Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ja nie zadzwoniłabym dzwoneczkami
gdybym wiedziała, że wchodzisz w serce z taką łatwością

Amelia Rosselli


Tęsknię za tobą jak tęskni jedna skamielinę za jej odkrywcą.
Jesteś odkrywca moich wspomnień, które pisałam do ciebie.
Wydobywasz ich bez litości dla mnie,
wkradasz się aż do serca, gdzie
zostawiasz pęknięcia.


Co mam zrobić?
Przeklinam drugą połowę, która
odrywa się i unosi
(nienawidziłam częstego nadużywania słów);
oni jak martwe stało.
Ale ciało jest wciąż żywe,
tysiąc raz, kiedy byłam «alive»,
ale w środku siebie śpiewałam «dead».


Jedna poetka,
pewnego dnia mnie nie znajomego
zniknęła w nigdy nieotwartej walizce pamięci
(bo nie pamiętam dnia, w którym ją
przeczytałam,
ale tak dobrze, tak łapczywie dobrze
pamiętam oczy, które ci pożerałam);
(bo jeśli ją otworzę [walizce],
pożre mnie jak pierwszy pocałunek
nigdy nie nasycony tobą):


Tęsknię za każdą śmiercią,
która widziała twoje narodziny,
i z każdą śmiercią która przeżywam

i ożywam.

 

Jak bardzo chciałabym, żeby były moje
te s ł o w a,
moje!
Tylko dla tego, żeby tobie ich pokazać,
ale ty, z tamtej strony kontynentu
zobaczysz je
i nie zrozumiesz.


I wtedy,
obróconym w moją stronę,
jakbyś chciał wziąć oddech,
przyniesiesz mi pytanie,
spojrzysz na mnie:
to ja jestem tymi wersami.


Tak zadawała ból sól,
którą mi zaoferowałeś podczas
naszego ostatniego obiadu.
To jest jakby mieć różne kultury
jedzenia
nie twojego,
najpierw nie mojego,
a potem: nikogo.


Niespodziewany:
całus i podpis.


26.12.24

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...