Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Żar lał się z nieba jak z otwartego pieca, zapach potu i kurzu drażnił nosy, lecz większości motłochu to nie przeszkadzało. Miało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoliłoby masom dobrze się zabawić i zapomnieć na chwilę o marnej egzystencji.
Tłum na dziedzińcu falował jak oszalały. Szare, brodate twarze o rozpalonych oczach były do siebie łudząco podobne. Spod brudnych szmat wystawały pełne obrzękłych żył ręce i obute w znoszone sandały stopy.
Oczekiwano świeżej krwi, widowiska, czyjegoś cierpienia. Gwar narastał. Jak wieść niosła, kandydatów do ułaskawienia było dwóch. Różniło ich wszystko, więc zapowiadała się ciekawa konfrontacja. Jeden grasował ze swoją bandą po traktach, grabił i mordował bez skrupułów. Sprawa była oczywista: został ujęty, osądzony i skazany na śmierć. Drugi budził lęk. Nikogo nie skrzywdził, nawet paru uratował, ale jego dziwne nauki, irytująca mądrość i pewność siebie burzyła ludziom utrwalony porządek życia. Do tego mienił się królem. Bez królestwa, bez ziemi, bez majątku. Bajanie o jakimś królestwie w niebie mało kogo przekonywały. Lud się go wyrzekł. Chodziły słuchy o licznych uczniach, których rzekomo miał, ale gdzieś przepadli. Został całkiem sam.
Kiedy pojawił się prokurator, witając tłumy uniesioną ręką, lud wrzasnął dziko. Zabawa miała się zacząć. Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną Przyszliśmy z litości dla tego bezprawnie uwięzionego biedaka. Wierzyliśmy mu, wierzyliśmy, że przysłał go Bóg i czeka nas coś lepszego. Nie mogliśmy mu w żaden sposób pomóc, ale chcieliśmy przy nim być w tych trudnych chwilach. Ludzkie okrucieństwo wydawało się takie pospolite, niepotrzebne, głupie. Od wielu lat prowadziłem gospodę nieopodal głównego placu. W pracy zdążyłem napatrzeć się na przejawy najniższych ludzkich instynktów, a mimo to było mi ciężko. Ci, którzy bywali u mnie częściej niż w świątyni, mieli zadecydować komu śmierć, komu życie.
- Oto łotr, oto król – przemówił prokurator - Jednemu z nich daruję życie. Kogo mam wypuścić?
Zorientowany w obyczajach i przygotowany na to lud wrzasnął:
- Barabasza!!!
Razem z Magdaleną milczeliśmy ponuro. Prokurator zmarszczył czoło i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jak to? Macie przed sobą mordercę o sercu czarnym jak oczy diabła i tego oto człowieka o jasnym spojrzeniu. Kogo wolicie?
- Barabasza!!!
Ukryci w tłumie wysłannicy kapłanów idealnie kontrolowali sytuację. Podjudzali niepewnych, kaperowali za srebrniki obojętnych łajdaków, podgrzewali nastroje wśród gniewnych, głodnych krwi biedaków. Obserwowałem ich wysiłki ze wstrętem. Tłum wokół mnie szalał, las wzniesionych pięści wygrażał nieszczęśnikowi. Nagle ujrzałem szare oczy jednego z agentów. Były wpatrzone prosto we mnie. W ręce trzymał nóż. Uniósł go lekko i pogroził mi błyszczącym ostrzem.
- Pytam po raz trzeci: kogo???
- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!
- Krew jego na nas i dzieci nasze!!!
Nieruchome, oskarżycielskie spojrzenie Magdaleny doprowadzało mnie do pasji. Jakim prawem mnie oskarżała? Jej nikt nie zmuszał do publicznego wyrażenia swojej racji, nie oczekiwał, że zajmie w sprawie jakiekolwiek stanowisko. Była tylko kobietą, statystką wydarzeń rozgrywających się w świecie rządzonym przez mężczyzn. Nic nie mówiła, nie ujawniała żadnych uczuć, ale widziałem w jej spojrzeniu wyraz pretensji. Ze złością pociągnąłem ją za rękę. Zaczęliśmy przeciskać się przez gąszcz świętujących ludzi, którzy oglądali się na nas zdumieni. W ich mniemaniu tylko wariat mógł opuszczać widowisko w najważniejszym momencie. Ale ja miałem dość.
Kiedy przedarliśmy się przez zwartą ciżbę, odetchnąłem i przetarłem spocone czoło. Magdalena już nie patrzyła na mnie w ten sposób. Zobaczyłem odmalowaną na jej twarzy ulgę.
- Niepotrzebnie tu przyszliśmy – mruknąłem.
- Przecież chciałeś.
- Nie miałem pojęcia.. .
Ruszyliśmy wolno w stronę wiszącego ponad dachami słońca. Miasto było puste i ciche, jakby wszyscy mieszkańcy nagle wymarli. Spotkaliśmy po drodze tylko jedną żywą istotę – pod nogami przemknął nam zabłąkany pies.
W mrocznym wnętrzu gospody panował przyjemny chłód, więc od razu zrobiło mi się lepiej. Nalałem sobie porządną porcję wina i wypiłem jednym haustem. Nie mogłem więcej. Czekało nas mnóstwo pracy.
- Zobacz co u dzieci i bierzemy się do roboty – zakomenderowałem.
- Już idę.
- Szybko. Niedługo zejdzie się tu całe miasto.
Magdalena pokiwała w zamyśleniu głową.
- Takie święto to czysty zysk.
- Zamilcz!
Skurczyła się jak po otrzymaniu tęgiego ciosu i pierzchnęła z izby. Oparłem się o ladę i zastanowiłem co właściwie zaszło. Czułem się, jak szmata do podłogi, którą Magdalena wycierała posadzkę po wyjściu ostatniego klienta. Pod groźbą noża zaparłem się wiary. Widać nie wierzyłem dostatecznie mocno. Z ciężkim sercem zabrałem się do rozkładania ław i przecierania blatów.
Gwar na ulicy narastał, a potem eksplodował nagle przed drzwiami gospody. W ciągu kilku minut tłum zajął wszystkie wolne miejsca i ledwie nadążaliśmy z obsługiwaniem. Mężczyźni pili na umór, nieustannie komentując wydarzenia z placu. Zaspokoili brudne dusze czyimś nieszczęściem, ujrzeli pierwszą krew i czekali na wielki finał. Do późnej nocy uwijałem się między nimi, wysłuchując komentarzy, sporów i przekleństw kierowanych pod adresem skazanego. Moje sumienie cierpiało, czułem się coraz gorzej. Ze złością wypraszałem pijaczyny za drzwi, zapraszając na jutro. Szło opornie, ale w końcu mi się udało. Został tylko jeden. Siedział bez ruchu i wpatrywał się w stojące przed nim wino. Położyłem mu rękę na ramieniu, a wtedy drgnął jakby poraził go piorun.
- Czas do domu – powiedziałem łagodnie.
Podniósł ciężką głowę i spojrzał na mnie z ukosa. Jego oczy nie błyszczały, jak zwykle błyszczą ludziom po winie. Nie wziął nawet łyka, jego napój był zwietrzały i nieświeży.
- Ja żyję – szepnął.
Przyjrzałem mu się lepiej i poczułem jak ziemia usuwa mi się spod stóp.
- Ty jesteś Barabasz...
- Ja...
W niczym nie przypominał zbója, o którym krążyły legendy. Był człowiekiem słusznej postury, ale widywałem tu większych. Budził raczej litość niż strach.
- Jak się czujesz? – zapytałem, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
- Nijak – wzruszył ramionami – Tu życie, tu śmierć, ja pośrodku.
- Ten człowiek oddał za ciebie życie.
- Wiem o tym. Słyszałem tutaj, że chce je oddać za nas wszystkich. Za ciebie też. Tylko po co?
- Nie wiem – odparłem, patrząc tępo w podłogę.
Barabasz skupił na mnie uważne spojrzenie.
- Za kim krzyczałeś? – zapytał niskim głosem.
Czułem jak krew odpływa mi z twarzy. Nie chciałem mu odpowiadać.
- Za nikim – mruknąłem w końcu.
- Nie bój się. Nie mam do nikogo pretensji. Jutro mogłem zamordować twoją rodzinę.
- Mówię, że za nikim! – krzyknąłem wzburzony.
Barabasz zaśmiał się cicho.
- To niedobrze. Trzeba mieć własne zdanie.
Popatrzyłem na niego gniewnie i syknąłem:
- Idź już.
- A dokąd?
- Nie obchodzi mnie to .
- Oto cała prawda. Obojętność uratowała mi życie.
Powiedziawszy to, Barabasz podniósł się i wyszedł w noc. Usiadłem w kącie sali. Nalałem sobie wielki garniec wina i popijałem w milczeniu. Czułem, że nie zasługuję na światło od Boga, po tym jak się Go wyparłem. Wyparłem się, ale przecież wierzyłem. Uwierzyłem od razu, kiedy tylko usłyszałem jego nauki. Bardzo chciałem wyznawać jego ideały, być wiernym uczniem, jednak czułem się za słaby, by podźwignąć odpowiedzialność lub ponieść ewentualne konsekwencje. Dopiłem wino i poszedłem spać.
Kilka dni później, w środku nocy obudziłem się z uczuciem, jakby ktoś rzucił na mnie czarną płachtę i zaczął dusić. Zerwałem się zlany potem. Magdalena spała spokojnie jak dziecko. Zimny pot spływał mi po twarzy i karku, całe ciało dygotało. Na miasto padł cień śmierci.

Opublikowano

Musiało nastąpić coś niezwykłego, co pozwoli masom dobrze się zabawić i na chwile zapomnieć = chyba "co pozwoliłoby"? no i "na chwilę"

Gwar narastał, napięcie sięgało zenitu = to dopiero początek, ale już czuję, że zwrot "napięcie sięgało zenitu" jest tu trochę niepasujące... to nie relacja telewizyjna podrzędnego meczu

Były wpatrzone we prosto = we out

wypraszałem pijaczyny z drzwi = za

Nie wie chciałem mu odpowiadać =?

Oto cala prawda = cała
..............

dopiero dziś czytałam :)
bardzo interesująco ujęte te wynurzenia Jacku, nie mam nic przeciw i do zarzucenia
ładnie opowiedziane, barwnie, przeniesione na ciekawy grunt...

Opublikowano

Temat jest mi jakby znajomy. Ale punkt widzenia zupełnie nowy. Zgrabnie to wszystko ująłeś- naprawdę zrobiło na mnie wrażenie.
Jeśli idzie o stronę techniczną- poza uwagami Natali dołączyłbym jeszcze jedną: Otóż wątpliwośc moją budzi radosna jakby uwaga Magdaleny: "Takie święto, to czysty zysk". Stoi ona w sprzeczności z dotychczasowym stanowiskiem twojej małżonki. Powinieneś wypunktować sarkazm.

Opublikowano

Kurka, Ash... ja tez się zdobędę na osobiste wynurzenie: jako człowiek usiłujący świadomie wierzyć nie mogę zdzierżyć faktu, że święta wielkanocne ustępują w społeczeństwie znaczeniu świąt Bożego narodzenia. Popatrz nawet tutaj: przed Bożym narodzeniem zaglądasz na poezja.org i biomasa poraża, wzrost produkcji literackiej o 700%, przeważnie na żałosnym poziomie. Przed wielkanocą - nic.
Przed powrotem ze Szwecji doskonale wiedziałem, że na forum nie będzie nic poruszającego ten temat. Zadałeś kłam mojemu uprzedzeniu, za co uniżenie dziękuję :) słuchaj, z tym tekstem naprawdę nie jest źle - jest mocny... jedno co mnie zastanowiło to chwilowe i minimalne nieprzystawanie języka do realiów: skoro już się zdecydowałeś na konkretny moment dziejowy to frazy w stylu "gospoda nieopodal centrum" brzmią cokolwiek nie z tej beczki.

F.

Opublikowano

Racja z tym centrum, cholerka. Masz jakiś pomysł???

No i do reszty mnie zachęciłeś, żeby dokończyć Triduum-Tryptyk. Właśnie siedzę nad tym,
jak Judasz chodzi po mieście i pyta ludzi, co można mieć za 40 srebrników. Wie ktoś może,
jaki był wtedy przelicznik??? Nigdzie nie mogę się doszukać...


Plik podmieniony. Liczę, że teraz wsio ok.

Opublikowano

nie przychodzi mi do głowy wykładnik centrum Jerozolimy w trzeciej-czwartej dekadzie naszej ery ;) może coś w stylu "opodal świątyni"? albo może względem pałacu namiestnika to umiejscowić?... bezradność, asher :)

Opublikowano

Chyba chodziło ci, Jacku o 30 srebrników. Postaram ci się pomóc:
W stosunku do przysługi, jaką Judasz wyświadczał starszyźnie, była to kwota w zasadzie bardzo mała. Najprawdopodobniej było to 30 hebrajskich syklów (szekli), a więc tyle, ile niewykwalifikowany robotnik mógł zarobić w ciągu czterech miesięcy. Tyle również wynosiło przeciętne odszkodowanie za niewolnika zabitego w wypadku przy pracy.

Opublikowano

Dzięki!!!!!!!!

A w towarach - np. za ucztowanie w knajpie???

Już obszedłem ten temat półsłówkami, ale zawsze mogę wrócić.

Pewnie, że 30... :)))

Możesz mi na private zapodać jakieś źródła??? Nie chę się wygłupić, bo w istocie chodzi mi o coś innego niż pokazanie realiów, ale jednak one też mają znaczenia...

Opublikowano

Powinnam raczej wstrzymać się od krytyki, ponieważ niedawno przypominałam sobie "Mistrza i Małgorzatę" i pewnie podświadomie porównuję twoje opowiadanie z jedną z najważniejszych książek XX wieku (nie na twoją korzyść).
Jednak upraszasz się o komentarze, więc...
Osoby, które wypowiadały się przede mną wskazały kilka kalekich zdań (dobrze, że ominęła mnie gospoda w centrum ;-)). Mnie razi wypowiedź Piłata "- Bierzecie na siebie jego krew!"... Wcześniej jest mowa o Barabaszu, więc logika wskazuje, że jest to skrót myślowy (krew chyba jest jednak Jezusa...?). Nie wydaje mi się jednak by procurator w rozmowie z ludem mógł używać skrótów myślowych (jeżeli zakładamy, że jest dość inteligenty oraz dumny i nie chce zradzać ludowi, iż jest w to zaangażowany emocjonalnie- a może nie jest, a ja sugeruję się "mistrzem..."?), które świadczą o poufałości, ponieważ używamy ich w rozmowie jedynie z lustrem i z kimś kto dobrze nas rozumie.
Jeżeli w domyśle, wypowiadając te słowa, Piłat wskazuje skazańca, powinieneś to zaznaczyć.
Poza tym tekst jest ogólnie trochę masło-maślanowaty. Jedyne, co robi na mnie wrażenie to słowa Barabasza

Opublikowano

DO PIORUNEK:

Sorki, nie zauwazyłem Twojego wpisu.

Miło, że mnie z Bułhakowem nie porównujesz, ale też zachowaj proporcje.

Słowa Piłata to jest cytat z Biblii, więc sprawa nie wymaga komentarza - chyba, że chcesz polemizować z Apostołami - droga wolna :) Moim zdaniem fakt czyje to słowa, nie budzi zastrzeżeń.

Co do reszty, też nie polemizuję.

Zarzutów co do Pilata i jego gadek z tłumem nie kumam, więc pewnie gdzieś na kartach "Mistrza..." znalezione.

Ogólnie pozdrawiam.

PS Twoje uwagi, poza ironią nic nie wniosły.

Opublikowano

Dopiero teraz przeczytałam i zacznę od paru uwag:

Najpierw piszesz, że to był motłoch, tłum, więc logicznie coś chaotycznego. A potem "Stałem w trzecim rzędzie razem z żoną" - jak mogą tam być rzędy?

"- Barabasza!!! – wrzasnąłem razem z tłumem, przerażony widokiem łotra z nożem.
Uśmiechnął się krzywo, splunął i zniknął.
- Bierzecie na siebie jego krew!" - nieważne, że to są słowa z biblii, w tym kontekście to wygląda tak, że biorą na siebie krew Barabasza, bo o nim była mowa bezpośrednio przed. Mógłbyś tam dać "Bierzecie na siebie krew niewinnego" np. albo jakaś wzmianka że Piłat mówiąc to wskazał na proroka itp. Myślę, że o to chodziło Piorunek.

"zastanowiłem co właściwie zaszło" - zastanowiłem się

Reszta po przeczytaniu drugiej części:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...