Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

PRELUDIUM

Mówią, że można nauczyć się żyć. Każdy dostaje brzemię tak ciężkie, by był w stanie je unieść. Dziś upadłam po raz kolejny, boleśniej niż zwykle. I coś we mnie pękło.

Liczę dni. Czternaście, dwa tygodnie. Kiedy dotrę do końca, zabiję się. To taka gra z życiem – daję mu czas, choć wiem, że i tak go nie pokocham.



27.11.2004 – DZIEŃ 1

Ludzie wchodzą i wychodzą. Siedzę skulona pod oknem. Uśmiecham się, kiedy rozmawiają trochę zbyt głośno. Moja współlokatorka jest ciepła i radosna. Może dlatego czuję taki chłód, narastające, przeraźliwe zimno.

Wiem, że nie przychodzą do mnie. Kiedyś ktoś mnie odwiedzał. Widział we mnie odbicie samego siebie, być może ze mną czuł się bezpieczniej. Teraz jestem tylko cieniem kogoś lepszego i, jak posłuszny cień, wnikam w płaszczyznę ściany.

Drobinki choroby krążą w moich żyłach. Czuję się słaba, niezdolna do wysiłku. Instynkt podpowiada mi, bym kłamała, więc zmuszam ciało do reakcji. Tak, zrozumiałam ten żart. Tak, Kasia jest miła. Tak, urzekła mnie twoja historia.

Ktoś wyszedł, ktoś inny zajął jego miejsce. Niekończący się taniec zmian, które nie prowadzą do niczego.

Mój pierwszy krok ku śmierci.



28.11.2004 – DZIEŃ 2

Byłam młodsza, nie tyle wiekiem, co umysłem. Miałam cel. Pasję, do której dążyłam całą sobą. W końcu cel umarł, pasja razem z nim. Zostało wspomnienie tego, co mogło nadejść, ale nie nadeszło.

Teraz znów zaczęłam śnić świadomie.

Świadomy sen występuje wtedy, gdy ciało śpi, a umysł – w jakiś sposób – ze snu się wyrywa. Nagle odkrywasz, że znajdujesz się w innym miejscu, a wszystko wokół ciebie jest dziwne, nienaturalne. Że śnisz.

Niekiedy mam wrażenie, że całe moje życie jest świadomym snem. Nie zawsze potrafię nad nim panować. Dzieją się rzeczy, które powoli mnie niszczą. Vanilla sky, waniliowe niebo. Chciałabym żyć pod moim waniliowym niebem.

Ktoś powiedział mi, że wolę trwać w niewiedzy, niż stawić czoło przeciwnościom. Tak, to prawda. Przeszkody mnie przerażają. Od pewnego czasu więcej w moim życiu wypadków, po których dusza zostaje oszpecona na zawsze. Pod kloszem iluzji mogłabym znów udawać, że jestem kimś wyjątkowym, kto zasługuje na życie.

Spoglądam w lustro i widzę martwą twarz z oczami, w których błyszczy nicość.



29.11.2004 – DZIEŃ 3

Błądzę na granicy życia i śmierci. Tu jest mój dom, tu czuję się bezpieczna. Nadal oddycham światem, kolorami, gęstą przestrzenią. Jednocześnie spoglądam w cichą ciemność i wiem, że tam zawsze mogę się schronić.

Zastanawiałam się dziś, wciśnięta w brudne siedzenie autobusu, czy rzeczywiście jestem bardziej martwa od innych. Przecież rozciągam się na wielu poziomach odbierania. Angażuję się w sztukę, w tworzenie. Emocje odczuwam bardziej. Topię się w szaleństwie, odurza mnie rzeczywistość. Być może to, co odbieram jako śmierć, jest w rzeczywistości lepszą formą życia. Przecież nikt nie powiedział, że „lepsze” znaczy „łatwiejsze”.

Jest ktoś, do kogo chciałabym wyciągnąć dłoń. Nie, już nigdy nie wyciągnę. Może to nie ten czas. To, co było kiedyś, kontakt i bliskość, poczucie pokrewieństwa, minęło. A może to ja zamykam się pod powłokami samotności? Może nie potrafię już wierzyć w to, że on zrozumie...



30.11.2004 – DZIEŃ 4

Byłam pod drugiej stronie lustra.

Wyszłam z ciemności mojego pokoju. Błądziłam po jasnych, pustych korytarzach. Pokonywałam kolejne piętra. Trzecie, siódme, dziesiąte. Otworzyłam drzwi balkonu. Chłód nocy uderzył mnie w twarz, gdy pochyliłam się, zaglądając w przyszłość.

Przyszłość dziesięciu pięter i uderzenia.

Wracałam powoli, jakbym nadal śniła. Marzyłam o chwili, która nadal wydaje się tak odległa. Chciałam nie czuć już nic, ani samotności, ani bezradności. Zanurzyć się w śmierci i nie potrzebować tego, czego nie mogłam dostać.

I wtedy, przez ułamek sekundy poczułam, że nie jestem sama. Ktoś spojrzał na mnie jasnymi oczami. Jakaś istota z pogranicza snu, wędrująca nocą, tak, jak ja. Chciała podejść, przemówić.

Uciekłam, ze wspomnieniem dwóch jasnych gwiazd. Biegłam szybko po rozmazanych stopniach, gubiąc resztki łez. Dopiero za drzwiami uspokoiłam oddech.

Wyszedł po mnie, bojąc się, że skoczę za wcześnie? Podać dłoń? Powiedzieć, że jestem jego jedyną, z dawna oczekiwaną, dla której się narodził?

Nie, oczywiście, że nie. Nieznajomy był pewnie palaczem, nocnym markiem, który natknął się na mnie przypadkiem. Chciał porozmawiać? A kto, w ciemnej, cichej godzinie, nie skusiłby się na ciepłe towarzystwo?

Kolejna bezsenna noc, tym razem pod gwiazdozbiorem Nieznajomego.



1.12.2004 – DZIEŃ 5

Widziałam go znów. Miał ciemniejsze włosy i wyrazistsze oczy. Minął mnie na schodach, spiesząc na spotkanie zimy. Nie poznał.

Nie jestem warta zapamiętania. Przeciętna twarz, przeciętne włosy w kolorze ciemny blond, przeciętnie szare oczy. Nic nadzwyczajnego. To, co spycha mnie na krawędzie życia, nie jest przecież wypisane na czole. Brzemienia nie pokazuję nikomu. Absolutnie nikomu.

Absolutnie...?

Urojony przyjaciel, choćby nigdy nie istniał, nie przestaje być ważny. Mój urojony przyjaciel żyje. Nie wie, jak za nim tęsknię. Jak bardzo chciałabym porozmawiać z tą jedyną osobą, która rozumie. Która też pokonała drogę tam i z powrotem, ze śmierci w życie.

Podobno sprawiam wrażenie nieśmiałej i pewnej siebie. Sprawiam wiele innych wrażeń. Nikt nie wie, jak wiele. Nikt nie wie, co jest fikcją, a co rzeczywistością. Ile słów wypowiadam poważnie, które z nich są kłamstwami, które prawdą pod płaszczem ironii.

On jeden by wiedział. Ten ktoś z oczami jak gwiazdy, który nawet na mnie nie spojrzał. Może czuje, że to nie ma sensu.

Bo przecież zostało tylko dziewięć dni.



2.12.2004 – DZIEŃ 6

Wkładam kolejną maskę i idę na bal. Jak wszystkie grzeczne dzieci, będę śpiewała, tańczyła i śmiała się z innymi. Będę też płakać, ale po cichutku, tak, żeby łzy nie rozmoczyły kartonu. Moja maska opadnie dopiero wtedy, gdy mnie już nie będzie.

Spod ciemnych rękawów wyzierają blizny. Czerwone kreski na ramionach, pamiątka po boleśniejszych dniach. Teraz jestem spokojna. Nie boję się przyszłości.

Kilka lat temu też chciałam się zabić. Pamiętam, co mnie powstrzymało. Obietnica czegoś, co i tak nie mogło się spełnić od kogoś, kto do mnie nie pasował. Przecież miłość nie przychodzi ot tak.

Teraz znów jestem sama. Wolna. Czasem tylko gram kogoś innego, bym dalej mogła marzyć. Nie pozwolę nikomu obciąć mi skrzydeł. Polecę tam, dokąd zapragnę. Na bolesne spotkanie z matką ziemią.

W jednej ze swych najładniejszych bluzek, współlokatorka podaje mi ramię. W jednym z moich najkłamliwszych uśmiechów wychodzę, zamykając na klucz bezpieczne schronienie.

To podobno nazywa się „impreza” i ludziom sprawia przyjemność.



3.12.2004 – DZIEŃ 7

W obcym miejscu, wśród obcych ludzi, rozmawiałam z nim. Z Nieznajomym o oczach jak gwiazdy.

Miękkim głosem zadawał zbyt wiele pytań. Zbyt jasne odpowiedzi padały z moich ust. Dotknął mojej dłoni. Delikatne mrowienie i panika, obezwładniający strach. Uciekłam.

Nie rozumiem, jak znalazł się tak blisko. Jak rozbił szklane powłoki, zburzył mur. W jaki sposób mógł zranić tak mocno, ukłuć w najboleśniejsze miejsce.

Nienawidzę. Od dawna nie czułam niczego poza smutkiem. A teraz nienawidzę.

Z całego serca.



4.12.2004 – DZIEŃ 8

Walą się mury mojego świata, a ja tonę pod nimi. Wyciągnięta dłoń. Nie dotknę jej, prędzej zginę. On jest jasnookim burzycielem rzeczywistości.

Znaczące gesty, uśmiechy. „Pasujecie do siebie”. „To miły chłopak”. „Tak, znam go bardzo dobrze”.

Zostawcie mnie w spokoju.

Jego uśmiech jest jak ogień, który niszczy wszystko. Duszę się w jego obecności. Policzki pieką, budzą się instynkty. Walka. Ucieczka. Zabójstwo w obronie koniecznej. On niszczy mnie od zewnątrz i od środka, pali to, co gromadziłam tyle czasu. Zostawia popiół, zgliszcza, dwie gwiazdy i tęsknotę.

Potrzebuję cię, zimna Śmierci, bardziej niż zwykle.



5.12.2004 – DZIEŃ 9

Nic nie jest ważne, wszystko jest nieważne. Nawet to, co dziś stwierdziłeś, przyjacielu.

„Dobrze, że jesteś”.

Gdybyś wiedział, co śpi w mojej duszy. Gdybyś wiedział, bałbyś się. Trzymałbyś mnie w klatce o cienkich prętach i wyprowadzał na porę karmienia.

Ale ty nie wiesz. Zawieszenie między wnętrzem pokoju a zewnętrzem nazwiesz syndromem pijaństwa. A ja naprawdę chciałam skoczyć. Złapałeś mnie i zrozumiałam, że to zły pomysł. Za wcześnie jeszcze. Pięć dni, nim nastanie koniec świata, przyjedzie policja i zbiegną się gapie. Ale nie, nie odkryją w mojej krwi kropelki alkoholu. Nie znajdą płodu w moim łonie, problemów w dziennikach wykładowców. Nie znajdą słów, by opisać to, co mnie zabiło. Znajdą ślady na rękach i być może, możliwe, domyślą się strzępków prawdy.

Chcę umrzeć, będąc zagadką. Nieodgadnioną, nierozwiązywalną zagadką.



6.12.2004 – DZIEŃ 10

Na mikołajki podarowałam sobie ciepły szalik i rękawiczki, takie bez palców. Nosiłam podobne, gdy byłam malutka. Wtedy jeszcze mnie przytulano. Potem wyrosłam, zbrzydłam, zgłupiałam, stałam się kimś, kogo nie sposób kochać.

Otulam się szalikiem. Rękawiczki, zwinięte w kulkę, kryją się pod łóżkiem. Zdecydowałam, że nie będę ich nosić. Rany po dzieciństwie za bardzo krwawią.

Nieznajomy pukał długo, lecz go nie wpuściłam. Tuliłam się plecami do drzwi i pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Od dawna nie płakałam tak naprawdę, wilgotnymi łzami. Ostatnio ciągle krwawię. Ale to nie to samo.

Wycieram zakatarzony nos. Przeziębienie wdziera się w organizm. Uśmiecham się gorzko. Umrzeć z katarem w obu dziurkach, to takie nieromantyczne.

Ten, kto wymyślił, że śmierć jest romantyczna, najwyraźniej nigdy jej nie spotkał.



7.12.2004 – DZIEŃ 11

Kataloguję płyty. Rozdzielam po równo, przyjaciołom, nieznajomym. Nieznajomemu.

Był u mnie dzisiaj. Wpuściła go moja współlokatorka. Nie pozwolił mi wyjść. Trzymał na uwięzi swojego spojrzenia i wydawał się poruszony.

Zachowałam się dość spokojnie, choć trzęsły mi się ręce. Zrobiłam herbatę. Pożyczyłam mu książkę. Kiedy zbudziła się tęsknota, uciekłam do toalety. Niemal czułam ciepło jego ciała, delikatny zapach, szorstkie nitki swetra.

Gdy wróciłam, poprosiłam, żeby wyszedł.

Wyszedł.



8.12.2004 – DZIEŃ 12

Już niedługo.

Zastanawiam się, czy dam radę. To tak wysoko. Przełożyć nogi przez barierkę, wdychać mroźne powietrze. Zostawić za plecami jasny korytarz akademika, tak wiele drzwi, w których mogłabym szukać pomocy. Wiem, że w żadnych bym jej nie znalazła.

Staram się być dobra i uczynna. Pytam, rozmawiam, żartuję. Nawet dla niego byłam dziś miła. Ucieszył się, choć nadal jest dziwnie smutny.

Chciałabym wynagrodzić światu to, co mogłam mu dać. Gdyby tylko moje brzemię nie było tak przerażająco ciężkie, być może dałabym radę. Gdybym mogła nieść je z kimś jeszcze...

Mój nieświadomy przyjaciel układa sobie życie z kimś innym. A ja dalej błądzę po korytarzach samotności, nasłuchując czasem, czy ktoś za mną nie idzie. Ale słyszę tylko wiatr.

To już niedługo. Tak mało dni do tak wielkiego szczęścia.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wciąż płaczę.



9.12.2004 – DZIEŃ 13

Śpię długo. Przygnieciona apatią, zanurzam się we własnych snach. Przynajmniej na ten dzień będę gotowa. Jasna, z czystym, wypoczętym umysłem. Nowonarodzona kochanka Śmierci.

Czy nienawiść może zmienić się w miłość? Przysłowiowy „jeden krok” wydaje się tak banalny. A jednak, potrzebuję kogoś. Jego. Potrzebuję bardziej, niż zwykle. Bo ja, po raz pierwszy, zaczynam się bać.

Chciałabym zadzwonić do domu, lecz wiem, że wtedy nie dopełnię przysięgi.

Zimno, tak zimno, jak jeszcze nigdy przedtem.

Otulam się w szalik i udaję, że dostałam go od Nieznajomego.



10.12.2004 – DZIEŃ 14

Nie doczekam świąt.

Choinki, bombek, prezentów. Nie ujrzę brata, małą rączką sięgającego lampek. Nie zobaczę, jak pluje sałatką, jak cieszy się z nowego samochodu. Już nigdy.

Spadł śnieg. Może będzie lżej opadać w miękką białość zimy. Mam dreszcze. Nie potrafię obrysować linią oczu, choć tak bardzo chciałam być dziś piękna. Nie będę piękna. To i tak bez znaczenia.

Współlokatorka wyjechała. Chciałam powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham, jak będzie mi jej brakowało. Nie powiedziałam, za bardzo drżał mi głos, a oczy były zbyt wilgotne.

Nieznajomy był u mnie długo. Poczęstowałam go herbatą z miodem i cytryną, taką, jaką podobno najbardziej lubi. Nie protestowałam, kiedy objął moją dłoń. Pytał o coś, lecz nie słuchałam. Zbierałam energię, by w nocy skończyć to, co zaczęło się kiedyś przypadkiem. W innym akademiku, w innym ciele, w inną, nieostrożną noc.

Spoglądam na zegarek. Tak, zbliża się moja godzina.

Zaraz wstanę, odstawię krzesło, poszukam klucza z drewnianym breloczkiem. Zamknę pokój i jego cenną zawartość. Pójdę wolno, stopień po stopniu, przez morze schodów. Na samej górze skieruję się do drzwi – jedynych drzwi do wolności. I przekroczę je pewnym krokiem.

To mój ostatni dzień, dzień śmierci.



POSTLUDIUM

Czasem trzeba coś skończyć, by mógł nastać początek. Umarłam i narodziłam się na nowo. Pod niebem, które nosi konstelację dwóch jasnych gwiazd.

Opublikowano

dziekuję, Natalio.

prawdę powiedziawszy, obawiałam się publikacji tego tekstu. jest bardzo... hmm... osobisty. wiele z tego, co napisałam, zdarzyło się (lub dzieje) naprawdę, albo mogłoby się wydarzyć. pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że opowiadanie jest bardzo "fotorealistyczne".

wiem również, że wielu rzeczy potencjalny czytelnik nie uzna za interesujące/zrozumiałe. trudno mi przytoczyć, jakie to mogą być rzeczy, dla mnie wszystko jest przecież jasne i oczywiste. dobrze znam ludzi, których odzwierciedliłam w tym tekście, małe wydarzenia, które tworzą fabułę. niestety, przez to mój odbiór i ocena są zamazane.

a jednak, na własne urodziny postanowiłam zrobić sobie ten prezent i umieścić tekst na forum.

wiem, że tak naprawdę wszystkie te wyjasnienia nie są potrzebne. czułam jednak, że powinnam coś napisać. choćby dla własnego poczucia dobrze spełnionego obowiązku.

pozdrawiam serdecznie,
G.

Opublikowano

no dla mnie całość była nad wyraz zrozumiała i wyobrażalna, momentami namacalna, miejscami nawet znana, tzn nie jestem potencjalna :) ufff.
a z publikacją tekstów osobistych zawsze tak jest, że ręka drży nad enterem, ale zazwyczaj warto.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się od czarownic. Paracelsus
    • 20:48 M. 7 Al-Si [Jeśli mam mieć tylko Twój żar] Jacques Brel Jeśli mam mieć tylko Twój żar, by odziać nas w cud I ubrać w słońca czar przedmieść tych tęczę złud, Jeśli mam mieć tylko Twój żar Tylko dla tańca bzów - Jest mojej piosenki wart I ukojenia tchu... Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ranek ubrać - w mgłę, Jak biednych i tych co ich czart.. - W płaszcze wyszywane snem Jeśli mam mieć tylko Twój żar I modły, które do nieba ślę Za bolączki, jakie zna świat, Jak trubadura śpiew Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ofiarować tym, których jedyna gra To wejść w światła rym Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby wytyczyć szlak I znaleźć drogę wśród mar Tam, gdzie dróg wciąż brak Jeśli mam mieć tylko Twój żar By przekrzyczeć huk dział I tylko ten hymn, co ciszę skradł, By werblowi kazał, by zamilknąć chciał Wtedy, mając jedynie za broń Siłę, którą daje Twój żar, Wtedy ujmiemy w dłoń, Przyjaciele – Cały świat! "Zaraz będę ) za chwilę....( I. Od chryzantemy do chryzantemy Rozpadają się przyjaźnie Od chryzantemy do chryzantemy Zanikają w naszej jaźni ci, których kochaliśmy. Od chryzantemy do chryzantemy Inne kwiaty robią, co mogą Od chryzantemy do chryzantemy Mężczyźni płaczą; kobiety płyną obok. Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zawlec znów swoje kości stare Do słońca, aż do lata, Do wiosny, aż do jutra... Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zobaczyć raz, czy rzeka Ciągle jeszcze czeka, czy zatoka Jest dalej przystanią, znów tam stanąć... Zaraz będę, za parę chwil Ale dlaczego ja, czemu teraz Dlaczego już i dokąd, i po co mam iść ? Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, Zawsze byłem tylko przybyszem... Od chryzantemy do chryzantemy Za każdym razem coraz bardziej stary, Od chryzantemy do chryzantemy Coraz bardziej nie do pary... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów wsiąść w miłość, na gapę, Jak wsiada się w autobus, By już nie być sam, By być na czyimś progu, Znowu czuć się dobrze, tam... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów gwiazdami nakarmić Drżące ciało i paść martwy Miiłością spalony jak słońcem, Z sercem spopielonym... Zaraz będę, za chwilę.,. To nawet nie ty jesteś wcześniej - To ja już się spóźniłem Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, że będę Czy kiedykolwiek byłem kimś innym, niż przybyszem"? II. Oczywiście, przechodziły(-ście) burze: Dwadzieścia lat, to miłości )zgrubny( szal - Tysiąc razy, pakowałaś torby, (spałaś w biurze) Raz, tysiąc, wzbijałam/liśmy się w powietrza ]dal[ I każdy tu pamięta kąt, W tej } szpitalni { bez kołyski: Wybuchy, ]dawnych[ burz(y swąd); Nic nie przypomina(ło) niczego innego(whisky?) Tobie odebrało }wody{ smak(to błąd!) A mnie smak podbojów(dla oldbojów). Tak, Ale miłości ma Ma słodka, ] nie-[czuła ma cudowna miłości! Ja/Od (jasnego!)świtu aż do {końca} dniaWciąż cię kocham, wieszKocham cię Ja znam wszystkie )twoje( zaklęcia Ty znasz wszystkie Czary- [Mary me] Wodzi(a)łaś mnie z pułapki (do pułapki) szarmanckiego( -księcia Od czasu (do czasu), traciłe/am }cię{ Oczywiście, miałaMś kilku kochanków Musieliśmy (jakoś) zabić czas: Ciało musi się radować }o poranku] ]w ranku [ Ale w końcu, w końcu nad/nas... Potrzebowaliśmy mnóstwa talentu/jak kwlazł, właz Aby się zestarzeć, nie będąc dorosłymi {zejdź z ganku!} Im więcej czasu nas otacza I tym więcej )czasu( nas dręczy czas Ale czyż to nie najgorsza pułapka[nagra,cza] Dla kochanków, by żyli w pokoju (zgodnie,wraz)? Oczywiście, płaczesz trochę mniej, wkrótce Rozpadam się trochę później] kawałki/na[ Mniej chronimy nasze sekrety (przed/po wódce) Mniej pozostawiamy przypadkowi}-naj( Nie ufamy nurtowi życia. Pokrótce: malutcy!!! Tak.Ale to wciąż delikatna wojna(ciał/maj) [Instrumentalne zakończenie] Moja płaska ziemia Gdy Morze Północne uparcie bije w wysokich wydm asfalt, A białe płatki piany sypią się na ich grzbiety, Gdy gwałtowny przypływ uderza w czarny bazalt A mgła szara opada na wałów szkielety, Gdy podczas odpływu plaża jest dzika jak pustynia A mokry zachodni wiatr syczy jadowicie Wtedy moja ziemia stawia opór… staje się, zaczynia, Moja płaska ziemia… Moje stłamszone życie... Gdy deszcz moczy ulice, place i rabaty, Dachy i iglice strzelistych aktów kościołów, To jedyne góry na tej płaskiej ziemi bez kwiatów... Gdy ludzie to karły pod okiem aniołów... I gdy dni mijają w nudnej zwyczajności, A wzburzony wiatr wschodni sprawia, że ziemia jeszcze bardziej się płaszczy w swej uniżoności, Wtedy moja ziemia czeka… Moja płaska ziemia… Na której nie ma Ni zwierza, Ni człowieka Gdy niebo nad nami leżące delikatnie muska płaską wodę, Gdy ciążące niebo uczy nas pokory, Gdy niebo lekceważące dla pozoru się staje szare jak łupek z piekła rodem, Kiedy niebo na nas leżące jest blade jak glina, jak skóra chorych, Kiedy wiatr północny dzieli polder na cztery, Kiedy północny wiatr kradnie nam oddech, Wtedy moja ziemia pęka jak te poldery… Moja płaska ziemia… Mój wieczny bez, bezoddech... Kiedy Skalda lśni w południowym słońcu, A każda Flamandka zakłada letnią sukienkę, Kiedy pierwszy pająk tka pajęczyny w końcu, A pola tulipanów parują w lipcowym słońcu, przepięknie Kiedy południowy wiatr buszuje w zbożu, Kiedy wiatr południowy raduje się drogą i bezdrożem Wtedy moja ziemia świętuje… Moja płaska ziemia… Moje serce już niczego Nie żałuje... ─── WAŻNE STRONY

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W porcie Amsterdam W porcie Amsterdam Są żeglarze, co śpiewają I sny, co sen odbierają, U wybrzeży portu Amsterdam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy śpią Jak sztandary, co lśnią Wzdłuż ponurych brzegów. Tam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy umierają Pełni piwa i dramatów z annałów O świcie, tam w porcie Amsterdam. Lecz w porcie Amsterdam Są żeglarze, co rodzą się W gęstym upale i nie rzadszej mgle Od oceanów ospały port Amsterdam, tam. ─── W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy chcą jeść Na zbyt białych obrusach, jak ich życia treść Ociekająca rybami – port Amsterdam. To nie przystań dla dam! Pokazują ci zęby całkiem połamane, Które sprawiają, że chcesz W jabłko Fortuny wgryźć się, Aby księżyc ubolewał, Że całuny chcą żreć, I pachnie dorszem żołądka treść... W samym jądrze frytki, Którą biorą w swoją wielką dłoń, By wrócić, wstają ze śmiechem do bitki. W burzliwym hałasie Zapinają rozporki i wychodzą, bekając w niedoczasie. W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, Pocierając brzuchy, jak zwyczaj każe, O brzuchy kobiet. Kręcą się, tańczą jak w żałobie, Jak wypluwane słońca, W rozdartym dźwięku skwaszonego akordeonu, tak bez końca. Wykręcają szyje, Aby lepiej słyszeć swój śmiech, co buty szyje, Aż nagle akordeon gaśnie. Wtedy z poważnym gestem, a potem z dumnym spojrzeniem, tak właśnie, Wyciągają swoich bękartów z powrotem na światło dzienne I piszą testament w synaptyczny atrament.... ─── W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, którzy piją, I piją, i piją znowu, I piją jeszcze trochę, każdy sam. Piją za zdrowie Amsterdamskich kurw Z Hamburga czy gdzie indziej tam: Z wszystkich tych dziur. Wreszcie piją zdrowie dam, Które im udzieliły swoich pięknych ciał, Które dają im swoją cnotę cnót, Za złotą monetę obciągają drut. A kiedy wreszcie nasycą się, Wtykają nosy w niebo, Wydmuchują nosy w całun gwiazd, Sikają się, jakby im zbierało się na płacz Nad niewiernymi kobietami, z którymi trzeba... W porcie Amsterdam, W porcie Amsterdam, W porcie nie dla dam, Porcie, gdzie każdy sam. ─── Marieke Jacques Brel Aj Marieke, Marieke Kochałam cię tak cudnie Między wieżami Gandawy I Brugii Aj Marieke, Marieke Dawno temu, zmienne l złudnie Między wieżami Brugii i Gandawy Bez miłości, cudnej miłości Wiatr wieje, cichy wiatr Bez miłości, pełnej miłość Morze płacze, szara morza dal... Bez miłości, cudnej miłości Światło cierpi, światło w cień A piasek trze moją ziemię przemiłą Moją płaską ziemię, o mojej Flandrii sen Aj Marieke, Marieke Flamandzkich nieb Kolor wież Z Brugii i Gandawy niesie się Aj Marieke, Marieke Flamandzkie niebo daję w zastaw Płacz ze mną Od Brugii do Gandaw Bez miłości, cudnej miłości Gdy wieje wiatr, to już koniec Bez miłości, pięknej miłości Gdy morze płacze, już skończone Bez miłości, gdzie jest cudna miłość? Gdy światło cierpi, wszystko w cień A piasek harata moją ziemię, co skryła... Moja płaska ziemia, mój o Flandrii sen. Aj Marieke, Marieke Me flamandzkie niebo nieb Czy było ciężkie zbyt, Marieke? Z Brugii aż do Gandawy het? Aj Marieke, Marieke Od twoich dwudziestu lat Które tak pokochałem w mig? Z Brugii do Gandawyv aż Bez miłości, cudnej miłości Gdy śmieje się diabeł, czarny czort Bez miłości, pięknej miłości Gdy moje serce płonie, me serce, bo; Bez miłości, cudnej miłości Gdy umiera lato, smuci się czas A piasek szoruje moją ziemię tak miło Moja płaska ziemio, o Flandria na 5 Aj Marieke, Marieke Czas powraca powraca czas Z Brugii do Gandaw żyje w nas Aj Marieke, Marieke Zawraca czas Gdy kochałaś mnie Z Brugią i Gandawą wraz Aj, Marieke, Marieke Wieczorem w sam raz Entre les tours De Brugges à Gand Aj, Marieke, Marieke Każdy staw Otwiera wrota bram van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4)  III. Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas - Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostaw mnie tu Mnie nie zostaw, nie Mnie nie zostaw mu... Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wiedząc jak Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot  [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj tu Nie zostawiaj, chcę... Nie zostawiaj: Złu Ja dam ci Perły dżdżu Z krain tych, Gdzie nie pada znów I wydrążę z ziem Aż po śmierci tlen by skryć ciało twe W całun światł i złót I stworzę świat, gdzie miłość będzie królem twym miłość - prawem mym A królową - ty Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, bo... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, co... Nazbieram ci słów słów Bez sensu, lecz Ty zrozumiesz je... Opowiem ci baśń O kochankach tych Co widzieli razy dwa Jak płoną serca ich I: opowiem ci Baśń, jak ten król Co go zabił ból, bo Nie mógł spotkać twych dni Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, kto... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, to... widzieliśmy nie raz jak Ogień tryska znów Z góry starej jak świat Wulkanu, co wszak... Nie nów Przecież mówią wszem, że Ze spopielonych ziem lepszy diamentów plon, Niż z kwietniów wszech, bo on.. A gdy nadejdzie sen niebo w ogniu ma stać Wtedy Czerwień i Czerń swój ślub będą brać Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, czy... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, mi... Nie płaczę już Nic nie mówię, bo... Schowam się tuż tuż Patrzę na twą dłoń Patrzę przez twą skroń Patrzę w twoją toń ... Tańczę i śmieję się I słuchając cię Śpiewam, a potem milknę jak i gdzie... Daj mi ostać się Jako cień twego cienia cień twojej ręki cień,a nawet cień twojego psa Nie zostawiaj mnie  Nie zostawiaj, już... Mnie nie, nie Nie zostawiaj, tuż... ... Tuż ...   @Michał Pawica## Wstęp: List otwarty do Mistrza Wojciecha    
    • @Mel666   sierść jeży mi się na karku jak czytam ten wiersz.  Oryginalne pisanie. 
    • @Annna2 Przeczytałem z przyjemnością, pozdrawiam. 
    • @Anna_Sendor Po prostu - Przednio  !
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...