Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z jego poplamionego zielonym ketchupem, niegdyś białego podkoszulka kobiety w myślach zlizywały krople potu. Każda marzyła tylko o tym, by chociaż raz znaleźć się w jego ramionach. Roman, bo tak mu było na imię jednak zdawał się być nieczuły na namiętne spojrzenia, niby przypadkowe poklepywanie po pośladkach, gdzieś w tłumie czy głośne chichotanie za plecami. Żył w myśl zasady pierwszych ludzi na Ziemi - wolność ponad wszystko i starał się jej ściśle przestrzegać. Bardzo często zmieniał pracę, gdyż przeważnie go szybko wyrzucano na bruk, z powodu małego zaangażowania. Do trzydziestych urodzin jego największym sukcesem pozostawały słowa szefa z pracy, którą niegdyś porzucił, żeby pływać w kałużach o głębokości jednego metra na polu, obok poznańskiego bazaru.
- No Romuś, sukces! Nie wiem, czy świadomie urżnąłeś tak te drzwi, ale wyszły w stylu marinistycznym... Spójrz. My dwa spasione męże i przechodzimy przez nie obok siebie...
Pewnego dnia Roman znalazł kolejną pracę. Całkiem niezła, a co najważniejsze taka, w której można się poobijać - stróż w budce na parkingu. Jego nowy szef wyglądał na starego menela, ze swoim czerwonym nosem i przepoconą pod pachami różową koszulą. Na miejscu, wszystko było komfortowo dopasowane. Przy oknie stał stolik, a w kącie czarno - biały telewizor, zbliżający się do kresu swojej służby.
Przed pójściem pierwszy raz do pracy Roman, nareszcie wyzwolił swoje ciało od znoszonych ubrań i wszechobecnego smrodu. Pierwszy raz od komunii założył koszulę i krawat. Postanowił nie wypuszczać ze swoich owłosionych łap wróbla, którego trzymał mocno w garści.

(minęły dwa miesiące)

Było słoneczne, kwietniowe popołudnie. Roman już dostatecznie obyty w zawodzie siedział na obskurnym krześle, leniwie maczając woreczek z herbatą w szklance. Nagle pod parkingową budkę podjechał biały mercedes, mężczyzna rozpoznał w nim samochód - marzenie, obiekt swoich westchnień, idola, którego zawiesił nad łóżkiem i w toalecie. Z auta wysiadła elegancka blondynka, w krótkiej spódniczce, a za nią dwóch masywnych ochroniarzy. Ku zdziwieniu Romana cała trójka podeszła do tylnich drzwi pojazdu i pomogła wydostać się z nich starszemu mężczyźnie.
- Sam potrafię! Zostaw mnie jebany kurwiszonie - krzyczał staruszek, kiedy jeden z ochroniarzy próbował usadzić go na wózku inwalidzkim.
- Kochanie, uspokój się. Przestań się wydzierać - powiedziała kobieta i pocałowała starca w usta. Złość przeszła mężczyźnie tak nagle, jak się zaczęła. Blondynka weszła do budki Romana i stanęła jak wryta. Roman stał przy oknie z nożem i powoli obkrajając kiełbasę swojską, połykał plsterki, patrząc na mercedesa.
- Jest tu kto? - Syknęła kobieta i tupnęła nogą. Roman powrócił do rzeczywistości.
- Tak, nie widzi pani - odparł parkingowy i otworzył listę zapisów.
- Chodzi o to, że będę z mężem u jego siostry przez dwa dni, chciałabym na ten czas zostawić tu samochód. Ile się należy?
- Niech pani nie będzie taką materialistką - odpowiedział Roman, nawet nie patrząc na swoją rozmówczynię.
- Co do cholery, jaja se pan robisz!
I wtedy stała się rzecz rodem z filmów miłosnych. Spojrzenia kobiety i Romana spotkały się. Elegancka blondynka przysiadła na obdartym stołku. Po chwili wyjęła zza pazuchy srebrną piersiówkę i wychyliła potężny łyk.
- Bądź tu dzisiaj o 22.00. - Powiedziała po czym, rzuciła na stolik dwieście złotych i wyszła.
Wróciła na parking punktualnie, ale już bez obstawy i męża przeistaczającego się powoli w dziewięćdziesięcioletnią roślinę. Ubrana w stary dres i czapkę z daszkiem, przystanęła przy bramie wjazdowej. Roman wyszedł z budki i uśmiechnął się. Nie była to dla niego żadna nowość, doskonale wiedział jak działa na kobiety. Akurat ta - ładna, zgrabna, około trzydziestki wydała mu się wymarzonym ogonem, aby uczepić się do niego niczym rzep. Jej mąż miał już niedługo umrzeć, a kto wie może już nie żył.
- No Filemonku, jesteś - szepnęła kobieta i uwiesiła się na szyi Romana.
- Jak masz na imię? - Zapytał Roman w odpowiedzi.
- Mów mi Amelia.
- Więc, co robimy Amelio?
- Zadajesz głupie pytania. Chodź, idziemy do hotelu.
Po minięciu kilku przecznic, zdala od centrum i najjaśniejszych neonów w mieście natrafili na mały hotelik ,,Pod łbem Indyka, który myślał o niedzieli''. Amelia nawet nie zachodziła do recepcji, gdyż wcześniej zadbała o klucz do odpowiedniego pokoju.
- Mój szef z parkingu... Bronisław, mnie zabije jeżeli nie stawię się jutro rano w robocie - wydukał Roman.
- Zdążysz - odparła kobieta, otwierając niechlujne drzwi pokoiku.
- Skąd jesteś? I co cię przywiodło do Poznania?
- Mieszkam w Gnieźnie, razem z moim mężem.
- Twój mąż chyba nie cieszy się już dobrym zdrowiem co?
Amelia ryknęła śmiechem, ale po chwili się opanowała.
- Zwariowałeś! Jak za niego wychodziłam, miałam osiemnaście lat, a on osiemdziesiąt. Gdzie tu jest miłość?
- No tak - mruknął Roman i oboje weszli do pokoju.
Noc okazała się najcudowniejszą jaką kiedykolwiek przeżył Roman. Amelia również nie ukrywała swojego wielkiego zadowolenia. Nad ranem oznajmiła, że jeszcze mogą zostać, ponieważ jej mąż połknął cztery tabletki nasenne i zbudzi się dopiero około piętnastej albo wcale. Roman jednak nie dał się zwieść. Nie chciał poświęcić tysiąca złotych miesięcznie brutto, tylko za to, że prześpi się z kolejną napaloną paniusią. Kiedy się ubrał rzucił tylko:
- Do zobaczenia dzisiaj wieczorem.
Kiedy wyszedł Amelia jęknęła i zapaliła papierosa.
Wieczorem kobieta zjawiła się przy parkingowej bramie, tak jak ustalili.
- Dzisiaj pójdziemy do mieszkania siostry mojego męża - zarządziła.
- Ale to za duże ryzyko... - Odparł Roman, wyraźnie przestraszony.
- Daj spokój. Nikogo nie ma. Alfred śpi, bo dałam mu pięć tabletek, a jego siostra miała dziś zawał w południe i jest w szpitalu. Po domu szwenda się tylko jej suczka ze swoimi szczeniakami.
- Dobrze, ale jak coś się stanie...
- Przestań, będzie dobrze.
Amelia cicho otworzyła drzwi do mieszkania, które było dość duże. Złożone z siedmiu pokoi sprawiało naprawdę imponujące wrażenie. Roman nieśmiało przestąpił próg i zajrzał w pierwsze lepsze pomieszczenie. Pod oknem, na starodawnej kanapie spał słodko Alfred, przykryty żółtym kocem w białe kotki. Kiedy Roman wyszedł z pokoju poczuł na swojej nodze łagodne ocieranie się - to była suczka właścicielki domu. Przyjaźnie machając ogonem oznajmiła, że naprawdę nie ma się czego bać. Amelia otworzyła drzwi na końcu korytarza i skinęła w kierunku Romana.
- Dzisiaj jest nasza noc pożegnalna, będzie coś ekstra - uśmiechnęła się, a na jej oku pojawił się niby niewinny błysk.
Po wejściu Roman został nagi przywiązany do łóżka. Nie mógł praktycznie się ruszać, gdyż solidna lina na to zbytnio nie pozwalała.
- Zaczekaj minutkę, lecę do sklepu po zabezpieczenie, bo zapomniałam, sorry - Powiedziała Amelia i wybiegła z mieszkania. Po chwili Roman usłyszał tajemniczy szmer, ale nie mógł za dużo dojrzeć. Kiedy jednak ktoś zamknął drzwi od środka poczuł się niekomfortowo. W pewnym momencie po korytarzu rozległ się dźwięk kół wózka inwalidzkiego, a w drzwiach pokoiku w którym przebywał Roman ukazał się Alfred.
- No cześć - przemówił starszy pan - Miałem złe przeczucia od wczoraj, ostatnio ta głupia kurewka faszerowała mnie jakimś świństwem. Dzisiaj postanowiłem nie brać i jaka niespodzianka. Nigdy bym się nie spodziewał...
- Ale to nie tak - próbował tłumaczyć Roman, lecz knebel w ustach skutecznie mu to utrudniał.
- Nie stary, nie myśl, że jestem jakimś zbokim. Owszem mam swoje lata... Nie martw się zamknąłem drzwi do chałupy od środka, nikt cię nie zobaczy w tym stanie...
Po tych słowach starzec odkrył koc, który przywiózł na wózku. Na jego kolanach Roman ujrzał trzy małe szczeniaczki.
- Widzisz. One są jeszcze takie małe i bezbronne... Nie mają zębów, potrzebują mleka matki... - Dokończył staruszek i położył szczeniaczki pomiędzy nogami Romana. Parkingowy słyszał jeszcze tej nocy tylko dobijanie się do drzwi Amelii. Reszta na zawsze pozostanie milczeniem...

Opublikowano

Niegłupio to sobie wykombinowałeś. Musiał Romek mieć niezłą radochę.
Jest parę błędów ( wtym ort.), ale tak bywa jak stuka sie w klawiaturę.
Nie kapuję o co chodzi z tymi marinistycznymi drzwiami. Może dlatego, że mieszkam daleko od morza...

Opublikowano

Męczą mnie te drzwi.
A może to nie chodzi o dwóch facetów, lecz o marynarza, który przwyknąwszy do chwiejby na morzu, na lądzie też chodzi tzw. "marynarskim krokiem", w związku z czym potrzebuje szerszych drzwi.
No ale żeby aż podwójnej szerokości. A jakie musiałyby być szerokie drzwi dla dwóch marynarzy, albo dla dwóch piajnych facetów, albo dla dwóch pijanych marynarzy, albo dla dwóch pijanych marynarzy z dwoma pijanymi dziwkami.
;-)))))))))))))))))))))))))

Opublikowano

JaK zwykle skutecznie zaskakuje, choćby tym, że nikt na końcu nie ginie, a nauczony doświadczeniem, spodziewałem sie, że ta laska wykończy parkingowego ;)

Co do drzwi to chyba chodzi o to, że marynrze zwykle sa potężnie zbudowani więc potrzebują wiekszych drzwi ;)

pozdrawiam

Opublikowano

"Żółty kocyk w kotki", "niby niewinne spojrzenie" :D I ta Amelia... Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z jakąś brazylijską telenowelą sprzed lat kilku, którą (niestety) jeszcze wtedy oglądałam :D Jak zwykle zabawnie i zaskakująco... Tylko co stało się z Romanem? :)

Pozdrawiam gorąco i czekam na c.d.
Kasia

Opublikowano

dobra drzwi zostawiam i tak ;), z marynarzami to one nie mają nic wspólnego.
naprawdę nikt nie słyszał o stylu marinistycznym!?

Pedro, Kasiu dzięki wielkie za odwiedziny :)
raczej nie będzie kontynuacji losów Romka, bo mi jakoś pomysły nie przychodzą...
ale jakieś opowiadanko 'miłosne' powinienem jeszcze popełnić.

pozdrawiam

Opublikowano

Jay - poproszę podaj mi receptę jak miesza się słowa, aby wyszła taka komedia! twoje opowadania za każdym razem odnoszą ten sam skutek- poprostu śmieję się. tylko zyczyć aby wena twórcza nie opuszczała cię choćby na krótko !
milutko pozdrawiam

  • 4 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dźwięk dzwonka  uleciał nieznośnie ostrym echem  po ogołoconym prawie do cna mieszkaniu. Zimowy ranek był jeszcze otulony  w najczarniejszy płaszcz nocy. Drzemałem na  starej, połamanej i poplamionej  wymiocinami i moczem wersalce. W moim położeniu życiowym  i stanie nerwów już się twardo nie sypia. Sen spada po schodkach piramidy potrzeb, na łeb na szyję.  Mija po drodze prące naprzód. Potrzebę samotności, izolacji, wenę i najsilniejszą z nich. Potrzebę picia.      Są tacy co śpią na pieniądzach. I mi się to czasem zdarzy. Kiedy padam nieprzytomnie na twarz w cuchnące obicie wezgłowia a z zaciśniętej dłoni  lub dziurawej kieszeni spodni  wypadają mi ostatnie nieprzepite drobne. Ale ja wolę spać  pod gryzącym śmietnikowym  do niedawna kocem. Rozpłaszczony jak natrętny grzyb, przy lodowatej powierzchni ściany.     Leżę wśród pustych  acz odbijających w swych szkłach rzeczywistość, butelek i flaszek. Kręcą one dokument o mnie. Biografie tego o którym nie mówiono. Codzienne misterium męki. Twarz zmieniająca swe genetyczne, biologiczne rysy. Niepodobna już do mnie. Do nikogo tak naprawdę. Ukryta w zdartych, posiniaczonych, odmrożonych dłoniach.     Sądzę że pijaki powinny wyzdychać. Ja na pewno. To by wiele rozwiązało. Upadałem wszędzie. Pod prysznicem,  w kuchni przy odkręconej kuchence, w przedpokoju pod drzwiami. Skulony jak zbity pies. Los jest moim panem. A ja jego suką. W moich spodniach próżno już szukać paska. Ale był. Porządny, czarny i woskowany. Zwisa z rury w łazience. Zerwany. Nie utrzymał ciężaru moich grzechów. Szkoda. Teraz robiłby za smycz. Kaganiec też by się przydał.     W delirycznej gorączce widzę postaci. Te z dawnych dni i te z spirytystycznych krain. Czasami tylko patrzą a czasami wrzeszczą. Wtedy wrzeszczę i ja. To swoista zabawa w rosyjską ruletkę. za spust pistoletu robi tu łyk przepalanej gorzały. Kto pierwszy zdechnie. Nie boję się chemii. Znam się na alkoholach. Procentach i promilach. Trzykrotna dawka śmiertelna, przyjmowana co dnia. A rano zmartwychwstanie. A w grobie łóżka zamiast czerwi tylko pluskwy i karaluchy. Hodowane w szczelinach i ciemnych kątach. I krzyż nad nim. Zimnie obojętny na wszystko. Dopomóż mi Boże, bym umarł Tobie upodobaną śmiercią  a nie z własnej, przymuszonej woli. Z własnej nie mającej u mnie posłuchu ręki.     Leżałem, sparaliżowany jeszcze upojeniem. Lecz przez rozwarte, sine usta, poniosło się wołanie do gościa. Jeśliś przyjacielem to wejdź. I drzwi się rozwarły. Kilka delikatnie,  rozważnie stawianych kroków. W całkowitej ciemności i zagubieniu. Światła nie miałem od roku. Gazu od miesiąca  a godności od narodzenia.     Wreszcie jej drobna, bezbronna postać  stanęła w progu dawnego salonu. Wiedziała zawsze gdzie szukać. Już jesteś pijany?  Jest szósta rano. Dziś zamierzasz w ogóle wstać  z tego barłogu  i zrobić choć kilka kroków? A najlepiej wyjść z tej meliny i szukać pomocy. Ty już nawet się nie staczasz, Ty wrastasz.  To tylko mały kryzys egzystencji. Masz dla mnie to co zawsze?     Miała. Pół litra wódki  i bochenek chleba z pobliskiej piekarni. W siatce było pewnie jeszcze  jakieś pęto kiełbasy  i kilka owoców. Uśmiechnąłem się na widok  przyjaciółki w szkle. To mi się podoba. Opiekunka pierwsza klasa. Alkohol do sklepów  a chleb na meliny,  nieprawdaż że głos ulicy zawsze ma rację?     Patrzyła za swoich prostokątnych okularów  choć tak naprawdę  wolałaby stąd uciec i nigdy nie wracać. Ale taka była jej rola. Pomagać społecznie. Nawet jeśli biletem wstępu  za prawie każdy próg  była przezroczysta substancja w szkle. Czasami tak bywa. Stwierdziła cicho. Potrzebujesz jeszcze czegoś? Nie. Mam wszystko co kocham. Samotność, nędzę, rozkład i depresję.     Brakuję Ci weny. Wskazała na pusty kajet na szafce nocnej. Kupiła mi go niedawno. Miałem pracować nad nowym tomikiem. Ale jakie to ma znaczenie? Kto miałby czytać te bzdury? Karaluchy i pająki  prowadziłyby ze mną filozoficzne rozważania? Przyjmowałyby wszystko  ze stoickim spokojem, jak ja.     Piszę w myślach. Jeśli umiem je jeszcze  znaleźć i uporządkować. Patrz kto jest patronem tej substancji. Wskazałem na wódkę. Znasz dziecino to nazwisko? Był poetą jak Ty. Tylko lepszym. Gdybym nie był zalany w trupa  to z pewnością  wstałbym teraz gwałtownie z oburzenia. Pisał o tym czego nie ma  przez pryzmat umiłowania tego. A ja piszę dokładnie tak jak jest  przez pryzmat doświadczeń  na własnym tyłku. To chyba różnica? Spojrzałem na krzyż i postać Jezusa. Smutno mi Boże, że kłamcę stawiasz ponad pijaka. Niegodne to i niesprawiedliwe. Wykląłeś mnie  choć czy ja gorszym synem jestem? Może i nie mam serca ani duszy  a sumienie czarty porwały w cholerę jasną Ale mam jeszcze swe  przekleństwo pisarskie do zdechu. Do ostatniego trzeźwego neuronu. Zatem przeklinam i Ciebie. Niech żyje sztuka!     Kobieta z opieki znów przemówiła cicho. Odebrałam Twoje wyniki ze szpitala. Zostało Ci może kilkanaście tygodni. Góra pół roku. Chociaż nie będziesz się już męczył. Napisz choć o tym, że już wiesz. Jak i kiedy po Ciebie przyjdzie.     Napiszę tak słowem wstępu. Kochana Śmierci, jest samotna, ciemna, zimowa, mroźna noc. A ja siedzę w łóżku i piszę dla Ciebie wiersz. Może ostatni na pewno nie pierwszy. Słyszę Twoje kroki w progu. Wyczuwam trupi oddech nad uchem. Widzę Twój cień w ramie okna. Wiem, że już tutaj jesteś. Po mnie.  Bo kocham tylko to co jest pewne. Kocham tylko Ciebie.                    
    • @Gosława wielkie dzięki za miłe słowo,pozdrawiam
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • O, I MALEC, LAWENDA... ŻADNE WALCE, LAMIO!   MA TO DAKAR. BUKIECIK, O - KIC! E, I KUBRAK, ADO, TAM.
    • @Leszczym Płot niski , plotka wysoka  Najgłośniej milczy to, co  nie zostało wypowiedziane    Pozdrawiam :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...