Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Za moimi plecami

pojawił się enkawudzista.

Był w doskonałym humorze.

I nie wiedziałem tylko

czy to z powodu tego,

że wiedział o tym,

że Żerebcow wywołuje 

tak wielkie uczucie strachu,

czy może z powodu 

rozkazów jakie mu przekazano.

 

Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki.

Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny, 

mały, czarny pluszak.

Teraz będziesz co najwyżej

tulił się z zimna

do ciał kolegów w baraku.

 

Żerebcow już miał zamiar

prostować kolana,

gdy enkawudzista poklepał mnie 

zuchwale po ramieniu.

 

Rozkazy się zmieniły lejtnancie.

Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć 

ani przerzucać go z miejsca w miejsce.

Dość już jego wątpliwej legendy.

Podobno nie można go zabić.

Podobno odradza się

zawsze po egzekucji.

Drugi pieprzony Rasputin.

Ale nie ma takiego Diabła, 

którego nie potrafiłby zgładzić 

ludowy komisariat obrony.

Prawdziwy człowiek radziecki 

i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę.

Plan jest taki.

Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu.

Kierowca zna miejsce.

Moi ludzie już wszystko tam przygotowali.

Wysiadacie wieczorem.

On klęka, wy strzelacie. 

Moi dobijają bagnetami.

Nawet go nie grzebcie.

Wilki i niedźwiedzie 

posilą się krwawą padliną.

Wracacie w nocy.

Spisujemy raport.

Wychylamy kilka szklanek 

za dobrze wykonaną robotę.

W tajemnicy Wam powiem lejtnancie,

że za zabicie tego wrzoda 

na radzieckim organizmie,

dostaniecie

order czerwonego sztandaru,

sam towarzysz Beria za tym optował.

A nie powiecie mi chyba,

że nie chcielibyście dostać 

przepustki do stolicy.

Tu tylko jaja można sobie odmrozić.

A tam będziecie towarzysz i gieroj.

Bohater naszych czasów.

Ta akcja nie może czekać.

Jeździe już teraz.

Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.

 

Uścisnął mi rękę i prawie siłą 

wepchnął na pakę ciężarówki.

Chciałem więcej wyjaśnień,

omówić plan działania.

Zamierzałem się sprzeciwić.

Ale co mógł prosty czerwonoarmista 

wobec potęgi komisariatu obrony.

Wobec całej potężnej maszyny śmierci. 

 

Kierowca rzucił okiem za siebie 

i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.

 

Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie,

krzyczcie a najlepiej 

bijcie dłonią w ścianę szoferki.

Ja mam tu pistolet.

Spojrzałem z niedowierzaniem 

na enkawudzistę 

 

Jak mam

eskortować więźnia bez broni?

Chcę wrócić po pistolet

i proszę o eskortę

w postaci dwóch dodatkowych ludzi.

Moich zaufanych ludzi.

 

Enkawudzista machnął tylko ręką.

 

Eskorta do Żerebcowa?!

On nigdzie nie ucieknie.

Zresztą dokąd?

Do najbliższej większej osady

przeszło osiemdziesiąt kilometrów.

Do miasta trzysta.

A na termometrze dziś 

prawie minus trzydzieści pięć stopni.

Zresztą on nawet nie jest związany.

Nie musi.

Nie wie na jakim świecie jest.

Nie odzywa się słowem od tygodni.

Zresztą zobaczcie sami.

 

I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie

nieobecnej w rzeczywistości.

Nie wiem czy rozumiał

o czym rozmawialiśmy.

Czy wiedział o tym,

że za kilka godzin zginie?

Czy rozumiał cokolwiek 

z tego co się wokół działo.

Siedział i z błogim

uśmiechem małego chłopca, 

głaskał kota, 

który zdążył zasnąć na jego kolanach.

Widać literat i kot 

byli razem w siódmym niebie.

Ciężko było dyskutować o tym 

co powinno się zrobić 

i jak powinno się teraz postąpić.

To był rozkaz, 

którego nie mogłem zlekceważyć.

 

Jechaliśmy już przeszło godzinę.

Kilka minut temu, rozpadał się ostry,

wirujący dziko na wietrze śnieg.

Przesiąkłem odorem paki.

Wszystko wokół cuchnęło.

Na dodatek opary paliwa 

łatwo przechodziły na tył pojazdu

i powodowały astmatyczne napady 

duszności i kaszlu.

Żerebcow nie reagował.

Miał zamknięte oczy 

i odchyloną delikatnie głowę.

Ale nie spał.

Wydawało się jakby słuchał tej ciszy.

Jak gdyby delektował się podróżą 

w swoich własnych myślach.

Może pisał w nich kolejny wiersz.

List pożegnalny.

A może jednak był pewny ocalenia.

Kolejnej cudownej ucieczki 

i oszukania systemu.

Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie 

Bóg i Diabeł.

No i ja, gdyby tylko 

chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.

 

Kierowca jechał bardzo ostrożnie 

a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami,

powalone pnie, korzenie

i zbitą zmarzlinę,

która była tutaj

po prostu drogą do nikąd.

Byłem bardzo zdenerwowany

a nie miałem przy sobie 

nawet grama tytoniu i bibuły.

Wódki też nie.

A zająłbym chociaż czymkolwiek,

ciągle drżące z przejęcia dłonie.

Nagle, zupełnie bez zapowiedzi,

z rogu paki wypłynęło źródło głosu.

Były to słowa wypowiadane 

starannie, powoli wręcz sennie.

Był to głos cichy lecz mocny.

Wychodzący jednak jakby spod ziemi.

 

 

Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku 

od narzuconego brezentu 

Mówi Wam coś nazwisko Levenstern? 

Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?

 

Drgnąłem, gdzieś wewnątrz.

Serce zakuło mnie w piersi 

a w krtani narosła twarda kula.

Nie winy. Nie wstydu.

A paraliżującego strachu.

Jak to możliwe?!

To nazwisko

powinno leżeć w ciszy tajgi.

Nikt o tym nie mógł wiedzieć.

Nikt!

 

Skąd o nim wiecie, Żerebcow? 

Wychrypiałem nie patrząc na pasażera.

Co wam do niego?

 

Był szpiegiem niemieckim

w czasie wojny... 

a raczej tak właśnie

sfabrykowano dowody.

 

Kontynuował literat 

z tym samym niepokojącym spokojem, 

jakby czytał nekrolog

w porannej gazecie.

 

Zastrzeliliście go dokładnie tam, 

dokąd mnie teraz zabieracie. 

Widzę go, Lejtnancie. 

Stoi tam i czeka na towarzystwo.

 

 

Poczułem, jak pot spływa mi po karku, 

mimo dojmującego mrozu. 

Kim on jest?

Świętym?

Przeklętym?

Carskim upiorem dawnej epoki?

A może sumieniem kata?

Bo nie literatem.

Był mistrzem z piekła rodem.

 

Nawet jeśli, Żerebcow... 

to już niedługo Wy

zajmiecie jego miejsce

ostatniego w wyliczance.

 

Uciąłem brutalnie, 

odzyskując na moment

pewność siebie. 

 

Kierowca o mało co

nie wywrócił nas do rowu,

którego nie zauważył

przed nosem pojazdu.

Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce.

Dopiero teraz Żerebcow 

jakby ocknął się z maligny.

Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.

 

Był ostatni. 

Szepnął radośnie. 

Gładząc się po skołtunionych włosach.

 

Będzie ostatni. 

Odpowiedział trzeci głos.

 

Zamarłem jak panujący

wokół mrok i mróz

To nie był głos Żerebcowa, 

ani tym bardziej,

przerażonego kierowcy. 

To był dźwięk niski, chropowaty, 

wibrujący jak

pomruk nienasyconego pieca. 

To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok

na ostatniego pasażera.

 

Kocur zdawał się spać, 

pogrążony w błogim spokoju, 

ale gdy mój wzrok spoczął

na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko. 

Było złote, głębokie 

i pełne nieludzkiej wiedzy. 

Kot nagle puścił do mnie oczko 

a na jego pyszczku wykwitł 

ten sam podle ludzki uśmiech, 

który zwiastował

koniec pewnego świata. 

 

Przecież... to tylko kot.

Wybełkotał kierowca, 

ale jego głos utonął w wyciu silnika, 

który nagle wszedł 

na nienaturalnie wysokie obroty, 

jakby chciał uciec 

z tego przeklętego Studebakera.

Żerebcow cicho przytaknął

a kocur znów zamknął oko, 

mrucząc rytmicznie

Ostatni... ostatni…

 

Znów każdy pogrążył się

w swoich myślach.

Jego milczenie denerwowało mnie.

Doskonale już teraz wiedziałem,

że on wie dosłownie o wszystkim.

Zna moje ofiary, moje troski i problemy,

czuje mój strach, widzi całe moje życie.

Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii 

a drwiny z mojej osoby.

Żerebcow znów oparł wysoko głowę 

i wbił wzrok w sufit paki.

Chciałem zasypać go pytaniami.

O twórczość,

której szczerze nie znałem.

O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci.

O jego liczne ucieczki

i cudowne ocalenia.

Przecież mówi się, 

że to piekło we wszystkim mu pomaga.

I przynajmniej kot, 

jest jakąś częścią

tego diabelskiego planu.

Ale Żerebcow?

Tak nie wygląda Diabeł.

Nie wiem jak mógłby wyglądać, 

lecz z pewnością nie tak.

Nie jak człowiek.

Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny

zupełnie zwyczajny 

a zarazem głęboko niezwykły.

 

Wreszcie ciężarówka wykonała 

ostatnie półkole wokół, 

wyrwanej z trudem tajdze polany.

Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł.

Naprzeciw naszego pojazdu,

zaparkowany był Zis

z oddziałem żołnierzy.

Nasz kierowca

wysiadł do nich pierwszy 

i z wyraźną ulgą

po opuszczeniu szoferki,

ściskał im kolejno dłonie.

Byli w szampańskim humorze.

Srogo pochlali.

Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali 

i oklepywali ciała, 

zamaszystymi ruchami ramion,

próbując się ogrzać.

 

Nie musiałem nic robić z więźniem.

Żerebcow zrozumiał,

że to finalny postój

i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz.

Kot czmychnął jego śladami.

Gdy ja wreszcie uwolniłem się 

z tej brezentowej klatki.

Stanąłem

twarzą w twarz z Żerebcowem.

Ten w ogóle nie przejmował się 

zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły

na wszystko.

Oczy literata były jednak inne.

Wreszcie pytały i one.

 

To moja mogiła lejtnancie? 

Doskonała. Chłopcy spisali się na medal

albo nawet order i wakacje w Odessie.

 

Zadziwił wszystkich

gdy zbliżył się do rowu,

wykopanego nierównomiernie

i na tempo.

Padł przy nim na kolana, 

nachylił się i zawołał do ciemni.

 

Levenstern przyjacielu, 

za chwilę będziesz miał towarzystwo.

 

Chciał jeszcze wstać,

lecz dwóch strażników

doskoczyło do niego 

i brutalnie popchnęli go 

nad samą krawędź, 

skutej lodem czerni grobu.

Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski.

Poprawił tylko kołnierz palta.

Wywinął go z taką formą etykiety,

jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru.

Przygładził jeszcze włosy,

dłuższe kosmyki powędrowały za uszy.

Odetchnął jedynie głęboko.

Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia.

Widać skoro mu było w objęcia śmierci,

lub do jakiś kolejnych

magicznych sztuczek.

Jeden ze strażników

wręczył mi pistolet.

 

Wasza kolej towarzyszu lejtnancie.

Koniec jego ziemskiej wycieczki.

Tym razem Diabeł się nie wywinie.

Jeden strzał w głowę 

a my dokończymy jeśli będzie trzeba. 

Spojrzałem jeszcze za siebie

na kierowcę.

Gdyby mógł to krzyczałby.

Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka.

Gdzieś na granicy polany 

zaświeciło się coś złotego.

Owalne jak moneta

lecz bezsprzecznie żywe.

Oko czarnego kocura.

Patrzył cały czas.

Trzeba będzie też go zastrzelić 

razem z jego panem.

Tak by mieć spokojne sumienie.

 

Wyciągnąłem pistolet. 

Moja dłoń, dotąd tak karna 

i posłuszna systemowi, 

drżała w sposób haniebny. 

Nie z powodu mrozu. 

Czułem, jakby tysiące

niewidzialnych mrówek

chrzęściło pod moją skórą, 

paraliżując każdy nerw. 

Spojrzałem na Żerebcowa. 

Zgarbiony, spokojny, 

z tym samym 

błogim uśmiechem małego chłopca, 

czekał na uderzenie ołowiu.

 

Podniosłem broń. 

Wycelowałem w potylicę studenta. 

Świat wokół zamarł. 

Czas przestał biec do przodu, 

a pętla fatum

zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust.

Huk rozdarł ciszę tajgi, 

a ciało poety runęło bezwładnie 

w przygotowany rów.

Strażnicy rzucili się do mogiły 

jak wściekłe psy.

Kuli ciało raz za razem,

aż do momentu omdlenia ramion.

 

A potem nastał poranek.

Mgła przedświtu, 

gęsta i szara jak dym

z podłych papierosów,

osiadła nisko nad polaną.

Nad polaną na której 

nie pozostawiono tylko ciała literata 

w płytkim grobie.

Śnieg wokół był pełny 

czarnego brudu lub sadzy.

Drzewa miały okopcone pnie.

Wszędzie wokół unosił się także, 

drażniący smród siarki.

Studebaker i Zis

nadal stały frontem do siebie.

Nie było wokół nikogo.

Ani na polanie ani w lesie,

ani na pakach czy w szoferkach.

Lejtnant i strażnicy 

nie wrócili z akcji do obozu.

Oficer czekał na ludzi i raport.

Nie było gratulacji, obietnicy awansu.

Nie było niczego.

Poza ciszą. 

Martwą i złowrogą.

Wysłano więc

kolejny oddział na miejsce.

W końcu robota 

mogła być wykonana wzorowo.

Żerebcow nie żył 

a oni w drodze powrotnej,

mieli wypadek albo zgubili drogę 

w śnieżnej zamieci.

Drugi oddział strażników 

przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem 

pośród zwalonych pni. 

Gdy żołnierze wysiedli z wozu, 

nienaturalna cisza lasu 

sparaliżowała ich kroki.

 

 

Nad otwartą, czarną mogiłą 

stały dwie postaci.

Paweł Fiodorowicz Żerebcow, 

nienagannie młody, 

z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa, 

trzymał na rękach

wielkiego, czarnego kocura.

Na jego brudnym palcie 

nie było śladu krwi, 

a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem.

Obaj z kotem trwali

w milczącej zadumie,

spoglądając w dół, 

do wnętrza ziemnego grobu.

Tam, na dnie lodowatego rowu, 

pośród grud zmarzliny, 

spoczywało ciało lejtnanta. 

Jego oczy były szeroko otwarte, 

wybałuszone w ostatecznym, 

pośmiertnym zdziwieniu, 

a na ustach zastygał

krwawy spazm paranoi.

Martwy kat leżał dokładnie tam, 

gdzie kilka godzin wcześniej 

miał spocząć poeta.

 

Żołnierze zamarli na linii drzew, 

niezdolni do oddania choćby 

jednego strzału z pepesz. 

Wtedy, pośród

arktycznego milczenia Syberii,

czarny kocur uniósł

poszarpane lewe ucho,

spojrzał na Żerebcowa 

i przemówił ludzkim,

chropowatym głosem,

który wibrował jak 

pomruk nienasyconego pieca.

 

Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę 

dla godnej pożałowania sprawy.

 

A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął, 

po czym obaj

odwrócili się plecami 

do armii straceńców 

i odeszli wolnym,

dystyngowanym krokiem 

w gęstniejącą mgłę tajgi.

 

Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał.

Zjawa była wolna.

I było tylko kwestią czasu,

gdy znów ją schwytają 

gdzieś w ciemni

rozpadającej się komunałki.

Z maszynopisem w jednej dłoni

A z kartą wiersza w drugiej.

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy Czarny kot dodaje mroczności w opowiadaniu. Lejtnant nie był ofiarą. W tak zwanym diabelskim trybie rzeczywistości karma sprawiedliwości dosięgnie każdego, oczywiście za pozwoleniem Siły Wyższej.  
Przychodzi na myśl etyczna zasada: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło/e”.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Simon Tracy Twoje opowiadanie przypomniało mi historyjkę, cytuję poniżej:

"Opisana historia brzmi jak klasyczna, ludowa opowieść z morałem, często przytaczana w kontekście strachów na polnych drogach czy opowieści o spotkaniach z nieczystą siłą po spożyciu alkoholu. Choć nie jest to znana z podręczników legenda, motyw ten wpisuje się w tradycyjne podania o diabłach ukazujących się na rozstajach, o czym mowa w relacjach folklorystycznych.

Oto zarys takiej opowieści:

Dawno temu, kiedy na polnych drogach zamiast aut królowały furmanki, a wieczorami panowała absolutna ciemność, wracał z karczmy rowerem chłop o imieniu Walek. Był mocno wstawiony, więc rowerem rzucało od rowu do rowu. Księżyc raz świecił, a raz chował się za chmury.

Kiedy Walek znalazł się na odludnym odcinku polnej drogi, w miejscu, gdzie miedza krzyżowała się z wąwozem, nagle poczuł, że coś mu przeszkadza w jeździe. Zsiadł z roweru i zobaczył na drodze pognieciony papier – może gazetę, a może zawiniątko po tytoniu. Pijany, w złości kopnął papier, a potem postanowił go podnieść.

W tym momencie papier zaczął się dziwnie skręcać i dymić. Zamiast płasko leżeć na ziemi, zaczął rosnąć. Z kawałka szarego papieru wyłoniły się rogi, długi ogon i kopyta, które zaczęły stukotać o twardą ziemię. Papier zamienił się w diabła, który zaczął wyśmiewać pijaka, przypominając mu o wszystkich grzechach.

Przerażony Walek chciał uciekać, ale rower się przewrócił. Diabeł tańczył wokół niego, a gdy w oddali zapiał kur, zjawa zniknęła, pozostawiając za sobą tylko zapach siarki i strach, który trzeźwił Walka do końca życia.

Morał: Nie pij, bo po pijanemu nawet papier diabłem się wyda, a i prawdziwego czarta na polnej drodze łatwiej spotkać." - Google.com

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...