Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

PRELUDIUM

Mówią, że można nauczyć się żyć. Każdy dostaje brzemię tak ciężkie, by był w stanie je unieść. Dziś upadłam po raz kolejny, boleśniej niż zwykle. I coś we mnie pękło.

Liczę dni. Czternaście, dwa tygodnie. Kiedy dotrę do końca, zabiję się. To taka gra z życiem – daję mu czas, choć wiem, że i tak go nie pokocham.



27.11.2004 – DZIEŃ 1

Ludzie wchodzą i wychodzą. Siedzę skulona pod oknem. Uśmiecham się, kiedy rozmawiają trochę zbyt głośno. Moja współlokatorka jest ciepła i radosna. Może dlatego czuję taki chłód, narastające, przeraźliwe zimno.

Wiem, że nie przychodzą do mnie. Kiedyś ktoś mnie odwiedzał. Widział we mnie odbicie samego siebie, być może ze mną czuł się bezpieczniej. Teraz jestem tylko cieniem kogoś lepszego i, jak posłuszny cień, wnikam w płaszczyznę ściany.

Drobinki choroby krążą w moich żyłach. Czuję się słaba, niezdolna do wysiłku. Instynkt podpowiada mi, bym kłamała, więc zmuszam ciało do reakcji. Tak, zrozumiałam ten żart. Tak, Kasia jest miła. Tak, urzekła mnie twoja historia.

Ktoś wyszedł, ktoś inny zajął jego miejsce. Niekończący się taniec zmian, które nie prowadzą do niczego.

Mój pierwszy krok ku śmierci.



28.11.2004 – DZIEŃ 2

Byłam młodsza, nie tyle wiekiem, co umysłem. Miałam cel. Pasję, do której dążyłam całą sobą. W końcu cel umarł, pasja razem z nim. Zostało wspomnienie tego, co mogło nadejść, ale nie nadeszło.

Teraz znów zaczęłam śnić świadomie.

Świadomy sen występuje wtedy, gdy ciało śpi, a umysł – w jakiś sposób – ze snu się wyrywa. Nagle odkrywasz, że znajdujesz się w innym miejscu, a wszystko wokół ciebie jest dziwne, nienaturalne. Że śnisz.

Niekiedy mam wrażenie, że całe moje życie jest świadomym snem. Nie zawsze potrafię nad nim panować. Dzieją się rzeczy, które powoli mnie niszczą. Vanilla sky, waniliowe niebo. Chciałabym żyć pod moim waniliowym niebem.

Ktoś powiedział mi, że wolę trwać w niewiedzy, niż stawić czoło przeciwnościom. Tak, to prawda. Przeszkody mnie przerażają. Od pewnego czasu więcej w moim życiu wypadków, po których dusza zostaje oszpecona na zawsze. Pod kloszem iluzji mogłabym znów udawać, że jestem kimś wyjątkowym, kto zasługuje na życie.

Spoglądam w lustro i widzę martwą twarz z oczami, w których błyszczy nicość.



29.11.2004 – DZIEŃ 3

Błądzę na granicy życia i śmierci. Tu jest mój dom, tu czuję się bezpieczna. Nadal oddycham światem, kolorami, gęstą przestrzenią. Jednocześnie spoglądam w cichą ciemność i wiem, że tam zawsze mogę się schronić.

Zastanawiałam się dziś, wciśnięta w brudne siedzenie autobusu, czy rzeczywiście jestem bardziej martwa od innych. Przecież rozciągam się na wielu poziomach odbierania. Angażuję się w sztukę, w tworzenie. Emocje odczuwam bardziej. Topię się w szaleństwie, odurza mnie rzeczywistość. Być może to, co odbieram jako śmierć, jest w rzeczywistości lepszą formą życia. Przecież nikt nie powiedział, że „lepsze” znaczy „łatwiejsze”.

Jest ktoś, do kogo chciałabym wyciągnąć dłoń. Nie, już nigdy nie wyciągnę. Może to nie ten czas. To, co było kiedyś, kontakt i bliskość, poczucie pokrewieństwa, minęło. A może to ja zamykam się pod powłokami samotności? Może nie potrafię już wierzyć w to, że on zrozumie...



30.11.2004 – DZIEŃ 4

Byłam pod drugiej stronie lustra.

Wyszłam z ciemności mojego pokoju. Błądziłam po jasnych, pustych korytarzach. Pokonywałam kolejne piętra. Trzecie, siódme, dziesiąte. Otworzyłam drzwi balkonu. Chłód nocy uderzył mnie w twarz, gdy pochyliłam się, zaglądając w przyszłość.

Przyszłość dziesięciu pięter i uderzenia.

Wracałam powoli, jakbym nadal śniła. Marzyłam o chwili, która nadal wydaje się tak odległa. Chciałam nie czuć już nic, ani samotności, ani bezradności. Zanurzyć się w śmierci i nie potrzebować tego, czego nie mogłam dostać.

I wtedy, przez ułamek sekundy poczułam, że nie jestem sama. Ktoś spojrzał na mnie jasnymi oczami. Jakaś istota z pogranicza snu, wędrująca nocą, tak, jak ja. Chciała podejść, przemówić.

Uciekłam, ze wspomnieniem dwóch jasnych gwiazd. Biegłam szybko po rozmazanych stopniach, gubiąc resztki łez. Dopiero za drzwiami uspokoiłam oddech.

Wyszedł po mnie, bojąc się, że skoczę za wcześnie? Podać dłoń? Powiedzieć, że jestem jego jedyną, z dawna oczekiwaną, dla której się narodził?

Nie, oczywiście, że nie. Nieznajomy był pewnie palaczem, nocnym markiem, który natknął się na mnie przypadkiem. Chciał porozmawiać? A kto, w ciemnej, cichej godzinie, nie skusiłby się na ciepłe towarzystwo?

Kolejna bezsenna noc, tym razem pod gwiazdozbiorem Nieznajomego.



1.12.2004 – DZIEŃ 5

Widziałam go znów. Miał ciemniejsze włosy i wyrazistsze oczy. Minął mnie na schodach, spiesząc na spotkanie zimy. Nie poznał.

Nie jestem warta zapamiętania. Przeciętna twarz, przeciętne włosy w kolorze ciemny blond, przeciętnie szare oczy. Nic nadzwyczajnego. To, co spycha mnie na krawędzie życia, nie jest przecież wypisane na czole. Brzemienia nie pokazuję nikomu. Absolutnie nikomu.

Absolutnie...?

Urojony przyjaciel, choćby nigdy nie istniał, nie przestaje być ważny. Mój urojony przyjaciel żyje. Nie wie, jak za nim tęsknię. Jak bardzo chciałabym porozmawiać z tą jedyną osobą, która rozumie. Która też pokonała drogę tam i z powrotem, ze śmierci w życie.

Podobno sprawiam wrażenie nieśmiałej i pewnej siebie. Sprawiam wiele innych wrażeń. Nikt nie wie, jak wiele. Nikt nie wie, co jest fikcją, a co rzeczywistością. Ile słów wypowiadam poważnie, które z nich są kłamstwami, które prawdą pod płaszczem ironii.

On jeden by wiedział. Ten ktoś z oczami jak gwiazdy, który nawet na mnie nie spojrzał. Może czuje, że to nie ma sensu.

Bo przecież zostało tylko dziewięć dni.



2.12.2004 – DZIEŃ 6

Wkładam kolejną maskę i idę na bal. Jak wszystkie grzeczne dzieci, będę śpiewała, tańczyła i śmiała się z innymi. Będę też płakać, ale po cichutku, tak, żeby łzy nie rozmoczyły kartonu. Moja maska opadnie dopiero wtedy, gdy mnie już nie będzie.

Spod ciemnych rękawów wyzierają blizny. Czerwone kreski na ramionach, pamiątka po boleśniejszych dniach. Teraz jestem spokojna. Nie boję się przyszłości.

Kilka lat temu też chciałam się zabić. Pamiętam, co mnie powstrzymało. Obietnica czegoś, co i tak nie mogło się spełnić od kogoś, kto do mnie nie pasował. Przecież miłość nie przychodzi ot tak.

Teraz znów jestem sama. Wolna. Czasem tylko gram kogoś innego, bym dalej mogła marzyć. Nie pozwolę nikomu obciąć mi skrzydeł. Polecę tam, dokąd zapragnę. Na bolesne spotkanie z matką ziemią.

W jednej ze swych najładniejszych bluzek, współlokatorka podaje mi ramię. W jednym z moich najkłamliwszych uśmiechów wychodzę, zamykając na klucz bezpieczne schronienie.

To podobno nazywa się „impreza” i ludziom sprawia przyjemność.



3.12.2004 – DZIEŃ 7

W obcym miejscu, wśród obcych ludzi, rozmawiałam z nim. Z Nieznajomym o oczach jak gwiazdy.

Miękkim głosem zadawał zbyt wiele pytań. Zbyt jasne odpowiedzi padały z moich ust. Dotknął mojej dłoni. Delikatne mrowienie i panika, obezwładniający strach. Uciekłam.

Nie rozumiem, jak znalazł się tak blisko. Jak rozbił szklane powłoki, zburzył mur. W jaki sposób mógł zranić tak mocno, ukłuć w najboleśniejsze miejsce.

Nienawidzę. Od dawna nie czułam niczego poza smutkiem. A teraz nienawidzę.

Z całego serca.



4.12.2004 – DZIEŃ 8

Walą się mury mojego świata, a ja tonę pod nimi. Wyciągnięta dłoń. Nie dotknę jej, prędzej zginę. On jest jasnookim burzycielem rzeczywistości.

Znaczące gesty, uśmiechy. „Pasujecie do siebie”. „To miły chłopak”. „Tak, znam go bardzo dobrze”.

Zostawcie mnie w spokoju.

Jego uśmiech jest jak ogień, który niszczy wszystko. Duszę się w jego obecności. Policzki pieką, budzą się instynkty. Walka. Ucieczka. Zabójstwo w obronie koniecznej. On niszczy mnie od zewnątrz i od środka, pali to, co gromadziłam tyle czasu. Zostawia popiół, zgliszcza, dwie gwiazdy i tęsknotę.

Potrzebuję cię, zimna Śmierci, bardziej niż zwykle.



5.12.2004 – DZIEŃ 9

Nic nie jest ważne, wszystko jest nieważne. Nawet to, co dziś stwierdziłeś, przyjacielu.

„Dobrze, że jesteś”.

Gdybyś wiedział, co śpi w mojej duszy. Gdybyś wiedział, bałbyś się. Trzymałbyś mnie w klatce o cienkich prętach i wyprowadzał na porę karmienia.

Ale ty nie wiesz. Zawieszenie między wnętrzem pokoju a zewnętrzem nazwiesz syndromem pijaństwa. A ja naprawdę chciałam skoczyć. Złapałeś mnie i zrozumiałam, że to zły pomysł. Za wcześnie jeszcze. Pięć dni, nim nastanie koniec świata, przyjedzie policja i zbiegną się gapie. Ale nie, nie odkryją w mojej krwi kropelki alkoholu. Nie znajdą płodu w moim łonie, problemów w dziennikach wykładowców. Nie znajdą słów, by opisać to, co mnie zabiło. Znajdą ślady na rękach i być może, możliwe, domyślą się strzępków prawdy.

Chcę umrzeć, będąc zagadką. Nieodgadnioną, nierozwiązywalną zagadką.



6.12.2004 – DZIEŃ 10

Na mikołajki podarowałam sobie ciepły szalik i rękawiczki, takie bez palców. Nosiłam podobne, gdy byłam malutka. Wtedy jeszcze mnie przytulano. Potem wyrosłam, zbrzydłam, zgłupiałam, stałam się kimś, kogo nie sposób kochać.

Otulam się szalikiem. Rękawiczki, zwinięte w kulkę, kryją się pod łóżkiem. Zdecydowałam, że nie będę ich nosić. Rany po dzieciństwie za bardzo krwawią.

Nieznajomy pukał długo, lecz go nie wpuściłam. Tuliłam się plecami do drzwi i pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Od dawna nie płakałam tak naprawdę, wilgotnymi łzami. Ostatnio ciągle krwawię. Ale to nie to samo.

Wycieram zakatarzony nos. Przeziębienie wdziera się w organizm. Uśmiecham się gorzko. Umrzeć z katarem w obu dziurkach, to takie nieromantyczne.

Ten, kto wymyślił, że śmierć jest romantyczna, najwyraźniej nigdy jej nie spotkał.



7.12.2004 – DZIEŃ 11

Kataloguję płyty. Rozdzielam po równo, przyjaciołom, nieznajomym. Nieznajomemu.

Był u mnie dzisiaj. Wpuściła go moja współlokatorka. Nie pozwolił mi wyjść. Trzymał na uwięzi swojego spojrzenia i wydawał się poruszony.

Zachowałam się dość spokojnie, choć trzęsły mi się ręce. Zrobiłam herbatę. Pożyczyłam mu książkę. Kiedy zbudziła się tęsknota, uciekłam do toalety. Niemal czułam ciepło jego ciała, delikatny zapach, szorstkie nitki swetra.

Gdy wróciłam, poprosiłam, żeby wyszedł.

Wyszedł.



8.12.2004 – DZIEŃ 12

Już niedługo.

Zastanawiam się, czy dam radę. To tak wysoko. Przełożyć nogi przez barierkę, wdychać mroźne powietrze. Zostawić za plecami jasny korytarz akademika, tak wiele drzwi, w których mogłabym szukać pomocy. Wiem, że w żadnych bym jej nie znalazła.

Staram się być dobra i uczynna. Pytam, rozmawiam, żartuję. Nawet dla niego byłam dziś miła. Ucieszył się, choć nadal jest dziwnie smutny.

Chciałabym wynagrodzić światu to, co mogłam mu dać. Gdyby tylko moje brzemię nie było tak przerażająco ciężkie, być może dałabym radę. Gdybym mogła nieść je z kimś jeszcze...

Mój nieświadomy przyjaciel układa sobie życie z kimś innym. A ja dalej błądzę po korytarzach samotności, nasłuchując czasem, czy ktoś za mną nie idzie. Ale słyszę tylko wiatr.

To już niedługo. Tak mało dni do tak wielkiego szczęścia.

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wciąż płaczę.



9.12.2004 – DZIEŃ 13

Śpię długo. Przygnieciona apatią, zanurzam się we własnych snach. Przynajmniej na ten dzień będę gotowa. Jasna, z czystym, wypoczętym umysłem. Nowonarodzona kochanka Śmierci.

Czy nienawiść może zmienić się w miłość? Przysłowiowy „jeden krok” wydaje się tak banalny. A jednak, potrzebuję kogoś. Jego. Potrzebuję bardziej, niż zwykle. Bo ja, po raz pierwszy, zaczynam się bać.

Chciałabym zadzwonić do domu, lecz wiem, że wtedy nie dopełnię przysięgi.

Zimno, tak zimno, jak jeszcze nigdy przedtem.

Otulam się w szalik i udaję, że dostałam go od Nieznajomego.



10.12.2004 – DZIEŃ 14

Nie doczekam świąt.

Choinki, bombek, prezentów. Nie ujrzę brata, małą rączką sięgającego lampek. Nie zobaczę, jak pluje sałatką, jak cieszy się z nowego samochodu. Już nigdy.

Spadł śnieg. Może będzie lżej opadać w miękką białość zimy. Mam dreszcze. Nie potrafię obrysować linią oczu, choć tak bardzo chciałam być dziś piękna. Nie będę piękna. To i tak bez znaczenia.

Współlokatorka wyjechała. Chciałam powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham, jak będzie mi jej brakowało. Nie powiedziałam, za bardzo drżał mi głos, a oczy były zbyt wilgotne.

Nieznajomy był u mnie długo. Poczęstowałam go herbatą z miodem i cytryną, taką, jaką podobno najbardziej lubi. Nie protestowałam, kiedy objął moją dłoń. Pytał o coś, lecz nie słuchałam. Zbierałam energię, by w nocy skończyć to, co zaczęło się kiedyś przypadkiem. W innym akademiku, w innym ciele, w inną, nieostrożną noc.

Spoglądam na zegarek. Tak, zbliża się moja godzina.

Zaraz wstanę, odstawię krzesło, poszukam klucza z drewnianym breloczkiem. Zamknę pokój i jego cenną zawartość. Pójdę wolno, stopień po stopniu, przez morze schodów. Na samej górze skieruję się do drzwi – jedynych drzwi do wolności. I przekroczę je pewnym krokiem.

To mój ostatni dzień, dzień śmierci.



POSTLUDIUM

Czasem trzeba coś skończyć, by mógł nastać początek. Umarłam i narodziłam się na nowo. Pod niebem, które nosi konstelację dwóch jasnych gwiazd.

Opublikowano

dziekuję, Natalio.

prawdę powiedziawszy, obawiałam się publikacji tego tekstu. jest bardzo... hmm... osobisty. wiele z tego, co napisałam, zdarzyło się (lub dzieje) naprawdę, albo mogłoby się wydarzyć. pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że opowiadanie jest bardzo "fotorealistyczne".

wiem również, że wielu rzeczy potencjalny czytelnik nie uzna za interesujące/zrozumiałe. trudno mi przytoczyć, jakie to mogą być rzeczy, dla mnie wszystko jest przecież jasne i oczywiste. dobrze znam ludzi, których odzwierciedliłam w tym tekście, małe wydarzenia, które tworzą fabułę. niestety, przez to mój odbiór i ocena są zamazane.

a jednak, na własne urodziny postanowiłam zrobić sobie ten prezent i umieścić tekst na forum.

wiem, że tak naprawdę wszystkie te wyjasnienia nie są potrzebne. czułam jednak, że powinnam coś napisać. choćby dla własnego poczucia dobrze spełnionego obowiązku.

pozdrawiam serdecznie,
G.

Opublikowano

no dla mnie całość była nad wyraz zrozumiała i wyobrażalna, momentami namacalna, miejscami nawet znana, tzn nie jestem potencjalna :) ufff.
a z publikacją tekstów osobistych zawsze tak jest, że ręka drży nad enterem, ale zazwyczaj warto.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie wiem co źle robię Ale ciągle myślę o sposobie Jak pokochać siebie Jak czuć się jak w niebie   Chciałabym być prosta jak kartka papieru Cienka idealna pełna manieru   Na kartce piszą da się ją przeczytać A ja jestem zamkniętą jak zszywacz   Chciałabym być otwarta i nic nie ukrywać A tak naprawdę muszę zgrywać Że jestem idealna i szczęśliwa jak pies Zawsze gdy ktoś mnie widzi nie wie co mi jest   Nie wie co czuję co się ze mną dzieje Ale co w tym dziwnego jak tylko się śmieje?   Kartka jest prosta czysta jak niebo gdy tylko ktoś na niej długopisem napisze  Brudzi się tylko od niego…
    • @Mitylene tak owszem, zawsze  takie majestatyczne:) dziękuję ci:) pozdrawiam serdecznie:)
    • @brt chce wypić to co ty poproszę namiary kompoty browary dzięki stary
    • @violetta zapach tulonych płatków przywołuje pamięć z dzieciństwa malując w tej miniaturze ciepłe wspomnienie. Podoba mi się metafora " kipiących bzów"- uwypukla bujność tych kwiatów i ich czarodziejski zapach...
    • No to tak  Co zauważam w tym tekście to ostatnie wers za wersem za wersem trzy razy. Super to ale może zedytuj do pięciu bo to cyfra bez skazy gdy ma się dwie piątki w urodzenia dniach daty to się czuje więź. Super wiersz o monecie i reszcie której nawet nie wyda ekspedienkta bo nie jest podmiot liryczny wart centa choć poleciał na wersach. Złamany grosz to coś jak ruletka którą wygrał ale kasyno no nie było stać go na wypłatę bo swoją wdowią monetą o której nawet nie wiedział postawił poewnie piątkę i spadła kulka na kole na tą cyfę a jak czytamy w słowach księgi Wdowi grosz do bardziej wartościowych należy niż bogacza żetonów stosik, gdzie to nadmiaru kawałek fortuny, I tak cebulka wydobyta z dna pod dnem, rzucona na planszy na znaczek z cyfrą jak pięć udała się przepowiedzieć gdzie wyląduje kula na kole ale ale ale  ale ale ale nieświadomość daru gracza nieświadomość gry nie daje im kasyno wygranej zresztą nie stać ich nawet bo ta resztka dobra w nim głęboko pod zgnilizną duszy generalnie (głuopio rymować generalnie słowem ale jakoś tak wychidzi że w wielu miejscach gdzie nic nie można na szybko sklkelić w rym genrealnie słowo daje ten stan ulgi gdzie sklejasz wers rymem tak tu jerst kumasz mnie czy nie pewnie jedno i drugie to tako mądre jak i głupie to tak samo stoi twardo na nogach ale wie jak to jest upaść i twarda podłoga na własne życzenie leży pod twoim cielem (wymyślone słowo przywilej który grafomanowi się takoż samo należy jak i poetom czyli lp w skrócie kmwtw tak tu jest ma rymować się generalnie wielokrotnie najlepiej bo to wyjebanie fajne usłyszane w przestrzeni wersy mówią mi kiedyś a dziś wiem że jak i religia chrześcijańska jak i licencja poetica powinny być mi przywileje odebrane i na nic amen i na nic rymowanie w tekstu ścianie to już nie fajne gdy dziecko we mnie martwe jak sam je zabiłem monster artowaniem na nieświadomości oczywiście jak to ja oto ja kurwa mać (a przekleństwa karmią szatana ale i jemu należy się strawa bo to dziecko Boże i Stwórca marzy może że i Lucyferowi ostatecznie należy się raj (no koniec wojen niech ta pierwsza przykład da i pogodzi się zbuntowany anioł z SYnem Bożym drugim razem narodzonym wśród ludzi i zbijając piątki skończą terror wrogów ze światów niematerialnie istniejących) (zapomniane główne wątki i co zrobić gdy się leci w te klawisze i nie ma czasu wracać do wcześniej co się pisze i się chce tylko stawiać kolejne litery w słowa sylabami ustawione które się spacjami oddzieli bez interpunkcji bez kropek i przecinków bez kitu tu tylko nawiasy z takich znaków dziewczyno chłopaku ratuj to głowa po mocnych trunkach kończy się flaszka za cudzy pieniądz którą w gardło ze szklanki się wrzuca no kurde (choć rymowałoby się kurwa ale te przekleństwa to taka sprawa jednak niezajebista bo raz że karmią szatana który wciąż chce dla nas piekła jak i drażnią ucho i nieprzyjemna nastroju rozmowy wibracja wpada do mózga przez ucha kanały ślimaki (nieporadzisz na te nawiasy już nawet nie chce wracać do głównej myśli do pierwszych fraz do frazy która ten wyrzyg zaczęła tak tu jest tak się dzieje i to nieraz i się niezmienia oto ja tylko do przodu bez pomyślenia jak gaz do dechy gdybym wsiadł do samochodu za kierownice i pewnie pierwszy zakręt powinien być dla mnie oszukać przeznaczenie cudzym cierpieniem i wciąż niedocenienie dobra wokoło tylko ból i cierpienie, zaufanie do człowieka stracone i wzgarda i hańba (pierwsza myśll mi się przypomina znienacka nagła iskra że to komentarz wiersza o monetach pisałem i wkładzie nieświadomym z cebulki kmwtw generalnie piszę generalnie nielubiąc generalnie ale często gęsto to słowo czyli generalnie rymuje się gdy nie wpada nic lepszego do głowy i można z ulgą rymem z generalnie słowa rymowankę złożyć)  O walucie wiersz spowodował że powstaje ściana z tekstu która bezsensem okazuje się i niepotrzebnie wysłana w komentarzu powinna nie była się zacząć by nie mogła się skończyć ale oto ja w tym czasu się dla pokazu i wyżycia wśród szumu trunku którego spożycia w nadmiarze znalazłem szansę i jakoś tak myśli mam niecodziennie dostępne gdy zaciemnienie na umyśle należne z zamknięciem pyska idące w parze którego pożądanie czuje wśród współpasażerów byłych już przedziału pociągu który wiezie mnie nie na miejsce i nie na odpowiedni przystanek o nieodpowiednim czasie zapowiadane co do minuty dotarcie po krzywych torach po szynach które były złe jak moja osoba. A co do wiersza to super że poezja Ci przyszła wena i wiersz się udał bo w rymach wersach i zwrotkach jest forma podziwiam przy tym dniu a to sobota pa
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...