Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kolejne mezaliansy z naturą nie dają pewności

czyje na wierzchu, chociaż krzyk czyżyków na zielonym

niebie niepokoi. Zbyt słabe związki i miód zachodu

nie potrafi nasycić nawet owadziej ciekawości.

 

Zgoda, zwiedzamy ziemię według ich pitavali

lecz najważniejsze nocne loty są na wyczucie.

Raz w cudzym, raz we własnym ciele roznieca się

ogniska i mowa-trawa podnieca. Jesteśmy bliżej

 

odkrycia, że za kręgiem światła stworzenie trwa

pełniej i z czasem uściśla się nawet błądzenie.

Język  płomyków pozostaje jednak niejasny, obojętnie

przystając do rzeczy, Jakby próba z natury

 

musiała być nieudana, drapieżniki pożreć cienie

pasące się wśród zielonej doliny. Choćbyśmy się zlękli

cieśla  za chwilę podniesie belkę i wzrok będzie pewniejszy

a oparcie możliwe, kiedy tylko zdołamy wrócić na ziemię.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszczym   Jest tu dysonans między narzuconą dojrzałością  a naturalną potrzebą wewnętrznej, niemal dziecięcej wolności. Podoba mi się ta cicha, bierna rebelia peela, który do perfekcji opanował sztukę kamuflażu. Ostatnie zdanie to świetna, przekorna puenta. :) 
    • @Nata_Kruk Bardzo dziękuję !!!   Nie wiem czy historia się powtarza, ale na pewno rymuje :)   Pozdrawiam
    • PRZECZUCIE   Pędzę smagany pędami konarów, bruków przestrzenią. Przebiegam przez dzienne zmazy refleksów okien nietkniętych od zarania, łzawych w swym szlochu widzenia tego co niedostrzeżone. Depcze tlące się robactwo psich końców w rozkładzie, w nadziei powiewu strącającego w otchłań ludzkiego szamba. W szturmie swym nie do zatrzymania, gnę co nieugięte, łamie co w jednorodności swojej trwa od zawsze w stanie niezmienionym, zmieniam, łamiąc na lepsze sam siebie czarując. Pędzę w swym pędzie coraz wolniej  zostając w tyle za sobą samym wołam, krzyczę… W harmidrze dźwięków głos tonie… nie zawróci, nie odwroci,ni spojrzy… Szybciej więc, szybciej…doganiam chama, który zbiec sobie pozwala, nie myśląc o natury regułach odwiecznych po wsze czasy. W galopie dzikim przewalam się przez kałuży zastane oceany, brukając brudem okoliczne jednostki spowolnione w swym bezruchu. Gnam przez mury zieleni ścieśnione, szarą pustkowia pustynie, lawirując pomiędzy nieba błękitem odbitym w lustrach sunących czarną rzeką. …już tuż tuż…już prawie już…już w bramie występku otwartej… Staję! ...wszystko na nic…już po czwartej…   GRAHAMOZA
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...