partnera, przyjaciela. Być tą bielutką a nie czarną owcą. Zdobyć zaufanie stada. Przedstawić siebie jako biedną, skrzywdzoną przez inne stado owce. A potem śmiać się z ich ułomnej empatii. Płakać kiedy trzeba. Łkać kiedy patrzą. A potem powoli piąć się w hierarchii. Po plecach uśpionej czujności. Pleść wiarygodne kłamstwa po tysiąckroć, by wreszcie nabyły w ich oczach status prawdy. Być kaznodzieją, który zmienia ich w podwładne podnóżki. Mieć rząd ich dziurawych dusz. A potem posiąść na własność najmłodsze, piękne ciała. Być najwyższym Bogiem panteonu. Powołanym ku zagładzie swego ludu. Nie sprzeciwią się. Nie podniosą buntu. Nie poznają prawdy innej niż ta która ich karmi z mojej ręki. Ja ich nie karam. Już stali się ciszą. Odosobnionym atomem w porzuconej przez świat widzialny farmie. Strzeżcie się ludzi, którzy kiedyś tu przyjdą i będą chcieli odebrać Wam zbawienie. Brońcie królestwa niebieskiego. W dniu sądu ostatecznego. W dniu gniewu Bożego. Moją bronią jest słowo. Waszą bronią jest jedność w wierze. Stańcie na murach twierdzy swej i rzućcie wyzwanie Szatanowi. Zwycięstwo i tak będzie Wasze. Kiedy Was okrąży mrok piekielnych legionów. Rzućcie się w płomień ratunku. Pożogę prawdziwego odkupienia. Obiecałem Wam raj. Więc nie lękajcie się. Podążajcie za mną aż do zbawienia.
  4. Bez celu. Pożeram kolejne kilometry drogi i litry paliwa. Jest środek nocy. Przez uchylone szyby wpada chłód i bezsilność. Wiatr wykrzykuje mi w twarz, plując ostrym piaskiem, to co wiem już od dawna. Jestem pomyłką. A świat ma ustalony bieg i ewolucję tylko zdrowych i silnych gatunków. Suche odnogi korzeni, które wyrosły przypadkiem. Teraz są skazane na zagładę. Zagłuszone potokiem słów. Obłożone ciężarem swej niedoskonałości. Zaduszone przez demoniczne palce tych co niby mają uczucia i serce we właściwym położeniu. Moje serce jest na łańcuchu. Pokutuje za swoją głupotę młodości. Mijam przydrożne znaki, zjazdy i skrzyżowania. Ilekroć widzę naprzeciw światła wielkich ciężarówek, mam ochotę szarpnąć w lewo koło kierownicy. Ale wtedy przypominam sobie, że nie warto. Przecież bycie przeźroczystym dla innych nie jest takie złe. To nie koniec świata. To początek nowej odsłony. Życia pozagrobowego. Bo nie żyję ale nie mam grobu. Jak Peter Rugg, szukam celu, domu i wytchnienia w klątwie. Jestem jeźdźcem burzy, który by uratować swą duszę, zaprzedał ją Diabłu. Ziemia kręci się wokół uczuć. Tych pięknych. Miłości, pragnieniu, oddaniu, bezinteresownej empatii. Gdzie byliście ludzie? Moi udawani przyjaciele. Gdy spowiadałem się ze swych zbrodni. Zasiadaliście w ławie przysięgłych a nie oskarżonych. Nie było mnie stać na dobrego adwokata. Nie chciałem też tego z urzędu. Broniłem się sam. Przeciw wszystkim. Wydaliście jednogłośny wyrok. Wyrok śmierci zamieniony w drodze aktu łaski na banicję. Wieczną ucieczkę w obłokach wściekłej burzy. Zostawiłem w drzwiach list pożegnalny. Śmierć kiedyś wejdzie na ganek, będzie pewna że mnie zastanie. W łożu ostatecznym. Z zimnym, martwym wzrokiem. Z rękoma wzdłuż ciała. W cichym, opuszczonym domu. Gdzie łzy były atramentem dla poezji. A ja w tym czasie będę rozkoszował się czarną kawą na jakiejś zapomnianej, pustynnej stacji benzynowej. Patrząc na wschód słońca będę myślał tylko o niej. O tym że zostawiłem jej wiersze. Romantycznego banity. Który wolał uciec autostradą do piekła. Niż jeszcze raz spuścić serce z łańcucha.
  5. piszę list do cb smsem piszę wszystko co chciałem powiedzieć ale zbyt się bałem wszystko co nie umiało przejść przez moje gardło przechodzi przez palce i klawiaturę nie chcę się rozmyślić więc szybko wciskam wyślij wiadomość wysłana... stoję przed tb wirtualnie obnażony z wciąż bijącym sercem w wyciągniętej dłoni i duszą na ramieniu wpatruję się w oczy twojego awatara odczytałaś... czekam na cb na twoją odpowiedź na ukojenie dla serca lub cios jestem gotowy cały świat dookoła już zniknął istnieje tylko ten ekran w mojej dłoni piszesz...
  6. Przyjaciółko, powiedz mi, proszę dlaczego gorzkie, puste słowa kosztują mnie dwa grosze, a gdy chcesz wiedzieć o sobie co do Ciebie czuję umiem pisać tylko wielokropkiem?
  7. "BUDA... ...gdy slysze to slowo, to cos we mnie wzbiera i poce sie jak jasna cholera! W glowie mi sie kreci, na nic nie mam checi, a na dodatek na wymioty mnie zbiera! Nie wiem dlaczego, jasna cholera, ze mna sie dzieje tak... Moze dlatego, ze kiedys z kolega z Budy poszlismy w swiat... Lecz zycie sie toczy, nas nie zaskoczy zaden juz nauczyciel Bo nam udzielane sa korepetycje... korepetycje udzielane przey Zycie!" (K_S_A 16.9.2017)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...