Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

 

Wróciłem.
Nie jak człowiek
jak język ognia wracający do żrenicy popiołu.
Nie do miejsca,
do ciebie,
do skóry, która mówi moim dłoniom,
jak rzeźbić ciszę w temperaturze krwi.

Byłem tam, gdzie tlen ma smak piasku,
gdzie wiatr uczy języka rozpadu,
a noc trzyma za gardło i nie puszcza.
W górach,
gdzie człowiek oddycha szczelinami płuc,
a gwiazdy są jak porzucone oczy
co widzą wszystko, nie pokazując nic.

Ale wróciłem.
Na kolanach snu,
do ciebie,
do wnętrza twojego zapachu,
który przesiąkł mi w paznokcie
i nie chce odejść nawet w ogniu.

Twoje spojrzenie rozkłada mnie na części,
na mięsień po tęsknocie,
na kość po dotyku.
To nie wzrok,
to skalpel,
którym rozcinasz przestrzeń miedzy naszymi ciałami.

Nie chodzę już
unoszę się, bo grawitacja twojej obecności
to język bez słów.
Każdy mój krok to ułamek ciebie
naciągnięty na stawy.
Nawet milcenie między nami
jest wilgotne
jakby ktoś wyjął głos z gardła i zanurzył go w tobie.

Oddycham tobą.
Nie jak powietrzem
jak modlitwą kradzioną podczas wstrząsa.
Każdy twój oddech to żyła,
którą moje ciało próbuje odnaleźć językiem.

Gdy mówię,
słowa mają twoją temperaturę.
Gdy milczę,
to tylko dlatego, że chcę, by cisza
stała się kolejnym narządem między nami.

Nie potrzebuję twoich słów
potrzebuję twoich nerwów.
Chcę mówić przez twoje pory,
chcę zapamiętać cię od wewnątrz,
tak jak lustro pamięta twarz
nawet po stłuczeniu.

Kocham cię
jak rana kocha palec,
który w nią wchodzi,
żeby sprawdzić, czy boli.
Nie z czułości
z konieczności trwania.

Nie proś mnie, żebym się zatrzymał.
Zrobiłem z twojej obecności dom,
z twojej skóry  instrument.
na którym nie da się zagrać bez krzyku.

Nie musisz mnie kochać.
Wystarczy, że przy mnie
oddychasz ciepłem po burzy.
A ja będę kochał cię
tak długo, jak długo świat
nie nauczy się mojego imienia bez twojego oddechu.

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Migrena  to zdanie przypomniało mi Mamę- bo kiedyś zapytałam czy kocha mnie tak samo

jak moją Siostrę.

Powiedziała prawie jak Ty- że palce u ręki gdy się zranią- jeden albo drugi boli tak samo.

 

A potem Twój wiersz mnie porwał bardziej.

Miłość. Zwycięża wszystko. Taka miłość.

I trwa. Gdy świat się kończy. Ona Trwa.

Piękny- i wwierca się aż do trzewi

 

Opublikowano

@Migrena

Grasz na jednej, nadwyrężonej strunie duszy.

Wiersz przypomina wirtuozowską grę Paganiniego, któremu niby dla żartu, zerwali trzy struny skrzypiec, zostawiając tylko jedną. Koncert i tak się odbył, wszyscy byli zachwyceni.

 

- pełen bólu, pasji i nieustannego napięcia - wykończysz mnie.

Jak mnie nie będzie tutaj, to będziesz wiedział, dlaczego :)

 

Opublikowano (edytowane)

 

 

@Alicja_Wysocka to ja wolę zejść do podziemi zanim Tobie miałoby się coś złego przydarzyć :)

Na wszelki wypadek .....ja już z plecakiem. Sprzączki pozapinane...

 

Alicjo.

Dziękuję.

I buzia się do Ciebie śmieje :)

 

 

 

@Annna2 Aniu.

Ty moja nauczycielko rzeczywistości.

Dziękuję !!!

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

 

@Alicja_Wysocka Kiedy byłem małym chłopcem /mniej więcej na wiekowym poziomie spódniczki -- parasolki/ zaczytywałem się powieścią Winogradowa "potępienie Paganiniego".

I do dzisiaj mnie do tego "diabła" skrzypiec trzyma sentyment.

Wybitny gość.

Dzięki Al.

 

 

 

@Roma wykrztusiłem "z" z siebie :) dzięki.

Roma.

Cudownie to do mnie napisałaś !

Aż mnie korci żeby zawołać: 

Roma, to co, jedziemy?

Och, Roma.

Dziękuję.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

 

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Migrena Paganiniego już nie ma, a jego utwory trwają. Szkoda, że wtedy nie było portali muzycznych, pewnie byłoby o czym czytać. Popatrz, tylko osiem nutek,  i trochę znaków - a czyta je i rozumie cały świat, momentami nie ogarniam tego.

Niedawno poznałam chłopaka, który gra z pamięci, tak wiesz, ze słuchu.

Tłumaczę mu, żeby poznał nuty, bo ile utworów można zagrać z pamięci, 10, 20? 

A reszta? 

Jak znasz litery, przeczytasz każdą książkę, ile zechcesz. Bez znajomości liter - ile książek możesz nauczyć się na pamięć?

Jak dobrze, że znamy litery i możemy czytać i pisać wiersze :)

 

Opublikowano

@Alicja_Wysocka jasne !!!

A wiesz. Internet, portale -- wszystko fajne, ale jaki niezwykły smak jest....

Ootwierasz tomik poezji. 

Słyszysz szelest kartek.

I ten zapach drukarskiej farby....

A do tego słowa jak kwiaty z magicznego ogrodu.

Wersy piękne jak bezchmurne niebo, jak wrzosy jesienią, jak wieczorny śpiew słowika.

 

Jezu, to są cuda.

Opublikowano

@Roma a ja Tobie.

A ja Tobie -- świetnej przyszłości.

I niech każdy dzień wpisuję się w Twój katalog wspomnień cudnymi wersami miłości.

Bądź Roma szczęśliwa !!!

Od dzisiaj.

Do końca świata.

Na zawsze.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@Migrena Bardzo lubię zapach papieru i druku, a raz w życiu ze wzruszenia popłakałam sobie.

Masz rację, wolałabym mieć czyjeś wiersze na papierze, ale tutaj jest interakcja - jak dla mnie cudne zjawisko. Przecież nie każdy ma możliwość bywania czy brania udziału w spotkaniach literackich, nie wspominając już o drukowaniu własnych tomików.

Opublikowano (edytowane)

@Alicja_Wysocka wiem.

Ale w dzieciństwie.

Wieczór, babcia gasi światło, a ja z latareczką "pożerałem" pachnące książki.

Nie ma takiej gumki na świecie coby te wspomnienia wytarła.

 

 

A tak przy okazji, bo mi się wspomniało.

O Paganinim.

Codziennie jeździł na koncerty do Rzymu. W pewnym miejscu był pałac a przed nim , na fotelu siedział mężczyzna. Paganini był nim bardzo zaciekawiony. Kazał zatrzymać powóz. I oglądał scenę jak do siedzącego mężczyzny podchodził służący i podawał mu leżące na tacy pistolety. Mężczyzna brał każdy z nich i strzelał w powietrze. Służący zabierał je na tacy, szedł do pałacu aby je nabić i wracał. Mężczyzna strzelał. I tak w kółko. Paganini zapytał wożnicy kim jest ten mężczyzna.

Wożnica odpowiedział:

To bawi się Lord George Byron.

 

A tak mi się wspomniało :)

 

 

 

@Roma dobrze :)

 

 

 

@Berenika97 miałem napisany tytuł "cisza miłości".

Ale wczoraj KTOŚ mi uświadomił, że ja i ta cisza.....

zwariowałem...

To zmieniłem na "przenikanie".

Cieszę się z Twoich słów.

Bardzo Bereniko dziękuję :)

Edytowane przez Migrena (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Alicja_Wysocka znam Dawida Garreta.

I podziwiam.

Ale jak dawno temu byłem w Wiedniu, tuż przed Świętami to tam stał grajek /jeden z wielu/.

Skrzypce.

Jak dzisiaj to jego granie wspominam to mam ciarki na plecach.

Nigdy, wcześniej ani później takiej cudowności nie doświadczyłem.

I ta atmosfera..,.

Drzewa w lampeczkach, kawiarnie, uśmiechnięci ludzie.

"O kurde blaszka" !!!

To od Romy.

Dzięki Roma.

Opublikowano

Twoje obrazowe wyrażanie zdarzeń, przenośnie, metafory są z odległej galaktyki niedostępne dla większości autorów, a ich ilość użyta tylko w jednym wierszu powala. Człowiek myśli że to mistrzowska metafora a w następnym wersie dostaje dwa razy większy dynamizm i tak napięcie nie opuszcza aż po puentę można to porównać tylko do Hitchcocka najpierw jest trzęsienie ziemi a potem napięcie tylko narasta

Opublikowano

@Robert Witold Gorzkowski nie wiem nawet jak zgrabnie podziękować za tak miłe słowa.

Więc powiem po prostu -- dziękuję !

A przy okazji. 

Świetne są Twoje słowa o Hitchcocku. O mistrzu suspensu. "Najpierw trzęsienie ziemi a potem napięcie narasta."

Czasem tak w naszym codziennym życiu bywa :)

Kapitalne to przypomnienie Hitchcocka które spowodowało, że moja wyobraźnia zaczyna wariować :)

Dzięki.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie



×
×
  • Dodaj nową pozycję...