Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Właśnie zaczynała się transmisja z Ligi Mistrzów, gdy u drzwi rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka.
- Kto tam?- zapytałem niechętnie.
- Krasnoludek!
- Krasnoludek... – pomyślałem lekko zdziwiony. Podniosłem się z fotela i podszedłem do drzwi. Nie pomyślawszy o ewentualnym niebezpieczeństwie lekkomyślnie otworzyłem. Do przedpokoju wszedł wysoki, mocno zaniedbany jegomość. Zacząłem mu się ze zdziwieniem przyglądać nie zapraszając jednak do pokoju.
- No i co się tak, kurna, gapisz? Krasnoludka nie widziałeś?
- No... – zająknąłem się lekko- nie widziałem.
- A co? Bajek Disneya nie oglądałeś? Książki o sierotce Marysi też nie znasz?
- Oglądałem. Ale tam krasnoludki wyglądają zupełnie inaczej. Są malutkie, mają długie siwe brody, noszą czerwone kubraczki i szpiczaste czapeczki.
- Ha-ha- Zaśmiał się ochryple. -Nie te czasy. Słyszałeś o zjawisku akceleracji? Sądząc z twojej miny- nie słyszałeś. No to podpowiem ci. Zauważyłeś zapewne, że w dzisiejszych czasach dzieci na ogół przewyższają wzrostem rodziców. Czasami, dlatego że tato nie jest ojcem, co prawda, ale tylko czasami... U krasnoludków też wystąpiła akceleracja. Niby nasi przodkowie pomagali ludziom, ale cóż to była za pomoc... Popilnować gęsi, nakarmić kury, pozbierać okruszki z podłogi... Czy potrafisz sobie wyobrazić takiego kurdupla dźwigającego na czwarte piętro lodówkę, albo trzydziestodwucalowy telewizor?
- Czy to oznacza, że zamierzasz mi pomagać? –zapytałem z nadzieją w głosie.
- Oczywiście, ale jeszcze nie dzisiaj. Jestem okropnie zmęczony.
Zaczął się wsłuchiwać w głos płynący z pokoju.
- Oglądasz mecz? Mogę się przyłączyć?
- Dobra, właź.
Wszedł do pokoju nie zdejmując butów i rozwalił się w moim fotelu. Chcąc- nie chcąc zająłem miejsce na krześle.
Po chwili krasnoludek zagadnął:
- Nie masz przypadkiem czegoś do zjedzenia?
- Coś tam by się znalazło.
- A kropelkę do wypicia?
- Owszem.
Uniosłem się z krzesła, ale krasnoludek mnie uprzedził.
- Nie przeszkadzaj sobie. Oglądaj mecz. Coś sobie sam przyrządzę. Aha! Na imię mam Zenek.
Wyszedł do kuchni. Wrócił po kilku minutach z pełnym półmiskiem kanapek. Z przerażeniem zauważyłem, że najprawdopodobniej wyczyścił mi lodówkę ze wszystkich zapasów. Trudno. Rano zjem coś w barze.
- Mówiłeś, że masz coś do picia. W kuchni nic nie znalazłem.
- Jak to nie znalazłeś? Jest kawa, różne herbaty, mineralna...
- Nie rżnij głupa. Ja mam żelazny organizm. Od wody rdzewieję.
- Rozumiem. Mam tu z pół butelki koniaku.
- No to dawaj.
Wyjąłem z barku napoczętą butelkę i dwa kieliszki. Napełniłem kieliszki, a kiedy butelkę chciałem odstawić do barku, wyjął mi ją z ręki i postawił na podłodze obok fotela. Nieśmiało zaprotestowałem, ale stwierdził:
- Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz pić.
Ujął napełniony do połowy kieliszek w rękę, powąchał, po czym skrzywił się lekko.
- Co ty chłopie pijesz? Toż to istna trucizna.
Nie przejmując się własnymi słowami jednym haustem wychylił trunek i nalał sobie do pełna. Dosyć szybko uporał się z alkoholem i z kanapkami. W pewnym momencie zaczął ziewać.
- Chce mi się spać... Idę uderzyć w kimono. Gdzie jest sypialnia?
- Ale... ja mam tylko jedno łóżko.
- Nie szkodzi. Możesz przespać się ze mną.
Szybko znalazł drzwi do sypialni i zniknął za nimi.
Kiedy mecz dobiegł końca, ja także poszedłem do sypialni. Usiłowałem się ułożyć obok Zenka, ale rozłożył po skosie, że w żaden sposób nie mogłem się zmieścić we własnym łóżku. Na domiar złego chrapał tak donośnie, że szybko uświadomiłem sobie, że nie mam szansy na porządny wypoczynek. Wyszarpnąłem mu tylko spod głowy jaśka, wyjąłem z pawlacza dmuchany materac i rozłożyłem go na podłodze salonu.

Opublikowano

czyżby kłaniała się tobie sierotka Marysia!hihihihi
można by z tego napisać nową i w dodatku z napisem współczesne wydanie!
ciekawe i czyta się fajnie, oczywiście jeśli chodzi o stronę techniczną dla mnie bez zarzutu.
lekkie i przyjemne i chyba o to chodziło.
pozdrawiam

Opublikowano

i podszedłem do drzwi i lekkomyślnie otworzyłem = chyba nie tak, no i bez tylu iii

ułożyć obok Zenka, ale tak się ułożył = walczmy z powtórzeniami, rozłożył, położył, leżał, rozciągnął...

nie mam szansy no porządny wypoczynek= na
......

cd będzie głupszy? no Leszek, co Ty? Kombinuj jakoś żeby to wyratować. Nie jest źle, ale mało wyraźne póki co.

Opublikowano

mam nadzieje ze w ciagu dalszym tej wielce obiecujacej opowiesci, facet w końcu przestanie być takim frajerem i weżmie krasnala pod buta, rozgniatajac na miazge. po pierwsze karakan sie az o to prosi, po drugie nie ma to jak troche krwi... a teraz na powaznie - czekam co bedzie DALEJ.

Opublikowano

taaa, krasnoludki są na świecie
drepczą przy/jaźni, jak dobroduszni łaskawcy, sami mają się za maluczkich z wielkim czerwoniastym sercem na dłoni /wcześniej wyciętym scyzorykiem, innemu, co nie odpłacił sowicie za posługę/
To pomogą /wysługując się mniejszymi/, to podarują /coś, co im zawadza/ karmiąc się okruszkami /naszego życia/ lub odrobiną mleka /ssąc prosto z piersi/ ogłaszają całemu światu, że życie poświęcili innym -ludziom.
Dobroczyńcy ci, to zwykle głośne istoty /wciąż stękają, podkreślając trud, z jakim pomogli/ i niezwykle zdolne /wypomnieć najmiejszą i dawno okazaną pomoc/

PODOBA MI SIĘ TA BAJKA, czekam na resztę
//powstrzymywanie jest niezdrowe //pozdrawiam

Opublikowano

Szczęście na baterie znam. Może nie skomentowałem, ale mogę teraz powiedzieć, że jest na wysokim poziomie, tak jak zdecydowana większość twoich prac. Jeśli czasami nie wychwalam cię pod niebiosa, to tylko dletago, by nie budzić podejrzeń ;-)
Dzięki wszystkim za dobre słowo. Mam dupę prawie napisaną, ale nie mogę się zdecydować jak ją zakończyć. Polubownie, tak jak ja lubię, czy też zastosować metodę Krzyśka. A może załatwię skurwiela bezkrwawo, ale bardzo boleśnie. Na razie dumam- zostały mi dwa dni limitu.

Opublikowano

To rzeczywiście mógł być krasnoludek po Polo Kokcie, ale ja wpadłem ten na pomysł, gdy przypomniałem sobie stary kawał:
Facet spędza upojne chwile w damskim towarzystwie. Rozlega się pukanie do drzwi.
-Kto tam?
-To my, krasnoludki. Czy ma pan czerwony atrament?
-Nie mam.
Po jakimś czasie pukanie rozlega się ponownie.
-Kto tam?
-To my, krasnoludki. Przyniosłyśmy panu czerwony atrament.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...