Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dźwięk dzwonka 

uleciał nieznośnie ostrym echem 

po ogołoconym

prawie do cna mieszkaniu.

Zimowy ranek był jeszcze otulony 

w najczarniejszy płaszcz nocy.

Drzemałem na 

starej, połamanej i poplamionej 

wymiocinami i moczem wersalce.

W moim położeniu życiowym 

i stanie nerwów

już się twardo nie sypia.

Sen spada

po schodkach piramidy potrzeb,

na łeb na szyję. 

Mija po drodze prące naprzód.

Potrzebę samotności, izolacji, wenę

i najsilniejszą z nich.

Potrzebę picia. 

 

 

Są tacy co śpią na pieniądzach.

I mi się to czasem zdarzy.

Kiedy padam nieprzytomnie na twarz

w cuchnące obicie wezgłowia

a z zaciśniętej dłoni 

lub dziurawej kieszeni spodni 

wypadają mi ostatnie

nieprzepite drobne.

Ale ja wolę spać 

pod gryzącym śmietnikowym 

do niedawna kocem.

Rozpłaszczony jak natrętny grzyb,

przy lodowatej powierzchni ściany.

 

 

Leżę wśród pustych 

acz odbijających w swych szkłach rzeczywistość, butelek i flaszek.

Kręcą one dokument o mnie.

Biografie tego o którym nie mówiono.

Codzienne misterium męki.

Twarz zmieniająca swe genetyczne, biologiczne rysy.

Niepodobna już do mnie.

Do nikogo tak naprawdę.

Ukryta w zdartych, posiniaczonych, odmrożonych dłoniach.

 

 

Sądzę że pijaki powinny wyzdychać.

Ja na pewno.

To by wiele rozwiązało.

Upadałem wszędzie.

Pod prysznicem, 

w kuchni przy odkręconej kuchence,

w przedpokoju pod drzwiami.

Skulony jak zbity pies.

Los jest moim panem.

A ja jego suką.

W moich spodniach

próżno już szukać paska.

Ale był.

Porządny, czarny i woskowany.

Zwisa z rury w łazience.

Zerwany.

Nie utrzymał ciężaru moich grzechów.

Szkoda. Teraz robiłby za smycz.

Kaganiec też by się przydał.

 

 

W delirycznej gorączce widzę postaci.

Te z dawnych dni i te

z spirytystycznych krain.

Czasami tylko patrzą

a czasami wrzeszczą.

Wtedy wrzeszczę i ja.

To swoista zabawa w rosyjską ruletkę.

za spust pistoletu robi tu

łyk przepalanej gorzały.

Kto pierwszy zdechnie.

Nie boję się chemii.

Znam się na alkoholach.

Procentach i promilach.

Trzykrotna dawka śmiertelna,

przyjmowana co dnia.

A rano zmartwychwstanie.

A w grobie łóżka zamiast czerwi

tylko pluskwy i karaluchy.

Hodowane w szczelinach

i ciemnych kątach.

I krzyż nad nim.

Zimnie obojętny na wszystko.

Dopomóż mi Boże,

bym umarł Tobie upodobaną śmiercią 

a nie z własnej, przymuszonej woli.

Z własnej

nie mającej u mnie posłuchu ręki.

 

 

Leżałem,

sparaliżowany jeszcze upojeniem.

Lecz przez rozwarte, sine usta,

poniosło się wołanie do gościa.

Jeśliś przyjacielem to wejdź.

I drzwi się rozwarły.

Kilka delikatnie, 

rozważnie stawianych kroków.

W całkowitej ciemności i zagubieniu.

Światła nie miałem od roku.

Gazu od miesiąca 

a godności od narodzenia.

 

 

Wreszcie jej drobna, bezbronna postać 

stanęła w progu dawnego salonu.

Wiedziała zawsze gdzie szukać.

Już jesteś pijany? 

Jest szósta rano.

Dziś zamierzasz w ogóle wstać 

z tego barłogu 

i zrobić choć kilka kroków?

A najlepiej wyjść z tej meliny i szukać pomocy.

Ty już nawet się nie staczasz,

Ty wrastasz. 

To tylko mały kryzys egzystencji.

Masz dla mnie to co zawsze?

 

 

Miała.

Pół litra wódki 

i bochenek chleba z pobliskiej piekarni.

W siatce było pewnie jeszcze 

jakieś pęto kiełbasy 

i kilka owoców.

Uśmiechnąłem się na widok 

przyjaciółki w szkle.

To mi się podoba.

Opiekunka pierwsza klasa.

Alkohol do sklepów 

a chleb na meliny, 

nieprawdaż że

głos ulicy zawsze ma rację?

 

 

Patrzyła za

swoich prostokątnych okularów 

choć tak naprawdę 

wolałaby stąd uciec i nigdy nie wracać.

Ale taka była jej rola.

Pomagać społecznie.

Nawet jeśli biletem wstępu 

za prawie każdy próg 

była przezroczysta substancja w szkle.

Czasami tak bywa.

Stwierdziła cicho.

Potrzebujesz jeszcze czegoś?

Nie. Mam wszystko co kocham.

Samotność, nędzę, rozkład i depresję.

 

 

Brakuję Ci weny.

Wskazała na pusty kajet

na szafce nocnej.

Kupiła mi go niedawno.

Miałem pracować

nad nowym tomikiem.

Ale jakie to ma znaczenie?

Kto miałby czytać te bzdury?

Karaluchy i pająki 

prowadziłyby ze mną

filozoficzne rozważania?

Przyjmowałyby wszystko 

ze stoickim spokojem,

jak ja.

 

 

Piszę w myślach.

Jeśli umiem je jeszcze 

znaleźć i uporządkować.

Patrz kto jest patronem tej substancji.

Wskazałem na wódkę.

Znasz dziecino to nazwisko?

Był poetą jak Ty.

Tylko lepszym.

Gdybym nie był zalany w trupa 

to z pewnością 

wstałbym teraz

gwałtownie z oburzenia.

Pisał o tym czego nie ma 

przez pryzmat umiłowania tego.

A ja piszę dokładnie tak jak jest 

przez pryzmat doświadczeń 

na własnym tyłku.

To chyba różnica?

Spojrzałem na krzyż i postać Jezusa.

Smutno mi Boże,

że kłamcę stawiasz ponad pijaka.

Niegodne to i niesprawiedliwe.

Wykląłeś mnie 

choć czy ja gorszym synem jestem?

Może i nie mam serca ani duszy 

a sumienie

czarty porwały w cholerę jasną

Ale mam jeszcze swe 

przekleństwo pisarskie do zdechu.

Do ostatniego trzeźwego neuronu.

Zatem przeklinam i Ciebie.

Niech żyje sztuka!

 

 

Kobieta z opieki

znów przemówiła cicho.

Odebrałam Twoje wyniki ze szpitala.

Zostało Ci może kilkanaście tygodni.

Góra pół roku.

Chociaż nie będziesz się już męczył.

Napisz choć o tym,

że już wiesz.

Jak i kiedy po Ciebie przyjdzie.

 

 

Napiszę tak słowem wstępu.

Kochana Śmierci,

jest samotna, ciemna, zimowa,

mroźna noc.

A ja siedzę w łóżku

i piszę dla Ciebie wiersz.

Może ostatni na pewno nie pierwszy.

Słyszę Twoje kroki w progu.

Wyczuwam trupi oddech nad uchem.

Widzę Twój cień w ramie okna.

Wiem, że już tutaj jesteś.

Po mnie. 

Bo kocham tylko to co jest pewne.

Kocham tylko Ciebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×
×
  • Dodaj nową pozycję...