Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano




miasto wypociło strupiałą skórę
wciska nam twarze w krwawiący beton.


jest dziś jak otwarty brzuch,
rozpruty nocą nożem koparki
śliskie trzewia kanalizacji
parują.

zaułek oddycha
parą z kanałów,
neonami, które szarpią oko
padaczka świata,
jak nerw,
którego nie da się już uspokoić.

każdy zaułek
jest zgrzytaniem zębów o szkło.

w zaułku,
gdzie śmietnik cuchnie rzeźnią,
a mur pamięta więcej potu
niż modlitw.

stoimy blisko,
za blisko
aż coś trzeszczy między nami.

brakuje miejsca na oddech.

jej płaszcz to skóra,
którą zdzieram zębami
jak z padliny,
pod spodem
musi być wyjście
albo przepaść.

nasze ciała płoną w zaułku jak trupy
jakby miasto oblało nas benzyną
i rzuciło niedopałek neonu.


moje dłonie nie pytają,
wchodzą w ciebie jak łom w zardzewiały zamek
rozrywamy się na pół.

moje ciało w twoim jako jedyny
miękki punkt
w którym jeszcze nie ma betonu.



wiedzą tylko,
gdzie boli najbardziej.

między nami zwarcie
jak kabel bez izolacji,
skurcz,
który wykręca palce
na biodrach.

usta nie mówią.
usta to rozszarpana rana,
zszywana na brudno
w bramie,
zardzewiałym drutem
i jej śliną,
bez znieczulenia,
na żywca.

miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic
ciekawy, czy jeszcze drgniemy.

jesteśmy jak dwa szczury
w tętniącym kanale,
które miasto przeoczyło
przy dezynfekcji.

oddech wpada w oddech,
jakby miasto dławiło się
własnym tętnem,
próbowało nas wypluć
i nie mogło.

cegły wrzynają się w łopatki,
miasto
chce nas żywcem wmurować w siebie.

czuję, jak pęka tynk
pod twoim ciężarem,
ściana
nie chce być świadkiem.


czas wymiotuje pod ścianą
skowyczącym echem
wdeptany w asfalt przez tych,
co zdążyli nas przeżyć.

my jeszcze nie
my jeszcze w sobie.

to nie jest czułość.
to odruch przetrwania.

to panika ciała,
że za chwilę znów będzie samo,
że noc trzyma nas jeszcze tylko dlatego,
że miasto nie zdążyło zgasić światła,
że świt zabierze wszystko,
co teraz drży.

dwoje ludzi
przestaje się mieścić
we własnej skórze
w zaułku wielkiego miasta,
gdzie miłość nie ma imienia,
ma tylko puls
temperaturę
i ślady,

które miasto zliże jak krew,
zanim przełkniesz
własny strach.

ale ciało zapamięta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pisze się  zombi - Google.com przepraszam, ale musiałem, ponieważ ząbi kojarzyć się może z zębami ;))) wiersz na plus    pozdr.     **********************************  
    • miasto wypociło strupiałą skórę wciska nam twarze w krwawiący beton. jest dziś jak otwarty brzuch, rozpruty nocą nożem koparki śliskie trzewia kanalizacji parują. zaułek oddycha parą z kanałów, neonami, które szarpią oko padaczka świata, jak nerw, którego nie da się już uspokoić. każdy zaułek jest zgrzytaniem zębów o szkło. w zaułku, gdzie śmietnik cuchnie rzeźnią, a mur pamięta więcej potu niż modlitw. stoimy blisko, za blisko aż coś trzeszczy między nami. brakuje miejsca na oddech. jej płaszcz to skóra, którą zdzieram zębami jak z padliny, pod spodem musi być wyjście albo przepaść. nasze ciała płoną w zaułku jak trupy jakby miasto oblało nas benzyną i rzuciło niedopałek neonu. moje dłonie nie pytają, wchodzą w ciebie jak łom w zardzewiały zamek rozrywamy się na pół. moje ciało w twoim jako jedyny miękki punkt w którym jeszcze nie ma betonu. wiedzą tylko, gdzie boli najbardziej. między nami zwarcie jak kabel bez izolacji, skurcz, który wykręca palce na biodrach. usta nie mówią. usta to rozszarpana rana, zszywana na brudno w bramie, zardzewiałym drutem i jej śliną, bez znieczulenia, na żywca. miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic ciekawy, czy jeszcze drgniemy. jesteśmy jak dwa szczury w tętniącym kanale, które miasto przeoczyło przy dezynfekcji. oddech wpada w oddech, jakby miasto dławiło się własnym tętnem, próbowało nas wypluć i nie mogło. cegły wrzynają się w łopatki, miasto chce nas żywcem wmurować w siebie. czuję, jak pęka tynk pod twoim ciężarem, ściana nie chce być świadkiem. czas wymiotuje pod ścianą skowyczącym echem wdeptany w asfalt przez tych, co zdążyli nas przeżyć. my jeszcze nie my jeszcze w sobie. to nie jest czułość. to odruch przetrwania. to panika ciała, że za chwilę znów będzie samo, że noc trzyma nas jeszcze tylko dlatego, że miasto nie zdążyło zgasić światła, że świt zabierze wszystko, co teraz drży. dwoje ludzi przestaje się mieścić we własnej skórze w zaułku wielkiego miasta, gdzie miłość nie ma imienia, ma tylko puls temperaturę i ślady, które miasto zliże jak krew, zanim przełkniesz własny strach. ale ciało zapamięta.                  
    • Ma - wiadomo, da i wam.    
    • A kres jaj, serka.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...