Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Za okupacji pan Anatol podjął pracę na kolei, która chroniła przed wywózką na roboty do Niemiec. Wojnę spędził bezpiecznie i chwile największej grozy przeżył już po jej zakończeniu. Pracował wtedy jako kasjer w Spółdzielni Mieszkaniowej. Do domu nieopodal stacji kolejowej weszło pewnego popołudnia trzech ludzi z lasu. Jeden mierzył z karabinu do jego żony i śpiącej córeczki, a pozostali kazali brać klucze i iść z nimi. Poprosił o możliwość skorzystania z toalety. Pozwolili. Spłukał klucz do jednego z zamków spółdzielczej kasy, drugi dla pozoru wziął ze sobą. I poszli. Cały czas miał świadomość, że do niego mierzą z ukrytej pod płaszczami broni. Przy kasie pancernej okazało się, iż nie można jej otworzyć. Dostał po głowie i zarośnięci partyzanci wrócili do lasu. Wspomnienie tego dojmującego lęku o rodzinę najmocniej odcisnęło się w jego pamięci. Opisywał mi tą historię kilka razy, nie wiedząc, że się powtarza.
Za PRL-u Andrychów stał się regionalną potęgą gospodarczą. Powstały prężnie działające, dotowane z budżetu centralnego zakłady i osiedla dla przybywających ze wszystkich stron emigrantów zarobkowych. Pan Anatol przeniósł się ze Spółdzielni Mieszkaniowej do Wytwórni Silników Wysokoprężnych, gdzie szybko awansował. W ciągu kilku lat z kierownika zmianowego stał się członkiem zarządu, prawą ręką dyrektora. Zawsze działał. W organizacjach sportowych, pracowniczych, społecznych. Piastował ważną funkcję w Stronnictwie Demokratycznym – jedynej partii, która ostała się w zawierusze historii. Ale o tym okresie jedynie napomykał. Może wstydził się, że potem to wszystko, z punktu widzenia najnowszej historii, okazało się sztuczne, fałszywe, wyszydzane, podczas gdy dla niego to było najprawdziwsze i jedyne życie. Nie wiem. Nie zapytałem o to i już nie zapytam. Ważniejsza była dla mnie rozmowa, jaką odbyliśmy przed godziną, kiedy ciężko dysząc, spytał mnie o sens śmierci.
- Nie wszystek w trumnę, panie Anatolu - odpowiedziałem.
Spojrzał na mnie przejmująco, a mnie zrobiło się głupio, bo ukułem świetny bon mot, za którym nic się nie kryło. Wydaje się, że umierający wszystko już wiedzą, lecz potrzebują takich pocieszających odruchów. Kiedyś zanotowałem w gorączce po śmierci jednego z moich ulubionych staruszków – mianując się misjonarzem, kolejny raz pustym słowem zakrywam próżnię.
- Coś po nas jednak zostaje – ciągnąłem - To, czego dokonaliśmy, co zapisaliśmy, może nawet co powiedzieliśmy. Przecież zawsze jest ktoś, kto pamięta. Może później zabiera to do grobu, ale w chwili naszej śmierci i jeszcze długo potem coś jednak zostaje. Także dzieci, wnuki i prawnuki.
Z bladym uśmiechem ułożył głowę na poduszce. Patrzył w sufit. Wisiała tam jeszcze ta cholerna pajęczyna, którą obiecałem sobie zdjąć ze trzy dni temu.
- Jestem od niego o 12 lat młodszy – wysapał.
- Od kogo?
- Od Papieża.
Przypomniałem sobie dziadka na łożu śmierci. Chodził do naszej szkoły, tylko o dwie klasy niżej niż Karol Wojtyła. Nie mógł zrozumieć dlaczego Papież trzyma się tak dobrze, kiedy jego opuszczają siły, a choroba odbiera wszelką nadzieję. To było 7 lat temu. Kondycja Jana Pawła II widać była punktem odniesienia dla ludzi z jego pokolenia, obiektem marzeń, często pretensji. Ciekawe co myślą teraz ci, którzy są od niego starsi i trzymają się lepiej?
Pan Anatol w końcu zasnął. Nie pomogłem mu za bardzo, ale też nie zaszkodziłem. Nie czułem się w roli pocieszyciela zbyt komfortowo. Nie przeczytałem w życiu wielu ważnych książek, a literatury poświęconej umieraniu nie widziałem na oczy w ogóle. Cała moja posługa polegała na improwizacji, podpartej czasem przemyśleniami z dziennika. Na ogół to skutkowało. Raz jeden trafił mi się podopieczny nadwrażliwy, z którym nie umiałem sobie poradzić. Ciągle chciał rozmawiać o życiu pozagrobowym, wiedzieć czy zmartwychwstanie na pewno nastąpi, a jeśli tak, to w jakiej formie go doświadczymy, czy będziemy wtedy dziećmi, dorosłymi, czy starcami, co będzie z nienarodzonymi, ofiarami wypadków, zwęglonymi, skremowanymi, topielcami, wyparowanymi wskutek bomby atomowej. Dobił mnie pytaniami o zwierzęta. Bardzo pragnął spotkać kiedyś wiernego psa, którego miał przez siedemnaście lat. Wtedy uciekłem.
Przez trzy dni wałęsałem się po knajpach, kościołach, ulicach, próbując pozbierać myśli i siły. Kiedy wróciłem, nikt mnie nie potępiał, nikt nawet słowem nie wspomniał o tym wydarzeniu. Pojąłem, że mają to już za sobą albo w skrytości ducha zakładają taką możliwość. Od tej pory pracowało mi się łatwiej.
Okryłem pana Anatola kocem, który prawie całkiem zrzucił na podłogę.
Odrzuciłem ponure myśli i w skupieniu obserwowałem wydarzenia na Placu Św. Piotra. Pielgrzymów przybywało. Stali pod oknami, palili znicze, modlili się. Nagle przyszła grupa Hiszpanów z gitarami i zaczęła śpiewać radosne piosenki. Jakże to było inne od naszych rodzimych zwyczajów, gdy nawet słowa: „radujmy się” kaznodzieja wypowiada grobowym tonem. Młodzież żegnała swojego Papieża tak, jak umiała i on na pewno nie miał nic przeciwko temu.
Telewizja coraz bardziej angażowała się w wydarzenia. Stopniowo reporterzy zaczęli docierać we wszystkie miejsca związane z Janem Pawłem II. Szły relację na żywo spod kurii w Krakowie, z placu Piłsudskiego w Warszawie, klasztoru na Jasnej Górze, wadowickiego rynku, kościoła na Krzeptówkach... Zabrakło mi w tym wszystkim Kalwarii Zebrzydowskiej, ale i tak rozmach transmisji był imponujący. Zdałem sobie nagle sprawę, że uczestniczę w największym wydarzeniu medialnym wszech czasów. Lądowanie na Księżycu, atak na World Trade Center, skutki gigantycznej fali tsunami – wszystko to nawet się nie umywało. Ale nie to było najważniejsze, tylko ten bezinteresowny odruch wiary w ludziach. Widząc go, z radością stwierdziłem, że żadną miarą nie jest możliwe, aby Bóg nie istniał.
Chciałem podzielić się tą nowina z panem Anatolem. Ująłem go za rękę, jak zwykłem to czynić, kiedy budziłem go z powodu konsultacji z lekarzem lub innych ważnych okoliczności. Wtedy poczułem ten charakterystyczny, oślizgły chłód. Jeszcze przed chwilą oddychał. Zapatrzony w telewizor przegapiłem moment gdy odszedł. W kontekście wydarzeń w Watykanie ta śmierć podziałała na mnie dużo silniej niż wcześniejsze. Spojrzałem na zegarek. Była 21.37. Coś mnie dusiło, zebrało mi się na płacz. Ciekawa rzecz, łza popłynęła mi tylko z jednego oka, jakby to drugie czekało w rezerwie na trudniejsze chwile. Z oddali usłyszałem bijące na trwogę dzwony. Podniosłem się ciężko i poszedłem po lekarza.

Opublikowano

W poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny ( a musisz wiedzieć,że w Bieszczady wiosna dociera około dwa tygodnie później, niż do Ciebie) wybrałem sie na spacer. Kiedy przysiadłem przy swoim "fire place" przyszło mi do głowy, że jeszcze lepiej zabrzmiałoby: w zakamarkach jego pamięci. Co Ty na to?

Opublikowano

Nie sądziłam, że można napisać cos dobrego o śmierci papieża (dostałam na email parę "wierszy" od których włos się jeżył na głowie:))
A Aherowi się udało. Bardzo silne i bardzo prawdziwe opowiadanie. Podoba mi się głowny bohater, zagubiony, nie posiadający żadnej silnej wiary, ale na przekór wszystkiemu starający się robić coś, co ma wg niego chociaż cień sensu. Taki egzystencjalista trochę.
Mógłbyś kontynuować jego poszukiwania. Coś takiego z radością bym przeczytała.
pozdr

Opublikowano

Dajcie spokój, nie zawtydzajcie mnie. Po to wrzucam, żeby mi ktoś pomógł. Zapytajcie Natalii, ile można usterek wyłapać. Wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że kogoś zmuszę do zaprzestania wysiłków :))) Niniejszym idę się powiesić - jak mawiała moja kumpela z pracy...

Zakamarki chyba be... tak sobie dumam...

Opublikowano

w gorączce po śmierci = przecinek

nie widziałem na oczy w ogóle= w ogóle na oczy, zmieniłabym szyk
...............

hmm, niezłe to opowiadanko, wbrew wszystkiemu właściwie,
może odpowiednio nastrojona nie czytałam, by mnie tekst porwał, ale pozytywnie Jacku.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...