Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie musiałem szukać zbyt długo. Po przejściu kilkudziesięciu zaledwie metrów, Ujrzałem neon: SZ_ATY. Wszedłem do wnętrza i miałem ochotę uciec z niego jak najszybciej z powodu zaduchu, ale sprzedawca zagrodził mi drogę do wyjścia, rozejrzałem się więc się wokół. Na wbitych w ściany gwoździach, na porozwieszanych we wszystkich kierunkach sznurach, lub po prostu, na podłodze wisiały, lub leżały niezliczone sztuki wszelkiej maści, fasonu i rozmiaru garderoby. Widząc te ciuchy zapytałem diabła – sprzedawcę.
– Jaja sobie z klientów robicie? Neon nad wejściem obiecuje szaty, a co oferujecie?
Sprzedawca ujął w rękę kij od szczotki, wychylił się na zewnątrz i postukał nim w reklamę. Neon przygasł na moment. Gdy rozbłysnął na nowo, można było odczytać słowo „SZMATY”.
– Przepraszam – rzekł sprzedawca – on często robi takie kawały, ale stali bywalcy mają to gdzieś, a pan, widzę – nowy w tej okolicy. Czym mogę służyć?
– Muszę kupić coś do ubrania. Najchętniej jakiś garnitur, kilka koszul, no i dżinsy.
Sprzedawca wyłożył na ladę całe naręcza rzeczy. Koszule, na oko były dobre, wziąłem więc do przymierzalni tylko jakieś dżinsy i dwa garnitury. Zasunąłem za sobą zasłonkę i zacząłem wkładać spodnie. Jakoś tak dziwnie mi się je zakładało, a kiedy już je ubrałem do końca stwierdziłem, iż z przodu jakoś dziwnie odstają, w tyle zaś są jakby zbyt wąskie. Przywołałem sprzedawcę.
– O co chodzi? – zapytał, lecz spojrzawszy na mnie, nie czekając na odpowiedź roześmiał się na całe gardło.
– Co cię, do diabła, tak śmieszy!?
– Szanowny pan założył tyłem do przodu.
– Jak to? Przecież rozporek jest z przodu.
– Ha, ha, ha. Rozporek z przodu – a którędy moglibyśmy wówczas wystawiać ogon?
– No, niby tak, ale ja nie mam ogona, a rozporek służy do czegoś innego.
– Do czegóż to ma służyć rozporek?
– Jak to, do czego? Do sikania.
– A, po co? Nie można sikać po nogach? Wszyscy tak robimy i jest dobrze. Chcąc, nie chcąc założyłem spodnie na sposób diabelski. Okazało się, że leżą znakomicie. No cóż, sikał będę na sposób damski i po sprawie. Garnitur też leżał całkiem nieźle, a sprzedawca, dodał mi dwa gratisy w postaci t-shirtów z nadrukami. Na jednej: J. D. GERENATKA MUSI ODEJŚĆ, a na drugiej: NIECH ŻYJE J. D.GERENATKA. Cena jaką mi podał wydała mi się dość przystępną, ale i tak udało mi się wytargować trzydzieści hellarów. Ze sklepu wyszedłem w dżinsach i podkoszulku, a garnitur i piżamę włożyłem do reklamówki. Zapytałem jeszcze, gdzie mógłbym kupić buty. Sprzedawca spojrzał na mnie jakoś dziwnie i powiedział:
– Pójdzie pan w prawo, na drugiej przecznicy skręci w lewo, na ulicę Pacanowską i w trzeciej kamienicy po prawej stronie przejdzie pan przez sklepioną bramę na podwórze. Tam znajdzie pan to, czego potrzebuje.
Podziękowałem i opuściłem sklep. Jak zdążyłem się zorientować, tutaj nawet w ciągu dnia panuje półmrok, a teraz zapadła całkowita ciemność, rozjaśniana przez nieliczne latarnie i płonące na ulicy koksiaki i metalowe beczki po olejach. Poszedłem zgodnie ze wskazówkami sprzedawcy i znalazłem się na podworcu. Na jednej ze ścian widniał wielki szyld:
„BLACKSMITH & HARDWARESTORE – McUSHINSKY”.
Natychmiast dopadły mnie dwa obnażone do pasa diabły i zaprowadziły do pomieszczenia, które okazało się być kuźnią. Zanim zdążyłem zaprotestować, zostałem podkuty. Po uiszczeniu zapłaty udałem się do hotelu.
Z daleka dojrzałem neon:
„ HOTEL POD UPADŁYM ANIOŁEM”.
Widoczne z bliska liszaje na tynku i powybijane szyby w oknach świadczyły niezbicie, że sam hotel też jest „upadły”. Cóż jednak miałem czynić? Szukać Ritza? Wszedłem do holu. Za kontuarem recepcji stał stary, chudy diabeł z chytrymi oczkami. Na przyczepionym do kamizelki identyfikatorze przeczytałem: Starszy Recepcjonista J.U. d’Ash. Szlachcic – pomyślałem, a wygląda jak ostatni oprych.
– Dobry wieczór. Chciałem wynająć pokój.
– Na długo?
– Na razie na jedną noc.
– Z klimatyzacją, czy bez?
– Z klimatyzacją.
– Trzydzieści. Z góry.
Wyciągnąłem z kieszeni banknot stuhellarowy.
– Mowy nie ma. Przyjmuję tylko w brzęczącej monecie.
Wysupłałem z kieszeni garść monet. Szybko odliczył trzydzieści hellarów, po czym wręczył mi klucz.
– Trzynastka. Pierwsze piętro, po lewej.
Wspiąłem się po trzeszczących schodach na piętro i odszukałem swój pokój. Gdy otworzyłem drzwi, w pierwszym odruchu chciałem uciec, ale w końcu przekroczyłem próg. Nie będę szczegółowo opisywał tej nory, ale skojarzyłem ją z kubrykiem na czternastowiecznym statku. Poszukałem ręką włącznika i zapaliłem zwisającą na kablu żarówkę. Rzuciłem zakupy na wyro i zacząłem bezskuteczne poszukiwania klimatyzacji. Zszedłem więc do recepcji i wyskoczyłem z mordą na d’Asha. Recepcjonista zaklął szpetnie i udał się ze mną na górę. Gdy weszliśmy razem do pokoju warknął:
– Jak to nie ma? A to co? – wskazał łapą na pozbawione szyb okno.
– To jest klimatyzacja? To jak wygląda pokój bez niej?
Skinął na mnie i opuściliśmy pokój. Zaprowadził mnie do jakiegoś innego i otworzył drzwi. Bijący z wnętrza zaduch, niemal mnie zabił. Zapalił światło.
– Proszę spojrzeć.
Wsadziłem głowę do środka. Okno było zabite dyktą. Przeprosiłem więc mego cicerone i udałem się pod trzynastkę. Poszukam jeszcze toalety, załatwiłem fizjologiczne potrzeby, umyłem ręce i twarz w kapiącej z kranu rdzawobrunatnej, wodopodobnej cieczy i rzuciłem się na posłanie. Jednakże głód nie pozwalał mi zasnąć, postanowiłem więc wyjść z hotelu, by poszukać jakiejś knajpy. Gdy tylko wyszedłem na ulicę, dostrzegłem biegnących w jednym kierunku – pojedynczo i grupami – diabłów. Chwyciłem za ramię jakiegoś wyrostka.
– Gdzie wszyscy tak pędzą?
– Na festyn.
– A co się tam dzieje?
– Będzie pieczenie boczku.
Puściłem go i podążyłem w tym samym, co wszyscy kierunku. Już po chwili znalazłem się na obszernym placu. Jakiś jegomość w katowskim kapturze na głowie właśnie obwieszczał gromkim głosem:
– A teraz zapraszam na główną atrakcję naszego festynu – przypiekanie boczku.
Odsłonił kotarę i moim oczom ukazało się ognisko nad którym był zawieszony człowiek. Przez pożyczoną od jakiegoś diabła lornetkę dojrzałem wysokiego mężczyznę w góralskich portkach i wysokiej czapce. O qurna! Janosik! Kat podsycił ogień, który zaczął sięgać boku skazańca. Janosik zaintonował „Góralu, czy ci nie żal...”. Zrobiło mi się go żal i straciłem apetyt, nie tylko na boczek. Odszedłem z miejsca kaźni. Idąc powoli zauważyłem szyld z napisem CINEMA. Nie miałem ochoty na sen, więc postanowiłem coś obejrzeć. Rozglądając się po holu zauważyłem całe mnóstwo afiszy – same horrory, thrillery, pornole i filmy akcji.


Spojrzałem na repertuar.

Duża sala – Nowe przygody Frankensteina

Średnia sala – Roman ceporęki

Mała sala – Koszmar wielkiej dupy

Ceny biletów: 10 hellerów

Pokręciłem głową z dezaprobatą, wtedy podszedł do mnie bileter.
– Szanowny pan, życzy coś specjalnego?
– Dlaczego nie?
Skasował do kieszeni pięćdziesiąt hellerów, po czym założył mi opaskę na oczy i poprowadził dziwnie krętą, prowadzącą to w górę, to w dół drogą, aż znalazłem się w niewielkiej, wypełnionej w połowie widzami sali projekcyjnej.
– Jeśli będzie chciał pan wyjść, proszę nacisnąć na przycisk.
Zasiadłem w fotelu, a po chwili rozpoczął się seans. Puścili „Przeminęło z wiatrami”. Okazało się, że film był w tureckiej wersji językowej z napisami w języku Suahili, a na domiar złego kopia była tak zużyta, że nie dało się oglądać. Po kilku minutach nacisnąłem przycisk. Rozległ się potężny dźwięk syreny, jakby ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Bileter pojawił się w ciągu kilku sekund. Ponownie założył mi opaskę i wyprowadził z sali. Zdegustowany wyszedłem na ulicę i udałem się w kierunku hotelu.
Po drodze zaczepił mnie mały gazeciarz i wcisnął do ręki najnowszy numer Lucyferalnej Gazety. Rzuciłem mu pięćdziesiąt hellcentów i wróciłem do hotelu. Przy mdłym świetle żarówki nie udało mi się odcyfrować nic, prócz nagłówków: Smołagate, Skład Przyzby Krzywoprzysięgłych, Nowy nabytek Muzeum i jeszcze kilka innych, mniej interesujących.
Zgasiłem światło i zamknąłem oczy. Zapadłem w płytki, niespokojny sen. Śniły mi się kotły z wrzącą smołą, Madejowe Łoża i inne wymyślne machiny służące do zadawania tortur.
Rano zapoznałem się ze składem Przyzby Krzywoprzysięgłych:
Pedro Bernardo o Luis Paolo Antonio Ronaldinho da Costa de Salasaar
Petrus Canalaris-Urina
Mugabi Tarantulla
Reaksja Piekielna
Hymen Diabelska
Achillea Barbarus
Nanna Rumiana
Merry Juana
Andrus Diabello
Modest Cenzor
Re-Fren
Tryton Stentor
Gdy następnego poranka dotarłem przed gmach sądu, ujrzałem, że jest otoczony kordonem Samoochroniarzy, a wokół hali uwijała się grupa strażaków w maskach przeciwgazowych. Nikogo nie chcieli przepuścić. Spotkałem Asherotha.
– Dzisiejsza rozprawa odwołana. Jakiś dywersant wtargnął nocą do budynku i pokropił go wodą święconą, a na domiar złego okadził kadzidłem. Dezaktywacja potrwa cały dzień. Jeśli ma pan ochotę możemy wybrać się do jakiegoś lokalu na małego szatana i duże mleko od wściekłej krowy. Przy okazji opowiem panu co nieco o krzywoprzysięgłych.
Nie muszę chyba wyjaśniać, że propozycję adwokata przyjąłem z wdzięcznością...
Poszliśmy do jakiejś knajpy. Jej wnętrze nie kojarzyło mi się bynajmniej z restauracją hotelu „Sobieski”, lecz raczej stołówkę z najgorszego snu więźnia Alcatraz. Zasiedliśmy przy chwiejącym się stoliku, a Asheroth zamówił kawę i pół litra. Czekając na kelnera rozłożyłem gazetę.
– Mam tutaj cały skład Przyzby Krzywoprzysięgłych. Proszę mi coś o nich opowiedzieć. Przewodniczącym jest Pedro Bernardo Luis Paolo Antonio Ronaldinho da Costa de Salasaar. Co to za jeden?
– Konkwistador, posiekany na kawałki za gwałt dokonany na lamie. Do tej pory ciężko mu się jest pozbierać do kupy i co chwilę się rozpada. Wyjątkowa swołocz.
– Pocięty na kawałki za gwałt na lamie? To sodomia była tak ciężko karana?
– Niekoniecznie. Ale to nie była zwykła lama, lecz Dalaj Lama.
– Z zawieszonego nad barem telewizora marki Satanyo dobiegł charakterystyczny dżingiel, a na ekranie ukazał się napis:

TV ARDOWSKI WIADOMOŚCI PIEKIELNE,

po czym pojawiła się postać młodej diabliczki, siedzącej w wielkim kotle z gotującą się smołą.
– Niech pan nie wierzy w to co oni pokazują – powiedział mój obrońca. – Kotły z gotującą się smołą, są tylko w telewizji. W rzeczywistości, od dawna w piekle nie ma już smoły.
– Znaczy się, idziecie z duchem postępu...
– No, niezupełnie. Wszystko przez ten fatalny kontrakt, zawarty przez J.D. Gerenatkę – dyrektora Departamentu Aprowizacji, w Ministerstwie Spraw Piekielnie Ważnych.
– Kontrakt?
– Tak, spisała cyrograf z prezesem koncernu Sęplen, ale na skutek popełnionych błędów formalnych, nie tylko nie otrzymujemy żadnych dostaw, to musimy płacić ogromne sumy odszkodowania. I to w legalnej forsie. Niestety... Piekło schodzi na psy.
– Aha, to o to chodzi, w tym artykule w Lucyferalnej Gazecie... Nie zdążyłem go jeszcze przeczytać.
Z telewizora dobiegał głos diablicy:
– Witam diabelnie gorąco wszystkich telewidzów. Nasze dzisiejsze wiadomości rozpoczynamy z relacji sprzed gmachu Sądu Przedostatecznego.
Na ekranie pokazano sceny sprzed gmachu sądu. Pośród wielu gapiów i samoochroniarzy mignęła przez moment moja twarz.
– Staje się pan sławny, panie Leszku – zażartował Asheroth.
– Łączymy się obecnie z redaktorem Matołkiem, naszym specjalnym wysłannikiem, przebywającym przed gmachem sądu. Halo, Matołek! Czy mnie słyszysz?
– Słyszę znakomicie.
– Opowiedz co się tam dzisiaj wydarzyło.
– Może lepiej poproszę o wypowiedź Komendanta głównego Samoochrony, pana Endrju Endrju.
Kamera pokazała rozmówcę reportera.
– Panie Komendancie, nasi telewidzowie czekają na wyjaśnienie dzisiejszego niezwykłego wydarzenia. Co już wiadomo o sytuacji i jakie mogą być tego konsekwencje?
– Otóż, panie redaktorze, na skutek karygodnej niefrasobliwości oraz braku odpowiedzialności ze strony straży sądowej (świadomie mówię małymi literami), dzisiejszej nocy do gmachu wtargnęła grupa terrorystów bezczeszcząc go przy użyciu wody święconej i kadzidła. Na szczęście, dzięki czujności podległych mi służb nie doszło do tragedii i obecnie usuwamy skutki zatrucia środowiska, przy pomocy wszystkich dostępnych środków. Jednostka antyterrorystyczna podjęła również odpowiednie działania i myślę, iż lada chwila ujmiemy przestępców. Pragnę jeszcze tylko dodać, że winny zaniedbania komendant straży musi odejść.
W tym momencie do komendanta podszedł jeden z Samoochroniarzy .
– Wodzu, wiadomość dla pana!
– Przepraszam pana oraz telewidzów, za chwilę powrócimy do naszej rozmowy.
Komendant Endrju oddala się. Oko kamery podąża za nim, i pokazuje wchodzącego do niewielkiego, drewnianego pomieszczenia. Po kilkunastu sekundach wychodzi i powraca do reportera.
– Miałem rozmowę komórkową. Grupa antyterrorystyczna ujęła dwunastu zbrodniarzy. Na razie jedenastu idzie w zaparte, ale jeden – za niewielkie pieniądze obiecał mówić.
– Dziękuję panu Matołkowi oraz Komendantowi Endrju Endrju – powiedziała prowadząca wiadomości.
– Przechodzimy do dalszych informacji dnia, ale zanim to nastąpi zapraszam na reklamę.
Firma SATANYO przedstawia nowy model komórki. Nasza komórka występuje wersji dwu- cztero- i dziesięcioosobowej. Wszyscy, którzy podpiszą umowę na wieczność, przez rok będą mogli korzystać z rozmów bezpłatnych.
Dla mobilnych wersja na kołach! Dla stu pierwszych abonentów piekielnie atrakcyjna, ekskluzywna wersja pokryta czerwoną blachodachówką.

ZAPRASZAMY DO NASZYCH SALONÓW.

Opublikowano

LESZEK
już przy pierwszych słowach śmieje się głośno!nabierasz rozmachu będąc za pan brat z poczuciem humoru! naprawe widać że pracowałeś nad czym co sie nazywa w/g mnie błysk oka!
u mnie także nastapiła : Reaksja Piekielna
super z polotem, z wilkczą wyobrażnią, masz swój styl - piękne dygnięcia przesyłam !!!
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wolność

       

      Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...