Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jak wielkie było moje zdziwienie,

kiedy przekroczyłem próg świątyni,

do której jako dziecko zaglądałem

co niedziela i święta 

a teraz odwiedzałem ją,

jedynie przy okazji 

pogrzebów i jednego ślubu.

I teraz właśnie 

miał to być czas 

przeznaczony na mszę pogrzebową.

Przed kościołem 

nie stał jednak zaparkowany karawan 

ani nie było

w jego pobliżu żadnych grabarzy.

Żałobników również.

Nie było łez, wspomnień i kwiatów.

 

 

Już od kruchty, 

poczułem, nie drażniący swąd 

cmentarnego kadzidła 

i zapach tlących się

parafinowych świec 

a świeży i ciepły przeciąg.

Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy,

powitała mnie

zupełna pustka i osamotnienie.

Ani jedna postać 

nie siedziała lub stała w ławkach 

ciągnących się

w dwóch długich rzędach 

aż do stóp ołtarza.

Pod nim nie ujrzałem również 

katafalku ani trumny

i to już zadało mi ostateczny cios,

uświadamiając mnie w tym,

że zwyczajnie pomyliłem 

jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu.

 

 

Pomylić dzień byłoby wykluczonym.

Czwartek.

Dziewiętnasty sierpnia. 

Godzina jedenasta.

Tak było 

bezsprzecznie zapisane w nekrologu.

Godzina jedenasta.

Pociągnąłem za dewizkę 

i uchwyciłem wystający z kieszeni 

czarnej kamizelki zegarek.

Wskazywał dziesięć minut

na jedenastą.

A więc niecały kwadrans

do uroczystości.

 

 

Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego.

Warto byłoby zapytać u źródła,

czyli księdza 

lub choć kościelnego czy ministranta.

Ich jednak też

próżno było szukać wzrokiem.

Szedłem powoli 

wzdłuż ściany zachodniego skrzydła.

Co jakiś czas zerkałem

w stronę ołtarza 

i przeciwległego skrzydła świątyni.

Byłem w niej sam.

Zaglądałem do konfesjonałów,

licząc na to, że w ich mroku 

odnajdę jakiegoś 

pogrążonego w zadumie 

rozważań lub modlitwy księdza, 

który wyjaśni mi to wszystko.

 

 

Konfesjonały były puste.

Patrząc na te drewniane, pokutne klatki,

uświadomiłem sobie,

że ostatni raz klęczałem w takiej 

przed dwudziestoma pięcioma laty.

Były proboszcz,

który mnie wtedy spowiadał,

był teraz

starym, niedołężnym emerytem 

z prawie setką lat na karku.

A ja z chłopca

bogobojnego i ułożonego,

wyrosłem na 

pozbawionego uczuć,

empatii i sumienia.

Zimnego psychopatę.

Widać i tacy

są potrzebni na tym świecie 

by wypełniać wolę Pana.

 

 

Miałem zamiar udać się 

do kancelarii na zachrystii.

Tam też byłem już kiedyś.

Jakieś dziesięć lat wstecz.

By przynieść druk apostazji.

Pytano mnie wtedy o powód.

Wróciłem do wiary

prawdziwych przodków.

Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca

niż syjonistyczną sektę 

narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni.

Podpisali bez słowa i wahania.

 

 

Postawiłem stopę 

na pierwszym marmurowym schodku 

prowadzącym do drzwi na zachrystię,

gdy te rozwarły się szeroko 

i zanim jeszcze 

próg przekroczyła jakakolwiek osoba,

dało się słyszeć przeciągły 

i niesamowicie głośny

płacz niemowlęcia.

Widać płakało już długo.

Chrypło i spazmatycznie łapało 

zbawczy oddech.

 

 

Przez drzwi wszedł ksiądz 

w o dziwo czarnej szacie,

jakiej jeszcze nigdy

w kościele nie widziałem.

U jego boku jak mały, wierny pies

kroczył ministrant ubrany tożsamo

w czarną komżę, haftowaną 

w jakieś dziwne litery i wzory,

których znaczenia nie znałem.

Za nimi wyszli do nawy

rodzice dziecka.

Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji,

niski i chuderlawy, 

trzymał w dłoniach

zawiniątko z dzieckiem.

 

 

Małżonka jego była aniołem 

i to nie tym z nieba

a z piekła męskiego pożądania.

Wyższa nawet ode mnie.

Jej błyszczące,

niebieskawymi refleksami,

krucze włosy, ciągnęły się za linie,

kuszących, pełnych bioder.

Oczy z turmalinową głębią 

wbite były daleko

w przestrzeń przed sobą, 

jak gdyby oglądały piękno 

oddalonych o millenia galaktyk.

Suknia była prosta i sięgająca ziemi.

Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok.

Blade, odsłonięte plecy 

z mocno zaznaczonym 

pod skórą kręgosłupem 

a pod nimi zapięcie sukni.

Zamek schodzący w dół,

prowadzący na zatracenie zmysły.

Był bramą do 

niewysłowionych rozkoszy jej ciała.

 

 

Jeden raz tylko odwróciła wzrok 

by spojrzeć właśnie na mnie.

Blado się uśmiechnęła.

Przez potok łez.

Bo właśnie przedziwne było to,

że podobnie do dziecka,

ona też zalewała się łzami.

Była załamana i dojmująco smutna.

Załamana ale i złamana.

Pogodzona z losem.

Widać trafiłem na chrzest 

a czułem się tak

jakbym oglądał pogrzeb.

 

 

Za nimi weszła ostatnia postać.

Kobieta wyglądająca jak

siostra matki dziecka

Równie wysoka, piękna ale zimna.

Jak głaz.

Dało się to wyczuć natychmiast.

Znałem ten grymas.

Znałem ten wzrok.

Bezlitosny i pogardliwy.

Ja używałem go na codzień

i ona widać też.

Omiotaliśmy się nim nawzajem,

jak dwa nadrzędne drapieżniki.

Zabrakło jedynie warkotu

i szczerzenia kłów.

Demon zawsze wyczuję

drugiego demona.

 

Wcześniej umknęło mi to,

że co prawda przed ołtarzem nie było

wyczekiwanej przeze mnie trumny,

lecz zamiast niej stała tam kamienna,

obszerna, owalna chrzcielnica.

A więc faktycznie trafiłem na chrzest.

Dziwny chrzest.

 

 

Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy.

Woda w niej z pewnością

nie była święconą.

Była lepka, gęsta

i zupełnie nieprzejrzysta.

Czarna jak polarna noc.

 

 

Ksiądz nachylił się do ucha matki 

i zadał widać jakieś krótkie pytanie.

Ta pokiwała głową i…

wskazała na mnie.

 

 

Wszyscy wbili wzrok 

w moją nieruchomą postać na schodku.

Wreszcie ksiądz

przerwał niezręczną ciszę.

Czyli pan jest chrzestnym?

Proszę podejść bliżej.

Zaczynamy.

 

 

Jego słowa

były chyba ponurym żartem.

Ja chrzestnym!?

Wykluczone proszę księdza.

Ponad dziesięć lat temu

składałem apostazję,

zresztą wcześniej 

i tak nie miałem bierzmowania.

To nieistotne teraz drogi Panie.

Dziecko musi mieć ojca chrzestnego.

Ziemskiego opiekuna swych praw.

Błogosławię Pana do tej roli.

Proszę podejść.

 

 

Ja przyszedłem tu na pogrzeb!

Kiedy odbędzie się pogrzeb 

zaplanowany tu na godzinę jedenastą?

Chcę wiedzieć tylko tyle

i już mnie tu nie ma.

Ksiądz nie dał się zbić z tropu.

Ta świątynia nie prowadzi 

mszy pogrzebowych, 

tylko chrzty i komunie święte.

Został Pan wybrany

na ojca chrzestnego,

chyba Pan teraz nie odmówi dziecku?

 

 

Jak to nie prowadzicie pogrzebów?!

Od kiedy?!

Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach,

na ślubie też, 

ledwie w zeszłe lato.

Teraz powołujemy jedynie

nowych wiernych,

chrzcząc ich i nadając im imię.

Niech Pan nie robi scen w domu Bożym

i stanie w swej roli

dla dobra tej dzieciny.

 

 

Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał.

Nie jestem katolikiem 

ani nawet chrześcijaninem.

Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba,

ale nie mogę brać udziału 

w żadnym chrzcie ani w liturgii.

Z szacunku do Was wiernych 

jak i swoich przekonań i wiary.

Jestem rodzimowiercą.

Wierzę w duchy, demony i magię.

Tą najczarniejszą również.

Praktykuję ją na codzień.

Modlę się do swojej patronki.

Przenajświętszej Śmierci.

Nie o łaski dla mnie 

a o zemstę, sprawiedliwość 

i śmierć dla moich wrogów.

Więc przepraszam 

ale będzie ze mnie kiepski chrzestny.

Idealny.

 

 

To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż.

A padło z ust chrzestnej matki.

Dalej patrzyła na mnie

drapieżnie i dziko.

Jest Pan idealny dla mnie 

jako Pana chrzestnej partnerki 

i dla rodziców małej.

Proszę się zgodzić.

Wyciągnęła ku mnie dłoń 

w zapraszającym geście.

 

 

Oszalałem widać,

lecz dałem za wygraną.

Przeszedłem w ich stronę

i złapałem jej dłoń.

O dziwo była ciepła 

a wręcz lekko spocona i gorąca.

Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej,

nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się

echem serca w żyłach.

Spojrzałem na nią z bliska.

Teraz już uśmiechała się szczerze 

ale nadal zimno.

Z profilu przypominała 

kapłanki Świętej Śmierci

a może sama nią była.

Jeśli nawet tak było,

to już nie bałem się.

Bezbronnemu nie grozi kara.

 

 

Ksiądz spojrzał na mnie 

i zwrócił się tymi słowami.

Na chrzcie świętym

nadano Ci imię skały 

na której miałeś zbudować kościół.

Ty zbudowałeś go 

a potem doszczętnie zrujnowałeś 

a na końcu spaliłeś.

Przyjąłeś demona do swego serca 

i nadałeś mu imię tego, 

który pomagał

dźwigać krzyż na Golgotę.

Bo on pomaga Ci

dźwigać ciężar żywota.

Wyniosłeś go 

ponad wszelkie stworzenie i uczucie 

byś już nigdy nie wrócił 

do postawy człowieka.

Wezwałeś święte oblicze Śmierci 

do swego życia 

aby oddawać jej hołd 

i uciec pod Jej protekcję.

Ona chroni Cię od wrogów 

i zadaje im krwawą sprawiedliwość.

Stałeś się ambasadorem Jej praw.

Piewcą Jej chwały.

Jej wilczym omenem, 

który wykonuje Jej nieomylne wyroki.

Godnym jesteś kapłanem 

by nadać imię temu dziecku.

A wtedy

mechanicznie wręcz wyrzekłem

A więc niech przyjmie imiona.

Angelisa Angela Luna Sol de Muerte.

 

 

Dzwonnica rozgorzała 

potęgą spiżowych dzwonów.

Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi.

Już nie płakała.

Miała zimne, czarne oczy śmierci.

Wyrośnie na piękna kapłankę.

Ministrant trzymał w dłoniach

złoty pucharek 

z komunią w środku.

Były to szczątki ciała wrogów 

umoczone we krwi.

Rozdał je pośród zebranych.

Każdy dopełnił ofiary.

Wiążąc zaklęte w nich dusze

Na wieki w potępieniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Lenore Grey Mógłbym rozciągnąć niektóre opisy ale odbiłoby się to na grozie.

Opis urody kobiet to opis moich ideałów piękna. Stąd też nie tylko są to kapłanki Santa Muerte ale i Angelisy 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

No i jeszcze to

 

 

Jak każdy zbzikowany autor mam swoje muzy.

U mnie to wysokie, szczupłe brunetki o prostych i jak najdłuższych włosach i bladej cerze.

Ewentualnie wysokie, rude, szczupłe i piegowate piękności o kręconych puklach.

 

Blondynki grają u mnie marginalne role i tylko złe charaktery :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Ernest Guzik

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Cudowna metafora:⁠^⁠)   Piękny wierszyk 
    • Przed poranek   Do Ciebie, każdego kto złotem pokrywa swą skroń powierzając w odwadze, swą wiarę, zwrócone zostają zawołania; użycz mi swej dłoni, złącz szum dyrektyw zerwij apel wzburzonej toni Do każdego co ma czelność, przy murze tworzyć napis wzywam, by uwierzył nad swe morały ulegając ciałem, duchem i mową spragnionych zrozumienia adekwatnego złączonego z jestestwem buntu, ścianą ograniczonego która zdaję się, na wskroś mierzyć nad zapędy           ustąp na sekundę po tyle tylko, co złączy wzrok mój z Twym imieniem czego znaczenia, rozum nie pojmie lecz co z człowieka pozostało; błądzącego poranną górą, wysoko nad innymi szczytami   Zmartwione stają się wizerunki wieczorem, gdy nikną chodniki w świetle żarówek Nie wiadomo o czym mówię?            Ależ o tej chwili, gdy ciszą wiedzie hałas zapachu noszonego przez mowę zwodniczy pakt, dnia i cienia którego obserwatorami jesteśmy od dnia narodzin   Powołuję się na swoje postrzeganie, oddając do dyspozycji papierowy tlen i występ; z nadzieją, że nikomu się nie ukłonię   W trakcie Wczesny wieczór   Mętniejemy W ścieżce co brodzi nam pod kolanami, starając się łapać oddech I krzyczymy, że przyrzekamy W doli czując, iż to w następnej kolei stoimy my, którzy wiedzą więcej Wyrazy naszych sfer, stają się projekcją salą, chwilę przed audiencją Budząc się rano, zapewniamy Wedle woli, trącając na boki tą jedną lampę w rogu biurka       Niżli ja, nie obronię tego       rozpoznaję wzór       odbity na mym monogramie Uwikłani myślą niezamierzenie zanikamy w mgle, wtem też, umiera spełnienie Prawda toczy się ulicą, Mknie jak łza senna po policzku   Towarzysze w sieni mej zebrani! Bym podzielił się swą mową, co człowieka tworzy, jak poeta słowo, ogrom mnie objął zbitych marzeń, czy też oczekiwań Mąci mnie sen zapachem trawy, by po chwili zmienić się w koszmar morałem, niepoprawny Dzieję swe, objąłem pasją ku naturze mur krzywd, w swój czas, jedną myślą zburzę Słysz mnie! Obrazie na zakręcie, dostrzeż w końcu zbity próg Bo ja ten, co pragnął wizji tak zawzięcie poglądu na krajobraz Co uklęknąć mi da spoczywać na nowo być jako dawny fotograf   Pierwszy, drugi, piąty rzędzie! Rwij się do krzyku, tak ja wewnątrz, swą młodość zerwę!     Już po północ, nikogo w sieni   Tylko tyle pragnę że wszystek obejmą nadzieję  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Oczywiście, że tak, nie przeczę, ale to jakoś tak często zupełnie różne sprawy chodzą parami :)
    • @MIROSŁAW C. Oj nie wiem, czy akurat ten tekst należy do "perełek" ;)) Ale dziękuję za pochwałę. 
    • @UtratabezStraty Przekomarzanie się Agnieszki i Marka dodaje życiowego posmaku do szarzyzny i kolorów małżeństwa ukazując rzeczywistość codzienności.  Pozdrawiam.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...