Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Widzę Waldku masz niezłe towarzystwo wzajemnej adoracji, ale cóż na starość się należy..

Co do wiersza to są to same truizmy, przegadany tekst o banałach, nie ujmuje niczego zjawiskowego, a sam kunszt literacki jest bardzo ubogi. Nie widzę zbyt wielu metafor lub nawet nie ma ich wcale.
A jakbyś spróbował może nie od wieszcza ani geniusza ale ode mnie nauczyć się czegoś dobrego?

 

Napiszę twój wiersz po mojemu i oceń sam czym się różni i czy jest lepszy/gorszy od twojego:

Dziś już nikt nie płacze, fontanny przejmują pałeczkę 
Ale radość w nich kwitnie jak małemu dziecku fantazja

Emerytalna wolność wymowną oferuje nam ucieczkę 

Poczuć się jak płatek róży na wietrze czy to zła wizja?

 

Ochota upić jaźń nadchodzi jak morze to wzburzone

Wyciągnąć chcę kielicha i nalać wytrawnej wróżbitki 

Czy dni na pewno wszystkie mamy tutaj policzone? 

Czy zdobędę w Niebie z tego życia pamięci odbitki?

 

Z drugą częścią tej jednej serca mojego tej całości 

Jak dwa dzwony na wieży z tembrem tu wspólnym

Podziwiamy ostatnich żywota chwil w rosie czułości  

Z kieliszkiem igraszki mocnym i nam tu niepotulnym 

Nie zatracę zdolności patrzenia jak stary rentgen

Co sumienie prześwietla by widzieć to dobro i zło 

Obym umarł szczęśliwszy odrzucając winy geny

A niebieskie drzwi otworzyły nowych rozdziałów tło

Widzisz, tutaj jest fantazja, jest przekształcenie bardzo prostej prozy w tekst o głębszej aktówce znaczenia. Jest to bogaty tekst, mówi o tym samym co ty, ale w doskonalszy sposób.
Nie chodzi mi o bicie się kto lepiej pisze, bo mam to w dupie, ale chcę pokazać, co można nazwać poezją, a co zapisem dość ciężkich, ale jak to z kamieniami bywa - dość prostych przemyśleń.
Szanuję chęć pisania twoją, ale jak patrzę, ile masz polubień, to zaczynam tracić wiarę w poezję na tej grupie. Maluje mi się tylko pojęcie towarzystwa wzajemnej adoracji. Nic dodać nic ująć.
Ale pisz Waldku, rozwijaj się, baw się słowem, czytaj wieszczów, nie kopiuj, pisz tak, żeby w tekście widoczna była twoja krew, twoje uderzenie serca, twoją radość, ale nie pisz dosłownie, są specjaliści od pisania dosłownego, ale przynajmniej nie piszą takich banałów. 

 

Jeśli poczujesz się urażony - przepraszam, chodzi mi o standardy popularności w relacji z zawartością poetycką - bo te dwa czynniki jakoś mi się tutaj w tym portalu rozjeżdżają.

 

Pozdrawiam!!!

Edytowane przez Dawid Rzeszutek (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witam - cieszy mnie że nie tylko ja - dziękuje za czytanie - 

                                                                                                         Pozdr.

 

Witam - cieszy mnie że lubisz  optymizm  on jest nam potrzebny

              by nie ulec nicości  - 

                                                            Pozdr.

Witam - dokładnie tak - cieszmy się tym co obok - 

                                                                                          Pozdr.serdecznie.

Witam - miło że czytasz - dziękuje za to uśmiechem - 

                                                                                                Pozdr.uśmiechem.

Witam - piszę jak pisze  - a że czytają to już inna bajka - 

              Powiedz czemu raz zwracasz się do mnie  Lechu 

               a potem Andrzeju - nie rozumiem tego  - przecież 

               jestem Waldemarem -  nie czuje urazy  masz

                prawo do swojej krytyki która jest ciemna - 

                                                                                             Pozdr.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witam - miło że czytasz - a Dawid szuka dziury w całym - 

             ja się tym nie przejmuje - 

                                                                        Pozdr.serdecznie.

@Natuskaa - @Asia Rukmini - @Leszczym - @Rafael Marius

@violetta - wszystkim wam uśmiechem dziękuje - 

Opublikowano

@Waldemar_Talar_Talar Waldku sorry za pomyłkę przy imieniu, byłem na nocy w pracy i pisałem półżywy. Tak mam prawo do krytyki, piszesz jak piszesz, ale możesz lepiej -to nawet nie chodzi o mój gust tylko o sprecyzowanie co jest poezja a co nie. Rozumiem dwa główne typy wiersza - opisujący obrazy wiążące się w całość, ale też taki który ma mieć głównie przekaz, wyrażać jakąś myśl w sposób rozwodniony, ale trafny i potrzebny. Można też połączyć te dwa typy w jeden, wtedy wiersz wydaje sie doskonały. U ciebie nie ma artyzmu w tym wierszu, nie ma komplikacji jest tylko gadanie. Czasem można napisac taki wiersz na brudno a potem użyć metafor, aby coś ciekawego działo się w wierszu, żeby mógł uzyskać status obiektywnie dobrej poezji. Mnie takie pitolenie (sorry za słowo) nie zadowala, to jakbyś przyszedł na grilla a lizał kości po rybie. Tak się czuję po tym tekście. W przedszkolu by tak dzieci napisały. Publikujesz tutaj to godzisz sie na krytykę, ale to nie ona jest moim celem w aspekcie jakieś obrazy czy deprymacji, a ukazanie drogi do możliwego rozwoju. Czasem potrzebujemy kopniaka, aby zrobić coś lepiej - tak bym chciał, żeby było. Żebyś pisał lepiej. Pozdrawiam Waldku!

Opublikowano (edytowane)

Witam ponownie - W przedszkolu by tak dzieci napisały. - kim ty jesteś czy ty  

jesteś sobą  czy kimś kto zazdrości innym - 

Twoje pisanie też nie jest zbyt lubiane co widać jak na dłoni  - 

Mało kto do ciebie zagląda  - jak to wytłumaczysz - myślę że 

nie tym że inni nie rozumieją twojego pisania - jak ci nie pasuje to zmień

portal może tam będziesz bardziej doceniony - 

                                                                                                      Pozdr.

 

Edytowane przez Waldemar_Talar_Talar (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Waldemar_Talar_Talar Słuchaj ja nie piszę dla każdego, moja poezja jest trudna. Nie liczę też ciągle na lajki, a jakbym chciał iść twoim tropem i lajkować wszystko co popadnie zyskując rewanże, co byłoby nierzetelne, tez miałbym tonę lajków. Ja nie zazdroszczę ci poezji, bo nie ma czego, jeśli podejrzewasz, że zazdroszczę to musisz żyć w nadmuchanej bańce ślepej wiary we własne możliwości. Niestety nie piszesz dobrze i to widać gołym okiem. Poezja to wymagająca materia, nie ma lekko, nie musze pisać nic, bo nie zależy mi na podniesieniu sobie samooceny, ale na uruchomieniu więcej realizmu w twojej ocenie. Tutaj jest rzeczą oczywistą, że lajki nie świadczą o poziomie, to już słyszałem od wielu użytkowników. I też nie jest tak, że tylko skaczę i krytykuje, bo dzisiaj polubiłem trzy teksty i skomentowałem podkreślając ich walory. Zejdź Waldemarze na ziemię. Towarzystwa wzajemnej adoracji to każde miejsce związane z poezją w Internecie. Im więccej lajkujesz innym postów tym sam więcej zbierasz, wielu poetów - amatorów na tym mechaniźmie bazuje i buduje swoją samoocenę - tyle że to fikcja. Byłem adminem w czterech grupach poetyckich na fb i tam było to samo. Nie obrażaj się na mnie tylko wnioskuj i realizuj zmiany rozwojowe, moje rady mogą ci w tym pomóc. Nad poezją trzeba się pomęczyć, bo nie każde wypociny są poezją, a żeby pisać trzeba coś poświęcić, na pewno czas i trening szarych komórek.

Opublikowano

Witam - widzę że się nie rozumiemy - czep się kokoś innego - pilnuj

swoich komórek - a mi daj spokój  - 

                                

                                                                                                         

                

 

Opublikowano

@Dawid Rzeszutek poezja sama się obroni, nie potrzebuje chyba nikogo, a ludzie czytają co chcą I oceniają jak chcą I mają do tego prawo.  Trzeba to zaakceptować i po prostu być sobą.  Pan Waldemar pisze tak jak umie I chce i ma do tego prawo, a czytelnicy , to wiesz już zupełnie inna para kaloszy i w sumie nic nam do tego. Życzę zdrowia I rozwoju o resztę się nie martw

Kredens pozdrawia 

 

Opublikowano

@Stary_Kredens Najgorsze, ze chciałem dobrze, bo uważam, że warto próbować motywować do rozwoju, a Waldemar wierzę i czuję, że szansę na wskoczenie na wyższy poziom ma. Tylko ta duma, w stylu - co mi tu mówisz, przecież jestem starszy i mam więcej lajków. Swoją drogą jak ktoś tak realnie patrzy na lajki to mija się z prawdą, bo one nigdy nie są relatywne do osiągnięć. Tu działa bardziej psychologia tłumów, jak ty mi polubisz, to mam poczucie rewanżu do realizacji i bieganie po cudzych stronach i lajkowanie jak szalony owocuje, tylko nie jet relatywną i rzetelną a przede wszystkim nie opiniotwórczą funkcją. Znam za dobrze internetowe strony z poetami, mam również doświadczenie na fb, bo adminowałem grupami z półtora tysiącami członków. Sukcesy w Internecie to iluzja. Dodam, że Norwid umarł w przytułku, biedny i brudny, a dziś jest wieszczem. Co oznacza, że nie to co jest w mainstreamie jest wartościowe, a to co poza nim, często świat musi dojrzeć do autora a nie autor do świata. Myślę, że warto robić swoje bez znaczenia czy się to komuś podoba czy nie, bo gusta i moda są zmienne, nikt nie wie, czy za pięćdziesiąt lat czy sto nasza poezja nie będzie u szczytu popularności. Najważniejsze oczywiście jest samozaspokojenie i tez wielokrotnie swoista forma autoterapii. Bo poeta wyrzuca wiele z siebie, nie tylko energię, męcząc palce klikając w klawiaturę.

 

Nie mniej nie mam zamiaru nikogo szkolić i poprawiać wbrew jego woli. Pasuję. Dziękuję za wsparcie komentarzem, pozdrawiam serdecznie!!!

Opublikowano

@Dawid Rzeszutek ależ masz oczywiscie rację,  jesli chodzi o te lajki, co do wartości poezji, co kto lubi i co się komu podoba tu i teraz , to nic nie poradzisz, TU nie ma fachowców od literatury kimkolwiek oni są.  Po prostu każdy sobie pisze, a Pan Talar o ile wiem jest tutaj chyba od początku,  stąd też  jego popularność. W pewnym sensie na nią zasłużył. Wielu juz nie ma, a on jest wierny temu portalowi i jest bardzo aktywny. Czy to stanowi o wartości jego poezji ? Nie mnie to osądzać .  Merytorycznie można pokusić się o analizę literacka , jeśli ktoś czuje się na siłach,  ale w końcu albo się coś podoba albo nie. Mnie osobiście poezja Pana Talara  się podoba ze względu na jej prostotę i uważam, że jest piewcą fundamentalnych wartości, którym we współczesnym świecie niekoniecznie się hołduje.   

Jeszcze raz pozdrawiam 

Kredens 

Opublikowano

@Waldemar_Talar_Talar Niestety, ale są inni inaczej myślący.
My sobie nie wchodzimy w drogę. Jednak zaznaczyć muszę, że styl jaki oferuje jest stylem nieprofesjonalnym - czyli jest to w czystej postaci prymitywizm. Jeśli komuś pasuje taki styl proszę bardzo. Osobiście nie mam nic do Waldemara, może po za wulgarnymi wierszami, w których po pysku chce dawać, ale to twórczość nie autor. Ale sądząc z wypowiedzi autor ma takie somo zdanie jak w wierszach - to jest dobitne. Napisałbym o wiele więcej z przykładami, ale mi się nie chce, o błędach i chłopskiej filozofii - nie chcę bo uważam, że nie ma o czym. 

Pozdrawiam zainteresowanych.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj -  dzięki za szczery komentarz - nie moja wina że są tacy

którzy chwalą tak to działa - ja nigdy nie wspomniałem że moje 

pisanie musi się podobać - decyduje czytelnik - 

                                                                                      Pozdr.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...