Pogarda krzywdy
-
Ostatnio w Warsztacie
-
violetta 11 887
@hollow man intrygujesz mnie technicznie:)
0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
- 32 odpowiedzi
- 779 wyświetleń
-
- 31 odpowiedzi
- 774 wyświetleń
-
- 30 odpowiedzi
- 728 wyświetleń
-
- 25 odpowiedzi
- 1 288 wyświetleń
-
- 24 odpowiedzi
- 1 196 wyświetleń
-
-
Zarejestruj się. To bardzo proste!
Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.
-
Ostatnio dodane
-
Ostatnie komentarze
-
Przez bazyl_prost · Opublikowano
jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia -
Przez Berenika97 · Opublikowano
@andrew To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy. -
Przez Simon Tracy · Opublikowano
Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam. "Portret Owalny" cz.1 Kariera miejskiego urzędnika nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym od dyktatorskiej postawy i protekcji mojego kochanego ojca w którego wydziale miejskim miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się niesłusznie obarczaną winą za wszelkie niepowodzenia marionetką niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec nie dał poznać po sobie by miał jeszcze ochotę mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach, który krył ludzi w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających swoje przemijające rwąco życie na przyjemnościach związanych z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą od konserwatywnego salonu banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją przemocy i zepsucia. Byli też sensualni do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich z czasem zaczął piętrzyć się na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy, stanęło przed oczyma trzymając w kościstych dłoniach weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował po każdej ukończonej sesji a ich wysokość przedstawił jako wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto że nie interesuje go płeć piękna a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później o dziwo dostarczona przez chłopca na posyłki w samym środku nocy. W krótkim liściku zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie wieczorem dnia najbliższego na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia o moim pojawieniu się o godzinie ósmej wieczorem pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką na powrót w dłoń chłopca a ten pobiegł jak wicher w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach, wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca a przeskok przez nią powodował ryzyko upadku z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę, głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś do podpiwniczenia wieży ciśnień, która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana z całego serca za spóźnienie to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo niebezpiecznym miejscem przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu. Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek a raczej dawna szopa mieszkalna tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził. Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść do takiej infrastrukturalnej formy ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka. Pierwsze co poczułem to uderzające i dziwnie otulające kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta haust powietrza i dłuższą chwilę nie miałem ochoty wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle przerażające i wstrząsające co idealnie zlewały się z otoczeniem nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili zrobić sobie w głowie otwór od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był. Wild stał obok stołu, zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział jakiś dziwny fason jednoczęściowego płaszcza, który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią i przeczytałem krótką notatkę. Cieszę się, że możemy się spotkać Panie Scholl i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie bez żadnych niepotrzebnych opóźnień ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą i nie chcę marnować nawet sekundy z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza, proszę przejść na przygotowane dla Pana krzesło naprzeciw gotowego płótna a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność i zasobność domu jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory i dość obskurnego otoczenia będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym… sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany Victor Wild. I faktycznie obok notatki spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia. -
Przez Berenika97 · Opublikowano
@Somnia Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą. -
Przez Gra-Budzi-ka · Opublikowano
Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.
-
-
Najczęściej komentowane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się