Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tej nocy obudziłem się z poczuciem niezwykłej lekkości, tak jakbym unosił się w powietrzu… Obróciłem się na brzuch i otworzyłem oczy. Rzeczywiście unosiłem się pod sufitem swojego pokoju. Dostrzegłem leżącą na łóżku postać. Przyjrzałem się bliżej. To przecież ja! Zaraz, zaraz… Jeśli tamto na dole – to ja, to kim JA jestem. A jeśli JA jestem ja, to kim jest ten ktoś na dole? Dziwna sprawa… Wygląda na to, że jest mnie dwóch, ale przecież nigdy nie było mnie dwóch. Chciałem się podrapać po głowie, lecz stwierdziłem, że nie mam się podrapać czym, ani po czym. Wtedy, jak grom z jasnego nieba dotarła do mnie prawda. UMARŁEM!. To na dole to moje ciało, a ja jestem duchem. Duchem!? Zatrzęsło mną ze strachu. Od dziecka potwornie bałem się duchów. Szybko jednak doszedłem do siebie. Niby czego mam się bać? Samego siebie? Paranoja. Ciekawe też, dlaczego na mnie padło… Zawsze zdrowy jak ryba, a jeśli kiedykolwiek chorowałem, to z przepicia. Tryb życia to w ogóle prowadziłem niezbyt higieniczny, ale żeby tak ni stąd, ni zowąd…
Moje rozmyślania przerwał jakiś dziwny dźwięk. Dzwon? Nie, nie dzwon. Ale jednak dzwoniący. Kojarzył mi się z moimi pobytami na wsi. Tak, to jest dźwięk studziennego łańcucha. Ale przecież tutaj nie ma żadnej studni.
Pokój z wolna zaczęło wypełniać dziwne światło, które zaczęło formować tunel. Naczytałem się o takich sprawach, więc wiedziałem, że muszę podążyć nim. Ale… Coś nie tak… Tunel ma być ciemny, a na jego końcu powinno być światełko, a tu jest na odwrót. Albo ci wszyscy, którzy gadali o życiu po życiu zmyślali, albo… O, nie! Mam to w dupie! Nie idę! Jednakże jakaś siła zmusiła mnie, bym wstąpił w jasność. Zacząłem się poruszać – zrazu wolno, potem coraz szybciej, aż w końcu z zawrotną prędkością zbliżałem się do ciemnego punktu na końcu świetlistego szlaku. Gdzie tu jest hamulec? – pomyślałem. A poduszki powietrzne? Okazało się, iż te wszystkie urządzenia nie są potrzebne, zacząłem bowiem zwalniać, aż zatrzymałem się przed rozsypującą się ze starości drewnianą bramą, nad którą mrugał wielki neon

LASCIATE OGNI SPERANZA VOI CH'ENTRATE

Może trochę przekręciłem, ale niektóre litery nie świeciły. Co to może znaczyć? Łaciate ognie… nie, liściate ognie. Aha! Liściaste ognie. Znaczy się, palą ogień z drewna drzew liściastych. A dalej… szperanka… szperaczka. Nie, to chyba szperka, czyli słonina, albo boczek. Na tym ogniu pieką boczek. Mniam! Voi… voi. Może wio!? Entrata, to jak enter w komputerze. Czyli: wejdź, a przypieczemy ci boczek na ogniu z drzewa liściastego. Fajnie. Czuję głód – przecież nie zdążyłem zjeść śniadania. Zastukałem w bramę. Nic. Zastukałem mocniej. Nadal nic. Zacząłem pięściami walić z całej siły i krzyczeć, by mi otworzono. Na koniec, ktoś odchylił nieco jedną, źle przymocowaną de-skę.
– Czego!? – warknął.
– Jak to czego? Otwórz!
– Po kiego diabła żeś tu przylazł?
– Wyglądasz na debila i gadasz jak debil. Nie przylazłem, tylko jakaś wasza diabelska poczta mnie tu przysłała. Ja się wcale nie wpraszałem, ale teraz ten tunel, którym przybyłem zniknął.
– No, dobra, – uchylił jedno skrzydło bramy – właź!
Gdy tylko przekroczyłem piekielną bramę, pode-szło do mnie dwóch podobnych do siebie, jak dwie krople wody diabłów. Różnili się tylko strojami – jeden miał na głowie czapkę „krakuskę” i tradycyjne, krakowskie spodnie, drugi zaś – cylinder i porcięta w łowickie pasy. Diabły – bliźniaki… Bracia Kaczkowscy? Bracia Gołodupce?
Widać diabły potrafią czytać w myślach, jeden z nich odezwał się bowiem:
– Rokita i Boruta, do usług.
Chwycili mnie pod ramiona i zaczęli gdzieś prowadzić.
– Gdzież to mnie prowadzicie, panowie?
– No, patrz – Boruta zwrócił się do Rokity (a może na odwrót) – wygląda na inteligenta, a głupi jak anioł. Na sąd, baranie.
Ten baran, to niby mam być ja…
– Ja baran? Coś mi się zdaje, że to nie ja mam ba-ranie rogi, tylko wy – zakute łby.
Wkurzyli się. Jeden z nich (Boruta, lub Rokita) przywalił mi w szczenę, a drugi (Rokita, albo Boruta) dał kopa w klejnoty. Poczułem ból. Skoro mnie boli, to chyba jednak nie umarłem. Nic już nie rozumiem… Kiedy jednak opuściłem wzrok i dojrzałem kopytka, w miejscu moich stóp – pojąłem. Ale nie ma tego złego, co nie wyszłoby na dobre – przynajmniej pozbyłem się grzybicy paznokci. No tak, powoli za-mieniam się w diabła. Powlekli mnie dalej, aż doszliśmy do jakiejś wielkiej, jakby fabrycznej hali.
– Co to za budynek?
– Nie widzisz, że hala? To znaczy – gmach sądu.
– Widzę, ale chodzi mi o to, że odnoszę wrażenie, jakbym go już gdzieś wcześniej widział.
– Patrzajcie diabły! – zaśmiał się Boruta – On ma jeszcze jakieś resztki świadomości. To była jedna z hal w hucie Lenina.
To skąd się tu wzięła?
– Huta Lenina, to było piekło, więc jej miejsce jest w piekle. A co nie podoba się?
– Wręcz przeciwnie – odrzekłem z przekąsem. – It’s beautiful.
– Jeszcze? – zainteresował się ten, który potraktował mnie nogą.
– Co jeszcze?
– Boli fiut?
– Nie o to mi… Tylko odrobinę – nie miałem zamiaru bawić się w tłumacza.
Wciągnęli mnie do środka i zamknęli w klatce. Zająłem miejsce na ławie, a moi „diabły stróże” zasiedli po bokach. Po chwili do ławki znajdującej się przed klatką podszedł jakiś diabeł, o dostojnym wyglądzie, wsunął pomiędzy pręty klatki swą szponiastą łapę i rzekł:
– Jestem Benignus Asheroth – advocatus diaboli. Będę pańskim obrońcą z urzędu. Dodam nieskromnie, iż najlepszym – jedynym zresztą obrońcą w piekle.
Podałem mu rękę.
– Miło poznać, mecenasie. Skoro jest pan jedy-nym obrońcą, to jak pan sobie radzi z całą zgrają dusz potępionych, które niewątpliwie tutaj trafiają. Przecież to musi zajmować sporo czasu?
– I tak, i nie. Czas jest relatywny. To, co pozornie zdaje się trwać długo, jest w stosunku do wieczności tylko mgnieniem oka.
– Rozumiem – odrzekłem, choć, prawdę mówiąc miałem taki mętlik w głowie, że nic nie rozumiałem.
Asheroth zajął miejsce na swojej ławie i zaczął przeglądać stertę papierów leżącą na stole, ja zaś rozejrzałem się wokół. Hala wypełniona była diabłami i diablicami. Te ostatnie różniły się od samców tym, że nie miały rogów. Niektóre unosiły w górę transparenty z napisami o różnej treści. Jedne głosiły, że zasługuję na dno piekieł, inne, bym się stąd wynosił, a jedna ma-ła, dosyć urocza diabliczka nieśmiało podtrzymywała w rękach klubowy szalik z napisem:
LESZEK JEDYNYM PRAWDZIWYM MĘŻCZYZNĄ W PIEKLE!!!
Nie udało mi się z oddali rozpoznać barw klubowych, ale wyglądało to na szalik „DOTYŁU” Kacze Dupy.


Cdn, o ile jeszcze coś wymyślę.
P.S. Mam nadzieję, że nie opierniczy mnie jakiś wielbiciel Dantego.

Opublikowano

Nie chciałem czekać na "P", a poza tym u mnie, od wczoraj nie chce się otwierać- wyświetla sie komunikat o błędzie. Otwiera się, co prawda, na proza.org , ale tm z każdego wpisu wychodzą "krzaki".
Jeśłi uda mi się stworzyć jakąś kontynuację szopki, to pewnie znajdziesz się tam, ty Pedro i jeszcze kilka innych forumowiczów. Na razie nie mam jeszcze pełnej wizji tego opoiadania, ale pisze się... Próbuję zrobić coś z jajem, ale również z głową- a to niełatwe zadanie.

Opublikowano

no Lesiu, pieklo jak trzeba, ale na glownego diabla to juz sie miejsca nie znalazło, co? skoro z ashera(bo sadze ze asherot ma cos z nim wspolnego) zrobils obronce, to ze mnie zrob prokuratora, bo w pelni na to zasluguje...a teaz na powaznie. fajne. ale dalej tez tak musi byc. zadnego pojscia na skroty. ladnie zacząles , to tak samo zakoncz. doprowadziles akcje do miejsca, ktore daje wiele mozliwosci. to jak rozstaje drog...
cdn...

Opublikowano

Na początku myślałam, ze to jakies nudy o podróżach astralnych lub innych, ale zwracam honor nawet podwójnie jak się da :) piekło piękne, i literacko i humorzasto i "plastycznie". Ale to dopiero początek jak sobie myslę...
pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Leszek
od początku czytała z zaciekawieniem- co jest grane? czyżby kabaretowe życie po życiu?
Lekkon napisane, z humorem, przeplatane refleksją kpiarza! echami przeszłości niepewnej przyszłosci i w dodatku okazuje sie ze jesteć jedynym facetem z jajami dla diabliczek- hihihi
i więc twoje super ego jest w porządku- to dobrze!

pozdrawiam

ps. czy doszłą wiadomośc ode mnie? na - prywatne wiadomości -

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Grunt to pomysł. Tutaj dobry pomysł jest. Dobrze operujesz komizmem sytuacyjnym, jak i słownym, dialogi są naturalne, co sprawia, że praca nabiera lekkości. To wszystko sprawia, że narazie tekst chce się czytać. Narazie, ponieważ przy dłuższym tekście (a myślę, że zapowiada się na takowy, gdyż dopiero nastąpi rozwój akcji) trudno utrzymać konwencję początku i zakończyć w tak samo dobrym stylu. Zacząłeś dobrze, co wróży powodzenie. By pisać dalej potrzeba Ci jednak nowej dawki pomysłów i niekonwencjonalnych rozwiązań, które zaskoczą czytelnika. Nie będzie łatwo, bo to ambitne przedsięwzięcie, ale tym bardziej Ci gratuluję, że się na nie zdecydowałeś i czekam na ciąg dalszy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...