Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cycki wystające z blaszanego gorsetu. Kiczowate, solarniane placki trzęsące się w rytm muzyki, na dwa. Muzyka na dwa komponowana w rytm kopulacji. Muzyka na dwa, w rytmie kopulacji, lepiej się sprzedaje. Kopulacja lepiej przebiega w rytmie muzyki, do której kiczowate cycki wystają z blaszanego gorsetu. Blaszane gorsety słabo się sprzedają. W Sopocie tego roku tylko cztery festiwale. Z kurortu pełnego spasionych złodziei, kurw, filmowców i producentów ogrodowych krasnali tylko cztery live transmisje. Loda Elektroda na cześć gwiazdy przedwojennej Lody Halamy nazwana, za namową menagera dodała sobie elektryczną końcówkę i dwie silikonowe wkładki. Połączenie tradycji z nowoczesnością. Tradycją są gorsety przypominające rycerskie zbroje. Nowoczesnością cała reszta, z koroną stworzenia – obiektem westchnień miliona onanistów, cyckami numer XXL.

Wie Loda Elektroda, że jak pokaże cycki to jej sprzedaż wzrośnie. Jak się ukaże o tym wywiad wzrośnie dwa razy. Jak mąż, tchórzliwy bokser, sponsorowany przez odświeżacze powietrza, się wścieknie i powie w telewizji, że jest głupią cipą, wzrośnie cztery razy. Loda Elektroda wie, bo jest inteligentna, że musi mówić dużo o stukaniu, że się lubi stukać, ile razy, jak, gdzie i z kim. Jak ona mówi o stukaniu, faceci myślą, żeby ją stukać i są zadowoleni. Faceci mają w większości erekcję, jeśli nie - biorą proszki. Lodzie się robi cięcie i puszcza się proszki. Loda czeka, powtarza sobie kwestie – lubię się stukać, lubię się stukać. - Proponuje reżyserowi, żeby coś zmienić w swoim imidżu i w ogóle może lepiej mówić – pieprzyć? Reżyser się nie zgadza, mówi soczyście, że nie po to kurwa się w Stanach uczył reżyserowania, żeby teraz się musiał konsultować i że stukać jest lepiej, bo pieprzyć, może kogoś wkurwić, a jak ktoś się wkurwi to nic nie kupi, a jak nie kupi to sprzedaż spadanie. Magiczne słowo – sprzedaż. Kariera iście hollywoodzka. Sprzedaż jako sens wszystkich działań, mechanizm napędzający, pobudzający, podniecający.

Loda opowiada ostatnie stukanie. Trwało dobę. Wszystko się stukało. Podłogi, ściany, drzwi, krzesał. Loda czuła się kul. Jej mąż stuka świetnie, najlepiej na świecie, lepiej nawet niż murzyn, Loda o tym wie, lepiej nawet niż cała drużyna koszykarska Chicago Bulls w środku sezonu NBA.

Kiedy kończy się czwarty festiwal w kurorcie, Loda jest smutna, przez chwilę. Przez kilka godzin nie ma ochoty się stukać. Z nikim. Zmywa mejkap i płacze. W zależności od tego kto zadzwoni. Jak z Faktu – powie, że ma doła i nic jej się nie chce, jest wkurwiona i kończy karierę. Jak z Gali, to nazwie ów stan, jesiennym splinem, chandrą metafizyczną, którą kobiety, istoty wrażliwe i kruche przeżywają. W poniedziałek pójdzie na sesję do „Vivy”, będzie ubrana w liście. Po jednym na sutek. I jeden duży na cipkę. Chociaż wszyscy widzieli ją całą, w majowej edycji „Playboya Polska”, teraz jak na złość przykryje dużym dębowym liściem. Niech wiedzą, że ona też potrafi być smutna.

We wtorek Loda idzie na casting. Chcę grać Jagienkę w trzecim remejku „Krzyżaków”. Jagienka jest o wiele lepsza niż Danuśka, bo nie umiera. Loda nie cierpi umierać, tym bardziej w filmie. Dodatkowo Jagienka jest noszona na rękach przez Deląga albo Żebrowskiego w zależności od budżetu. Scenariusz napisał jakiś Sienkiewicz, Loda pierwsze słyszy to nazwisko i myśli, że to chyba jakiś kompletny amator i nie wie czy warto u kogoś takiego się angażować. Na castingu są tłumy. Loda nie lubi tłumów. Czeka w wozie. Gryzie paznokcie. Ma specjalny płyn na porost paznokci, dlatego może je obgryzać. Są smaczne i szybko rosną, jak grzyby. Doda nie musi często robić kupy, bo je paznokcie. Częste robienie kupy sprawia, że odbyt wiotczeje i traci się nad nią kontrolę. Loda przeczytała o tym w „Avanti” albo w „Glamour”. W końcu reżyser wzywa Lodę i mówi, że się musi zastanowić bo ma za duże piersi i że na koniu będą źle wyglądać. Wtedy podnosi się facet i mówi, że jest scenarzystą i nie zgadza się, żeby taka grała w jego filmie. Loda pluje mu w twarz i mówi – Sienkiewicz ty chuju.

W środę z rana Loda pisze teksty na nową płytę. W dziewięć minut dziewięć tekstów. Loda zna trochę angielskich słów i wyrażeń. Bejby ma w każdej piosence, bejby ciągle dobrze się sprzedaje. Zna też every. Every łączy się z night i day. Czyli z dniem i nocą, albo odwrotnie, nigdy nie może zapamiętać. Loda śpieszy się, bo jej men Lew Diablo Lewczesky już czeka ze wzwodem. Tym razem jednak nie będzie prawdziwego stukania. Będzie tylko na niby. Hustler robi im sesje. Na rozkładówkę. Loda bardzo lubi sesje i gdy jest w świetle reflektorów z upudrowanym noskiem czuje się bosko. Lew trochę się denerwuje, bo jest nieprzyzwyczajony z gołym fiutkiem, przed obcymi paradować. Loda uspakaja go namiętnym pocałunkiem. Riczi, gej fotograf mówi, że jest świetnie i że Lew ma pięknego ptaszka, o Jezu jakiego pięknego. W środę wieczorem Lew nie chce iść z Lodą do łóżka z Ikei. Nie chce się z nią stukać. Wzrok ma zamglony i tęskny, mówi, że zakochał się w Riczim. Loda jest wściekła grozi, że doniesie prasie. Lew milczy. Loda dzwoni do „Na żywo”. Mówi, że pokłóciła się z narzeczonym i że ma dla nich eklsuziw. Przyjeżdżają też z „Bravo”, „Bravo Girl” i „Bravo Sport”. Loda opowiada o nieudanym związku, który od początku skazany był na porażkę. Lew dla Bravo Sportu wyznaje, że jest gej-bokserem i zawsze gdy walczy w ringu ma ochotę ściągnąć przeciwnikowi gacie i trochę się z nim postukać.

W czwartek przy kawie Loda z Lwem przeglądają prasę. Dzienniki piszą o wojnie. Loda mówi, że nie lubi wojny, bo giną na niej ludzie. A jak giną ludzie to jest ich mniej. Mniej się wszystkiego sprzedaje. Lew tłumaczy jej, że jest głupia gdyż w Iraku nikt jej nie zna i dlatego sprzedaż na tej wojnie nie ucierpi. Loda mówi, żeby Lew nie mówił do niej głupia, bo wtedy sprzeda TVN Uwaga kasetę z ich ostatniego stukania, które mu za bardzo nie wyszło. Lew dostaje szału i zadaje Lodzie prawy prosty. Po czym dzwoni po „Super Express” i prosi redaktora zajmującego się przemocą w rodzinie.

W piątek Loda daje się złapać papparazzim. Zdjęcia Lody z podsiniaczoym okiem kupią wszystkie agencje, od agencji tygodniki, wkładki telewizyjne, dodatki weekendowe. Loda jest bardzo szczęśliwa. Lew jest bardzo nerwowy, zbliża się walka, a on nie znalazł powodu, żeby z niej zrezygnować. Miał już wszystkie możliwe kontuzje. Dzwoni do swojego menagera i ustala strategię. Na konferencji prasowej ogłasza, że jest HIV nosicielem i po raz czternasty w tym roku kończy karierę. Dodatkowo zmienia imię na Kod i przechodzi na islam. Cztery mistrzowskie posunięcia na jednej konferencji: HIV dobrze się sprzedaje, kończenie kariery dobrze się sprzedaje, Kod (Leonarda da Vinci) dobrze się sprzedaje, islam jest bardzo kontrowersyjny i wyjątkowo dobrze się sprzedaje.

W sobotę przed południem Loda i Kod udzielają wywiadu dla radia Zet. Mówią, że chcą w tych trudnych chwilach, znów być razem. Ich wielka miłość nie ma początku i końca. Wieczorem w telewizyjnym tokszole zachęceni przez publiczność i prowadzącego uprawiają zmysłowy petting. Oglądalność szaleje. Widzowie, którzy przyślą esemesa otrzymają polifoniczne dzwonki z „Bejby every night”.

W niedzielę Loda i Kod idą do kościoła. Potrzebują ciszy. Skupienia. Modlą się. Loda ma kreacje od Arakadiusa, Kod od Armaniego. Kiedy w czasie podniesienie rozlega się przy ołtarzu „Bejby every night”. Loda jest bardzo szczęśliwa. Wie, że nawet ksiądz oglądał ich wczorajszy petting. Oglądalność musiała przekroczyć 100 %.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...