Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

przepraszam, że tak od razu, ale to od dziecka mnie zastanawia, a gdzie indziej jak nie na forum poetyckim takie pytanie zadać??;
czy ludzie - za przeproszeniem - głupi zdają sobie sprawę że są debilami?? czy może wręcz przeciwnie, są tak głupi, że nie potrafią obiektywnie i prawidłowo ocenić sytuacji i uważają się za mądrych?? (bo przecież przeważnie w stosunku do osób ze sporą niewydolnością umysłową zwracamy sie pobłażliwie, inni z kolei ironicznie mogą powiedzieć: "jakiś ty mądry" (a przecież wiadomo ze czlowiek ułomny nie potrafi rozpoznać ironii - któż z własnego doświadczenia nie zna przypadków, gdy na koloniach czy wręcz w szkole nabijano się z "nieszczęśliwych" wmawiając im przeróżne rzeczy...
tym samym mam pytanie do poetów, jako ludzi na takie rzeczy wrażliwych, jakie jest wasze zdanie na ten temat?? może udało wam się w jakiś sposób o tym przekonać? bo ja nigdy nie miałem okazji: przecież nie zapytam się "czy ty zdajesz sobie sprawę że jesteś palantem" ani też nikt się nie przyzna - zakładam ze komuś może świecić w głowie idea, że jest trochu przygłupi, ale na pewno nie będzie chciał o tym rozmawiać... a więc poeci do piór, wspólnym empatycznym wisiłkiem rozwiążmy jeden z największych dylematów filozofów!!

  • Odpowiedzi 49
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

a ja nie boję się stwierdzić że jestem trochę przygłupi nawet bardzo głupi debil nad debilami...oczywiście w oczach własnych na własny sposób jestem wymienionymi charakterami...a w oczach subiektywnych które zauważyłem przeradzają się w oczy obiektywne jestem głupi w sensie negatywnym bo tak naprawdę nie wiedzą dlaczego robię owe rzeczy być może coś mnie trapi...być może miałem zły dzień...ale nie...ja po prostu akurat w swojej mieścinie chcę pokazać jaki jestem inny nie będę wymieniał co robię ale wszyscy powinni wiedzieć jeśli powiem że staram się olewać system jak tylko potrafię i dlatego ludzie rówieśnicy z którymi się nie zadaję (bo oczywiście jestem chyba jakiś niedorozwinięty) twierdzą że jak ty albo ty możesz go lubić rozumieć...mam kilku dosłownie kilku ludzi którym ufam oni mi też i dobrze mi z tym a to ze większość mojej młodzieżowej mieściny chciałaby chętnie abym się wyprowadził albo zginął to już się z tym nie obchodzę...ludzie tacy jak ja a ludzie niepełnosprawni to całkiem co innego... może na koniec przytoczę interesujący cytat

„człowiek, który wie, że jest głupcem, nie jest taki głupi.”

Opublikowano

mnie mówią, że jestem mądra, ale zdaża mi się postępować głupio
są tacy, którzy są głupi, a zdaża im postępować mądrze

ale na pytanie, czy zdają sobie z tego sparwę, nie potrafie odpowiedzieć krótko ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


cytat, znam, ale tylko wprowadza większy zament w moich badaniach...
Twoja wypowiedź jest podwójnie interesująca (więc będę nalegał na kontynuację): "pokazać że jestem inny" - jesteś? w jakim sensie? i jaki jest twój stosunek do własnej "inności" (zakładam ze nie chodzi tu o "głupotę" tylko o inność w sensie odbiegania od standardów i norm ("olewanie systemu" ) (czy się jej wstydzisz, czy wręcz przeciwnie uznajesz ją za swoją zaletę (w końcu "szarych" ludzi jest miliardy) ??

i druga kwestia, już nie dotyczaca tomka bezpośrednio: czy szaleństwo można utożsamiać z głupotą?? czyli jeszcze szerzej: jak brzmi definicja głupoty??
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


no właśnie: czy postępowanie świadczy o człowieku, czy jego umiejętności? czy można zarzucać mądremu że postępuje "głupio" a tłumaczyć głupiego, że inaczej nie umie?
czy popularne stwierdzenie: "zdolny ale leniwy" można przypisywać "mądrym" czy raczej musi byćwyjątkowym debilem, że nie wykorzystuje swoich zdolności?? w końcu: co jest uznawane za przejaw takiego wykorzystywania (czyli co sprawia że człwoiek jest "mądry") ???

ps. nidgdzie nie pisałem, że ma być krótko :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



tak jestem inny większość podporządkowuje się innym teraz ludzie chcą być ludźmi obok siebie chcą być ludźmi towarzystwa zabijają samych siebie przeszczepiają obcą osobowość obce nawyki nie potrafią wyciągać własnych wniosków przytakują jak kolega powie to ja też się z nim zgadzam unikają konfrontacji nie próbują nie ulegać innym w to wchodzi też szpan albo abym nie był gorszy w towarzystwie...ja do tych ludzi nie należę mam swoje zdanie odróżniam się czym??? właściwie odwrotnymi poglądami do większości ludzi bardzo często brakuje ludziom wrażliwości uczciwości w dużej mierze uczuć...nie wstydzę się tego jaki jestem ludzie którzy słuchają wyciągają więcej wniosków i uczą się bardziej niż ci którzy dużo gadają...ja dużo słucham można by wnioskować z powyższego...szaleństwo z głupotą...to też zależy indywidualnie ale często właśnie ta indywidualność w gronie ludzi którzy są jedną wielką klonową paczką jest obiektywnym odczuciem...niektóre szaleństwa są postrzegane jako głupie dla innych są mądre dla jeszcze innych obrzydliwe upokarzające wywyższające złośliwe itd...szaleństwem może być jazda na rowerze ‘bez tszymanki’ jak i skok z 5 piętrowca do basenu z wodą i to samo może dla innych być głupotą nie mieszczącą sie w głowie ludzie podejmują extrima ażeby właśnie jakoś wejść w opinię ludzi a jaka ona będzie to sami się ciekawią...a z tego co zrobią często są zadowoleni...a podporządkowane masy siedzą i lamentują obgadują bo sami to nie byli by w stanie czegoś takiego zrobić...tutaj też wkrada się brak godności dla innych godność jest niczym dla drugich godność jest Bogiem...

odnośnie ludzi tutaj jest co nieco... http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=24972
Opublikowano

no właśnie - znowu wracamy do tego nieszczęsnego punktu wyjścia: kto w tym wypadku ma rację... ci którzy chcą być "szarzy" równać do szeregu, czy buntownicy? osobna kwestią jest czy można utożsamiać buntownika z odmieńcem, na zewnątrz w sumie nie ma różnicy, ale motywacja zupełnie różna) w końcu, czy głupm jest ten kto godzi się na własną nijakość, uniformizację i w efekcie upodlenie, czy ten który próbuje z tym walczyć (podejmując walkę z wiatrakami)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nie można utożsamiać to zupełnie dwa inne gatunki aczkolwiek bunt może wszcząć zarówno szary jak i buntownik...ja bym nie określał tego buntownikiem bardziej 'klasycznym przykładem' odmieńcy mają to co jest dla nich najświętsze swoją idee a klasyczni coraz to częściej mają taką samą idee.. ludzi można podzielić na te dwa gatunki tych którzy wspólnie mają jedną idee i tych którzy reprezentują
każdy coś innego...

tak głupim jest ten który się godzi na własną nijakość...ale jest głupi tylko w oczach tych drugich a w oczach tych nielicznych jest tolerowany...

i na tym polega ta głupota jedni ukrywają albo nie mają drugiego ja albo mają zapożyczone a inni mają i nie boją się ani nie wstydzą odsłaniać swoich racji...
Opublikowano

najpierw zaczne od czepiania sie ;). proponuje nie używać podwójnych znaków interpunkcyjnych, to błąd ortograficzny. pozwole sobie spytać dlaczego jest pan skłonny uważać że jest jakaś prawda obiektywna która mówi kto jest głupi i co na to wskazuje? czemu uważa pan że człowiek którego uważa pan za głupiego taki jest? po pierwsze kim pan jest żeby stwierdzać że ktoś jest debilem a ktoś inny nie jest? czy naprawde sądzi pan że jest to mądre zakładanie z gróry że ktoś kogo pan uzna za 'ułoma' jest nim na pewno, trzeba tylko zadać sobie pytanie czy o tym wie? pana ego musi być naprawde olbrzymie ;].
pozdrawiam


ps, pozwole sobie przytoczyć sympatyczny aczkolwiek feministyczny dowcip:
jaki jest najłatwiejszy sposób na samobóstwo dla mężczyzny? rzucenie sie ze swojego ego na IQ ;).

Opublikowano

dodam jeszcze że przeczytałam pozostałe komentarze i nadal widze że pan naprawde uważa że są pewne obiektywne prawdy 'kto jest mądry a kto nie?' bądź 'kto jest inny a kto nie?'. zastanawia mnie tylko skąd pan czerpie te wiedze. są jakieś klucze mówiące o tym że człowiek o danych cechach bądź poziomie IQ jest głupi? człowiek mądry, za którego jak mniemam pan sie uważa, wie że ludzka natura jest tak wielopłaszczyznowa że nie mozna człowieka nazwać mądrym bądź głupim, świadczy to o graniczeniu. każdy ma inne zdanie na temat tego jaki człowiek jest inteligentny, jaki nie jest, i zapewniam pana że żaden z nich nie ma 'racji' bo coś takiego nie istnieje. tego chyba również nie musze panu tłumaczyć, zapewne dskonale zna pan twierdzenie einsteina o tym ze wszystko jest względne. pozdrawiam

Opublikowano

dziwi mnie trochę prowadzenie takich badań - bo i czemu one służą? będziemy wiedzieli, co to jest głupota? i ją potem wyeliminujemy? a nie lepiej działać objawowo? gdy widzimy, że ktoś sobie nie radzi - pomóc mu; gdy ktoś chce zrobić coś głupiego - przekonać, że nie warto [nie myślcie, że ja jestem jakimś misjonarzem, ale staram się propagować pozytywne wartości w innych i przede wszystkim W SOBIE;)]; zamykając się w badaniach i dyskusjach odczłowieczymy ich wyniki... zresztą - wyjdź na ulicę i popatrz na ludzi, a ukujesz sobie definicję głupoty na użytek własny; potem możesz podstawić się do wzoru i sprawdzić, jaki jest wynik - zakładam, że pasujesz do definicji, jak chyba każdy z nas*:))

pozdrawiam

Opublikowano

dodatkowo jeszcze jedna ciekawa uwaga:

Kiedy zaś twoja miłość zostanie przyjęta i otworzą się gotowe cię przyjąć ramiona, proś Boga, aby zachował tę miłość od poniżenia, albowiem lękam się o serca, które doczekały się spełnienia.

(Antoine de Saint – Exupéry, Twierdza)

pewnych rzeczy nigdy się nie dowiemy, a pewnych nie powinniśmy próbować się dowiedzieć...

Opublikowano

koleżanko drewniane palce - gdybym rzeczywiście miał takie poglądy jakie raczyłąśmi przypisać, nie zakłądałbym tego wątku.
Owszem temat jest drażliwy, nic tak nie upakarza czy denerwuje człowieka jak insynuowanie mu indolencji w tej dziedzinie, w końcu w świadomości zbiorowej funkcjonuje definicja człowieka jako istoty inteligentnej; brak tejże swiadczyłby wręcz o niepełnym człowieczeństwie.Dlatego chociaż drażliwy wydaje mi się niezwykle ciekawy.
A jednym z najbardziej fascynujących tu problemów, jest ta właśnie wspomniana przez ciebie względność (czy jak to wolą mówić niektórzy: niemiarodajność introspekcji :) ): czyli fakt, że pomimo że każdy z nas ma jakąś tam definicję głupoty, czy nawet skrajnego debilizmu, nie możemy mieć pewności czy przypadkiem nie jest ona przekłamana przez naszą własną "zaćmę".
Czy zatem o "mądrości" decyduje czyjaś wiedza czy może IQ? a przecież wiedza na temat testów IQ ziększa wyraźnie osiągane w nich wyniki, a więc trzababy stwierdzić że te czynniki wzajemnie na siebie oddziałują i wpływają - ale wtedy znowu wracamy do punktu wyjśica...

I tu dochodzę do odpowiedzi dla Michała - oczywiście ża z racji wymienionych utrudnien nie ma mozliwości stworzenia jednolitej definicji, jednak każda nowa informacja czyni tę definicję dokładniejszą, dlatego dyskusja wydaje mi się nie tylk ociekawa ale i pożyteczna :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wiem do czego zmierzasz - w dyskusji chcesz określić wszystkie strony, aspekty, odcienie głupoty, tak, aby definicja była jak najbardziej dokładna - mądre postępowanie, ale moim zdaniem nie w tym temacie; dla mnie to po prostu nie ma sensu;

sa chyba dwie podstawowe reakcje organizmu ludzkiego na głód [ale nie bijcie, jeślim w błędzie] - jedni chudną, a inni puchną; nie jestem biologiem, dlatego nie dociekam, co jest powodem takiej rozbieżności [zakładam, że brak odpowiednich substancji odżywczych], ale wydaje mi się, że Ty badasz głód, a tak naprawdę powinieneś [powinniśmy] go zwalczać i przeciwdziałać [we wszystkich jego postaciach];

częściowo podpisuję się pod opinią przedmówczyni i pozdrawiam;
Opublikowano

Człowiek jest mądry - od urodzenia. Z biologicznego punktu widzenia ma najbardziej pofałdowaną korę mózgową ze wszystkich zwierząt na ziemi, posiada więc potencjał (czy tego chce czy nie). Możliwość szybkiego i trwałego przyswajania wiedzy oraz równie skuteczne jej wykorzystywanie w życiu celem przetrwania i zapewnienia sobie bytu. Mądrością nazywamy właśnie tą cechę.

Zaś taka cecha jak "głupota" to subiektywne twierdzenie drugiej osoby nie będącej wstanie (lub tylko tak twierdzącej) powielać irracjonalnych zachowań.

Czasem zdarzyło mi się poznać, lub obserwować zachowanie kilku ludzi. Subiektywnie mógłbym ich nazwać głupcami, ale rzeczywistość jest zupełnie nie po mojej myśli.

Sądzę więc, że twierdzenie "Ty jesteś głupi" nie ma racji bytu, bo każdy jest mądry na swój sposób.

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


kolejny piękny przykład - gdyby Pani znała ich przyczynę sądzę że zmieniłaby zdanie... czy więc debilnym jest zachowanie które na takie wygląda, cyz debilem jest ten kto ocenia po pozorach (a przecież w 99% przypadkach mamy tylko te pozory i one w zupełności wystarczają)

natomiast tak jednoznaczne potępienie teko rodzaju dyskusji wynika z jednej z dwóch przyczyn:
1. czuje się niepewnie z włąsnym intelektem (boi sie że ta romowa obnaży pewne braki)
2.uważa sie za zbyt inteligentnego na takie rozmowy (czyli patrz punkt 1)

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wiem do czego zmierzasz - w dyskusji chcesz określić wszystkie strony, aspekty, odcienie głupoty, tak, aby definicja była jak najbardziej dokładna - mądre postępowanie, ale moim zdaniem nie w tym temacie; dla mnie to po prostu nie ma sensu;

sa chyba dwie podstawowe reakcje organizmu ludzkiego na głód [ale nie bijcie, jeślim w błędzie] - jedni chudną, a inni puchną; nie jestem biologiem, dlatego nie dociekam, co jest powodem takiej rozbieżności [zakładam, że brak odpowiednich substancji odżywczych], ale wydaje mi się, że Ty badasz głód, a tak naprawdę powinieneś [powinniśmy] go zwalczać i przeciwdziałać [we wszystkich jego postaciach];

częściowo podpisuję się pod opinią przedmówczyni i pozdrawiam;
racja, ale na głód istnieją niezykle proste środki zaradcze (pozornie, bo przecież nie jest tajemnicą, że świat produkuje więcej żywności niż ludzkość jest w stanie przejeść, a jednak ludzie umierająz głodu)... natomiast na głupotę lekarstwa nie wymyślono... a więc trzeba ją dalej badać

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...