Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wrzask nie ustawał nawet na chwilę.

Zlał się w jedną nieznośną kakofonię,

razem z syreną alarmu.

Prześladował go wszędzie.

Na korytarzach, schodach, hallach.

Dudnił metalicznym pogłosem

w rurach i szybie windy.

Miał wrażenie, że wszystkie

uwięzione tu wbrew swej woli eksponaty wrzeszczały,

wołały o ratunek ale i zemstę.

Do świtu

pozostało około sześciu godzin.

Zegarek i telefon zostawił na biurku.

Tak samo jak rozsądek,

który i tak wreszcie by go zawiódł.

Musiał mieć pewność,

choć miał ją głęboko

w pierwotnej tkance przetrwania,

lecz pragnął namacalnego dowodu.

I znalazł go 

przed otwartymi

szeroko oczyma obłędu.

Najwyższa z gablot 

usytuowana na lewo od tiary 

przy rogu ściany, 

była pusta.

A to oznaczało tylko jedno.

Śmiertelne kłopoty.

Coś więcej niż widmo starej klątwy.

To było przeznaczenie.

 

Gdy dopadł wreszcie do swego biurka,

krzyk zamarł w bezdennej gardzieli,

pustych korytarzy.

Nie pozostawił po sobie echa, 

śladu, wskazówki, niczego innego,

ponad dojmującą grozę oczekiwania.

Złapał za telefon, 

gotów wybrać numer alarmowy…

ale co im powie,

że jest szalony,

obłąkany starymi wizjami,

śmiertelnie przerażony i zmęczony?

Sala morska miejskiego muzeum,

stała się teatrem cieni i duchów 

dawnej klątwy Quarrego?

Gdy nad miastem

spokojnie zapada noc,

to w eksponaty sali wchodzi 

przedwieczny demon i nęka jego,

biednego,

nic nie znaczącego strażnika 

z zaawansowanym lękiem społecznym 

i znamionami

bardzo dotkliwej psychozy.

Widać nie było ratunku wtedy, 

nie będzie go i dzisiaj.

Przypomniał sobie słowa 

jednej z przewodniczek,

która oprowadzała wycieczkę 

po sali morskiej…

 

W roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym, pierworodny i jedyny potomek Valentina Quarry

i jego dziwnej żony,

zgłasza się do miejscowego historyka z prośbą by ten przejął w testamencie po nim cały majątek rodziny Quarrych

a trzeba zdawać sobie sprawę,

że w tamtym czasie 

była to astronomiczna fortuna.

Syn kapitana,

Norman opływał w luksusy.

Bawił się w Londynie z najwyższych lotów śmietanką towarzyską,

Był gościem książąt angielskich, 

niemieckich i stałym bywalcem 

na dworze królewskim.

Mieszkał w starej

jakobińskiej posiadłości 

oraz posiadał dwa zamki 

jako rezydencje letnie.

Miał kilka fabryk włókienniczych,

udziały w kopalniach i faktoriach

za oceanem.

Rewolucja amerykańska,

nie wywarła na nim

uszczuplenia dochodów 

co jeszcze bardziej ugruntowało

jego pozycję sprawnego

i przedsiębiorczego człowieka.

Jedyną skazą wydawało się to,

że jeszcze za życia,

jego ojciec przymusił 

go do ożenku

z podobnie jak jego matka,

dziewczyną pochodzącą z tej samej wyspy mórz południowych.

Była zupełnym

przeciwieństwem Normana.

Niska i dość tęga.

Oczy miała wodnistej barwy

i jakby ślepe 

lub pokryte dziwną formą błony,

włosy długie lecz bardzo rzadkie

i zawsze jakby wilgotne,

sztywne w swej prostocie.

Skóra jej szara i równie tłusta jak włosy.

Nos płaski, bardzo krótki

o spłaszczonych dziurkach.

Miała z pewnością zdeformowane okrutnie stopy lub całe nogi,

bo ledwo trzymała fason chodząc.

Kulała i wlokła stopy po ziemi.

Nie interesowała się niczym

i niewiele wiedziała

o cywilizowanym świecie.

Jedynie w dziedzinie

rodzinnych skarbów,

była specjalistką 

i mogła o nich rozmawiać godzinami.

Ubierała się

ekstrawagancko i wulgarnie 

jak na swoje czasy.

Zawsze z dodatkiem klejnotów, kolii,

kolczyków czy pasów 

ze swoich rodzinnych stron.

Na specjalne okazję

zakładała na siebie 

coś na wzór togi

o różowym zabarwieniu,

dobierała do niej tiarę

o fantazyjnym kształcie

nie dającym się sklasyfikować,

tiara w centralnym miejscu posiadała czarny, gładki klejnot

o podobno złowrogiej mocy.

Złośliwcy nazywali ją w tym stroju bluźnierczym kapłanem.

lub papieżem zakonu Dagona.

Norman miał z nią jednak

aż czworo dzieci,

trzech synów i córkę.

Byli oni jednak skutecznie ukrywani przed światem za murami posiadłości.

Złośliwi twierdzili, że to ze względu na mało urodne geny rodzicielki.

Stary kapitan Quarry,

zmarł w roku

tysiąc siedemset

sześćdziesiątym ósmym,

na dziwną i szybko postępującą 

chorobę skóry.

Musiała być genetyczna

bo Norman też cierpiał

na bardzo podobne objawy.

Pod koniec życia nosił grube rękawice,

wiązał bandażami całą twarz 

a potem zaczął utykać i dziwnie powłóczyć nogami

zupełnie jak małżonka.

Wreszcie zmuszony był do tego 

by usiąść na wózek inwalidzki.

Znów złośliwcy mówili, 

że jedynie w wodzie ciało Normana opuszczają wszelkie ułomności

i pływa doskonale i z gracją 

godną trytona albo marlina.

Jednak pod koniec życia Norman 

unikał wszelkiego kontaktu z wodą.

Nie wsiadał już na statki ani barki.

Nie wyjeżdżał nad morze 

ani nie zbliżał się do rzek.

Ukrócił wypady nad jeziora.

Nie chadzał nawet po parkach, gdzie były sztuczne stawy i sadzawki.

Nie mył się, 

oficjalnie z powodu

owrzodzeń na skórze,

nieoficjalnie był ogarnięty obłędem.

Przyjmował płyny z trudem.

Pił maleńkimi łyczkami

i łykał z niesamowitym bólem w oczach.

W testamencie zapisał by pochować go z dala od jakiejkolwiek rzeki

a szczególnie morza.

Ciało kazał zabalsamować 

i trzymać w sarkofagu

pod stałym dozorem.

 

 

Historyk bał się tego, 

że zginie z rąk rabusiów

lub włamywaczy polujących na

tak wielkie i cudowne skarby.

Próbował przekazać skarb 

na powrót wdowie i dzieciom.

Ta jednak zgodziła się

by go zatrzymał

bo zamierzała wrócić

w rodzinne strony 

jednak bez dzieci,

które porzuciła 

u krewnych Quarrych 

w pół roku po pogrzebie męża.

Nikt już jej więcej nie widział.

Lecz widać tiara, którą zostawił

u historyka jej mąż

była jej bardziej droga od dzieci 

bo wysyłała do niego poselstwa 

o odkupienie jej za wygórowane sumy.

Jednak zawsze z tym samym skutkiem.

Grzeczną acz stanowczą odmową.

A to dlatego,

że dopisek

do testamentu Normana głosił.

 

 

Panie Farringhton,

może Pan sprzedać wszystko

co dostał ode mnie

ale przyjdzie dzień,

że będą chcieli odzyskać tiarę.

NIE MOŻE JEJ PAN SPRZEDAĆ,

choćby i za cenę

wiecznego, złotego raju.

ONA PO NIĄ WRÓCI

lub upomni się o nią.

Tiara MUSI być bezpieczna u Pana.

Po swojej śmierci MUSI Pan

zapewnić jej bezpieczne miejsce.

Chyba, że klątwa jest PRAWDĄ.

Wtedy tiara zyska 

swego wiecznego strażnika.

 

 

Farringhton umiera w roku

tysiąc siedemset

osiemdziesiątym drugim.

Do ostatniego ziemskiego dnia 

odmawia wdowie po Quarrym

zakupu tiary.

W testamencie Farringhton

zapisuję skarb na poczet

urzędu miasta, który opiekuję się zbiorami po dziś dzień.

I do dziś dnia odmawia

mieszkańcom wysp południowych odkupu tiary,

którą widzicie państwo

w samym centrum sali.

A w lewym rogu sali mają państwo prawdziwą ucztę dla oczu.

Oto otwarty sarkofag z mumią

Normana Quarry, którą muzeum odkupiło od prywatnego kolekcjonera kilkanaście lat temu.

Norman Quarry powiedziałby zapewne,

że skarb zyskał tym samym strażnika 

lecz na Boga z pewnością nigdy

nie miał na myśli samego siebie.

 

Kustosz muzeum miejskiego,

został brutalnie zbudzony 

około pierwszej w nocy 

natarczywie dzwoniącym telefonem.

Odebrał z ociąganiem,

mimo tego że na ekranie

wyświetliło mu się imię

dyżurującego strażnika.

Początkowo w słuchawce

panowała cisza.

Potem jakby fale morskie

płynęły przez eter,

potem seria zgrzytów, oddechów, zająkanie…

cisza, fale i ten głos.

Gulgoczący i nieziemski wręcz.

Mający dodatkowo zaiste obcy akcent.

Kustosz usłyszał tylko tyle.

Przybądź obejrzeć nowego strażnika…

telefon zamilkł.

A kustosz zerwał się na równe nogi. 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Świetnie skonstruowana groza - nie przez brutalne środki, ale przez nawarstwianie szczegółów. Historia tiary i rodziny Quarrych opowiedziana głosem przewodniczki to doskonały zabieg, bo daje mi całe tło - zanim jeszcze pojmę czego się bać. :)

A ten koniec - "przybądź obejrzeć nowego strażnika" - zostaje w głowie długo po przeczytaniu. Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Christine "Widmo nad Innsmouth" jest moim ukochanym opowiadaniem Lovecrafta. 

Ostatnio stworzyłem opowiadanie na podstawie "Szepczącego w ciemności"

więc teraz podjąłem się własnej wersji kultu Dagona.

Chciałbym jeszcze kiedyś napisać opowiadanie nawiązującego do

"Coś na progu".

Najbardziej przerażającego dla mnie osobiście opowiadania Lovecrafta.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Lidia Maria Concertina   Piękny wiersz o walce z własnymi demonami i ratunku."Croissant czarnego księżyca" to śliczna metafora! A to "mocne trzymanie za rękę" to coś, czego każdy z nas czasem potrzebuje, gdy stoi na dachu. Cieszę się z tych zaplanowanych wakacji na końcu. Trzymajmy się tego światła! :) 
    • Po co mi słońce, po co mi cień w świecie pełnym zmartwień po co mi wiatr i ptaków śpiew gdy cały czas ogarnia mnie gniew nie smakuje mi woda ani najdroższe wina nie chodzę do teatru ani do kina nie potrzebuje plaż złotych czy  szczytów gór oceanów głębin ani lekkości chmur żadnego świata i gwiazdy na niebie ale ponad wszystko ja potrzebuje ciebie
    • Na prostej drodze zgubić się najłatwiej wiem bo minąłem wszystkie skrzyżowania teraz stoję na sygnalizacji świetlnej nie wiedząc jakie światło na jazdę pozwala   za wolno jechałem trąbiony przez życie dopuszczony do ruchu przegląd przespałem bez kół jechałem nie płacąc za ubezpieczenie licząc że ominie mnie nieunikniony wypadek   zderzyłem się sam ze sobą bez żadnych świadków Anioł z lawetą z Nieba pospiesznie przyjechał i tylko Bóg widział że nie było dwóch wraków    bo jedno pędzące życie jak wszystkie kochał
    • Piękny jest ten wiersz  Naprawdę  Aż się jakoś tak zasmuciłam  Czasami tak bardzo boimy się wpuścić do naszego życia innych ludzi że nawet nie jesteśmy w stanie podać im własnego imienia zasłaniając się nickiem  Czasami jednak samotność jest już tak ogromna że na bok odkłada się nieśmiałość i wchodzi w relację realnie obnazającą wszystko  Tak jakoś mi się to czyta dziś  Jutro mogę mieć inną optykę  Pozdrawiam serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Berenika97 odsuwając przymiotniki na bok, o tym miało być. O korzystaniu z przyjemności gdy życie sprzyja i adekwatnie - o gorszych czasach i innych potrzebach. I ze dobre chwile zostają w człowieku, zatem równiex̌ dlatego nie ma co ich sobie żałować. I o akceptacji, że nic nie jest wieczne, ni lato, ni zima.  Mistrzyni. Pozdrawiam. Bb
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...