Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chcąc zaczerpnąć 

dopływu świeżego powietrza

jak i życiodajnego światła

letniego słońca.

Otworzyłem na oścież,

ciężkie, drewniane okiennice

i wychynąłem głowę 

poza obręb parapetu.

Dzień był suchy i skwarny.

Niemiłosiernie uciążliwy żar, 

lał się z błękitnego nieba,

 niepohamowaną strugą.

Promienie słoneczne,

roztapiały wręcz bruk 

a ściany i elewację kamienic 

zamieniały się pod ich władztwem 

w rozpalone kotły piekielne

z tonącymi w ich wnętrznościach, pomstującymi na pełnie

lipcowych upałów,

wyczekujących na mrozy, niewdzięcznymi, ludzkimi grzesznikami.

Rynek był prawie zupełnie wyludniony.

Ogródki kawiarni tchnęły

letargicznym spokojem

i parną dusznością.

Pojedyncze kramy

i rzemieślnicze wozy,

sennie przycupły w cieniu gzymsów

i balkonowych nawisów.

W bramach, okutane w szale i chusty, babulęta w kwiaciastych,

ciężkich spódnicach,

handlowały mlekiem,

serem i czosnkiem.

Właścicielki zdobnych,

jedwabnych sukien,

ukryły swe alabastrowe cery i dłonie pod zbawczymi rozłożysztymi

cieniami parasoli.

Oddając swe ramiona pod protekcję,

dżentelmenów w skrojonych na miarę surdutach i garniturach,

uchylających ronda meloników i fedor przed szacownymi

na równi sobie przechodniami.

Dzieci i pacholęta,

nie trwożyły się wcale. 

Ich śmiechy, krzyki i kwilenia

niosły w obraz ten sennie ciężki,

 trwałe nośniki życia i szczęścia. 

Zajęte igrami uciesznymi

i beztroską swawolą,

korzystały z młodych swych

 chuci w całej pełni.

Nim na powrót cofnąłem się do powoli nagrzewającego się mieszkania,

pozdrowiłem jeszcze ochoczo,

oblicze sąsiada z naprzeciwka,

który palił fajeczkę

na parterowym tarasie

u stóp małego angielskiego ogrodu.

On był malarzem życia i piękna.

Ja poetą mroku i żałoby

 

Widać w złej godzinie umysł mój wywołał to słowo z niebytu,

letniej, delikatnej atmosfery.

Żałoba - wkradła się gwałtem

 niczym obca armia.

Jak skuteczny, cichy złodziej

 do tego pałacu beztroski.

 

Nagle znikąd

nadpłynęła burzowa, ciężka 

pełna wodnego balastu chmura, skutecznie otoczyła swym srogim jestestwem tarczę radosnego słońca.

Kto żyw, uniósł swe oblicze na niebo

 teraz stalowo szare i mętne.

Chmura wygrażała ludziom i ziemi. 

Choć nie wyszedł z niej

ani jeden grzmot.

Ani jedna kropla deszczu

nie zmąciła wysuszonej na wiór,

 pełnej pyłów i lekkich drobin gleby.

 

 

Wtem kolejny nagły i przewrotny ton

dał o sobie znać,

ostrym, nachalnym dźwiękiem.

Na skraju

prowadzącej na południe ulicy,

stał od wieków mały, 

murowany kościółek z kaplicą.

Ciszę przed burzą, 

przerwał dźwięk jego dzwonu.

Groźny, głęboki, hipnotyczny tembr jego serca

tak dalece bardziej okrutny w odbiorze

 niż radosne, ratuszowe kuranty

 zegarowej dzwonnicy.

Bił smutno, przeciągle. 

Wtem odrzwia świątynne

rozwarły się jękliwie,

skargą zastygłych zawiasów.

Zdać by się mogło, że tak ten obraz zastygnie na wieki

ku zdziwieniu mieszkańców.

Lecz wreszcie,

ujrzałem dobrze postać księdza,

który pewnym, sprężystym krokiem przekroczył święty próg.

Dierżył w dłoniach, 

wysoki, drewniany krucyfiks.

Zatrzymał się u schodów 

widać czekając na kogoś.

Po krótkiej chwili,

wychynęło na zewnątrz

kilku starszych,

lekko podgarbionych jegomości

w steranych już

i przesianych marynarkach.

Stanęli,

robiąc widać miejsce kolejnym za sobą. Ludzi było już jednak tylko kilkoro

w tym dwie, starsze już kobiety.

Wszyscy na czarno odziani,

z głowami opuszczonymi w zadumie.

Wyglądali jak te kruki cmentarne,

które gnębią żywych z dachów grobowców i desek nierówno zbitych krzyży o chlebową jałmużnę ku zbawieniu dusz czyśćcowych.

 

 

Wreszcie w kompletnej ciszy wyniesiono, sosnową trumnę

bez zdobień.

Wsparło ją czterech, silnych chłopców, najpewniej pomocników grabarza.

Uszli z nią do podnóża schodów

i złożyli z czcią na wcześniej podstawiony wóz.

Powoził nim wikary. 

Ksiądz wyszedł na czoło konduktu, zaintonował pieśń pogrzebową

i wszyscy ruszyli tropem zmarłego

po wybujałym, krzywym bruku

w stronę mojej kamienicy.

 

Dzieci ucichły,

spętane uściskami matek i babć,

które nagle pojawiły się u ich boków

by zmarły mógł odejść

w godności i spokoju. 

Dżentelmeni i ich damy,

chronili się

na granicach ulicznego rynsztoku, spuszczając głowy i odprowadzając duszę zmarłego znakiem krzyża. 

Starsze przekupki,

wyciągały z tobołków i fałd ubrań różańce i krzyżyki,

przystawiając je do ust,

sączyły wyschniętymi wargami,

słowa modlitw,

żegnając się

z dewocką natarczywoscią.

Gdy kondukt kroczył pod mym oknem spojrzałem raz jeszcze ku tarasowi

z ogrodem.

To co ujrzałem, 

wprawiło mnie w rozstrój i szaleństwo.

 

Sąsiad nadal tam był.

Widać gdy nie patrzyłem

skupiony na pochodzie konduktu,

on dopalił fajkę 

i rozstawił sztalugę z płótnem. 

Malował i to nie byle kto

służył mu za modela.

A była to Śmierć. Wysoka i dumna.

Odziana w swój,

najczarniejszej nocy płaszcz.

Przywdziała maskę śmierci szkarłatnej.

Pozowała z kunsztem

 jak najprawdziwsza diwa.

Na tle krzaka pąsowych róż,

które dałbym sobie rękę uciąć.

Żyły pełnią kwitnienia,

jeszcze przed kwadransem.

Teraz opadły, uschły, zmarniały.

Dotknięte zgnilizną.

Obsypane czerwiami.

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

To jeden z tych tekstów, które tworzą własny klimat — czytelnik czuje, że znalazł się w przestrzeni pomiędzy snem, pamięcią i śmiercią.

To nie wiersz, to opowieść o objawieniu sztuki i końca, o tym, jak artysta próbuje ocalić sens przez patrzenie.

Opublikowano

@huzarc Jest to wiersz głównie w temacie nieuchronności śmierci. Śmierć jak ta chmura burzowa może nadejść ku nam w każdej chwili i przesłonić swym cieniem linie życia. A dodatkowo kondukt pogrzebowy, nawet jeszcze w dzisiejszych czasach wzbudza w nas strach, podświadomą odrazę i odrzucenie tego, że możemy umrzeć i skończyć w podobnej trumnie już na zawsze.

Opublikowano

@Simon Tracy

Czytałam Twój wiersz jak tekst literacki, z bogatym słownictwem, pełnym staropolskich słów ("jegomości", "pacholęta", "babulęta"), które budują autentyczną atmosferę dziewiętnastowiecznego miasta. Świetna kompozycja – od sennego, leniwego letniego dnia, przez stopniowe narastanie napięcia (chmura, dzwon), aż do końcowego obrazu Śmierci pozującej malarzowi.

I ten kontrast w finale – poeta mroku obserwuje malarza życia, który maluje... Śmierć. To przewrotne.  :) Pięknie budujesz obrazy!

Opublikowano

@Berenika97 Dziękuję! 

"Kondukt" jest jednym z moich ukochanych poetyckich dzieci. Jest utrzymany w estetyce gotyckiego mroku choć tłem - miastem jest miasteczko osiadłe bardziej w okresie belle epoque. Uwielbiam jego duszną, leniwą, żałobnie ciężką atmosferę. Powoli ciągnącą się akcję, która przeraża realizmem postaci i drogą cichego konduktu. Jak już wiesz u mnie często zaskakuje finał. Często przerażająco surrealistyczny. Tak jest i tutaj w wierszu.

@Berenika97 I znów może kojarzyć Ci się z estetyką grozy Edgara Allana Poe - nie bez powodu śmierć przywdziewa maskę szkarłatną. Maskę czerwonego moru.

Opublikowano

@viola arvensis Unikanie i nie myślenie o śmierci i tak w niczym nie pomoże. Każdy umrzę i z tego powodu śmieszne poniekąd jest to, że ogarnia ludzi strach przed nieuniknionym.

Ja traktuję śmierć jako najbliższą przyjaciółkę i natchnienie. Jestem zafascynowany kultem "Santa Muerte". Uważam, że w godzinie odejścia a nie wiadomo kiedy takowa nastanie, lepiej jest mieć śmierć po swojej stronie. 

@viola arvensis I bardzo dziękuję za przeczytanie i serduszko.

@Gosława Mnie osobiście Twoja poezja również urzeka. Kryminały to już nie moje podwórko ale mogę obiecać, że mam jeszcze bardzo wiele mrocznych tekstów w zanadrzu. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • na ostatniej stronie albumu ciemna strona księżyca w oknie kilka niewyekspediowanych gwiazd to nie spam wielki wóz odjechał w ciszy smakosze nocy kołyszą się w hamaku nocy
    • miasto wypociło strupiałą skórę wciska nam twarze w krwawiący beton dzisiaj jest otwartym brzuchem rozprutym nocą nożem koparki śliskie trzewia kanalizacji parują jak świeże mięso na haku zaułek oddycha parą z kanałów neony tną siatkówkę na plasterki świat ma atak padaczki pieni się na chodnikach każdy zaułek to zgrzytanie zębów o szkło tu gdzie śmietnik rzyga krwią z ubojni a mur pamięta więcej potu niż modlitw stoimy blisko za blisko – aż trzeszczy między nami brakuje miejsca na oddech zamykasz oczy liczę twoje uderzenia serca raz dwa trzy miasto czeka powietrze ma smak zużytej waty szklanej dławi, osiada na dnie płuc jej płaszcz to skóra którą zdzieram zębami jak z padliny nasze ciała płoną jak trupy jest zimno moje dłonie nie pytają wchodzą w ciebie jak łom w zardzewiały zamek rozrywamy się na pół moje ciało w twoim to jedyna szczelina w żelbecie której jeszcze nie zdążyli zalać między nami zwarcie goły kabel pod napięciem skurcz wykręca palce na biodrach twoje piersi - dwa ciepłe wzgórza kładę na nich zmęczoną twarz pachną słońcem którego ten zaułek nigdy nie widział twój pocałunek na mojej szyi jedyna modlitwa jaką pamiętam kiedy wchodzę w ciebie nie szukam walki szukam ocalenie stajemy się jednym rzeźbionym z czystego światła ogniwem w łańcuchu który trzyma ten świat by nie runął nam na głowy twoje ciało lśni młodością mały pieprzyk na piersi blizna na brzuchu zapach twoich perfum to chemiczny atak słodki gaz bojowy w środku rzeźni kręci się w głowie chce się wyć do betonu usta nie mówią usta to rozszarpana rana zszywana na brudno w bramie zardzewiałym drutem tłumiona twoją śliną bez znieczulenia na żywca miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic ciekawy czy jeszcze drgniemy jesteśmy jak dwa szczury w tętniącym kanale które przeoczyło odkażanie oddech wpada w oddech miasto dławi się własnym tętnem próbuje nas wypluć - i nie może cegły wrzynają się w łopatki miasto chce nas żywcem wmurować w siebie pęka tynk pod twoim ciężarem ściana nie chce być świadkiem czas wymiotuje pod ścianą skowyczącym echem wdeptany w asfalt przez tych co zdążyli nas przeżyć my jeszcze nie my jeszcze w sobie to nie jest czułość to odruch przetrwania panika ciała że za chwilę znów będzie samo noc trzyma nas tylko dlatego że miasto zapomniało zgasić światła świt zabierze wszystko co teraz drży dwoje ludzi przestaje się mieścić we własnej skórze w zaułku wielkiego miasta gdzie miłość nie ma imienia ma tylko puls temperaturę i ślady miasto zliże nas z asfaltu zanim przełkniemy własny strach ale ciało zapamięta tatuaż z twojego jęku          
    • Dwa cienie przeszły obok
    • Śnieg to jest taka gumka myszka. Pęcznieje zieleń w zwartych listkach. Cały świat z okien znów malutki i zobacz, pierwszy raz się zmaga pączuszek drzewa, z planetą ziewa.    
    • @Marek.zak1 Marek, oberwie mi się za ten wierszyk :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...