Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Nie ma bólu. Znikł, stał się odległym, nic nie znaczącym wspomnieniem. Jest dziwnie, przejmująco przyjemnie. I znajomo, jak gdybym to już kiedyś czuł i potem zapomniał, jak w drodze powrotnej do domu po długiej tułaczce bezdrożami świata. Oświetlone okna, parapety, ciemne gzymsy, wreszcie najeżone kominami i antenami telewizyjnymi dachy – wszystko odległe, przesłonięte mgłą i takie nieistotne. Unoszę się, wyżej i wyżej, a kula ziemska staje się maleńką kuleczką na dnie wszechświata.
Bujanie. Jak na szelkach. Śmiech mnie ogarnia tak przemożny, że nie mogę się powstrzymać. Rośnie we mnie, przerasta, ogarnia przestworza. Pot, grymasy, głos grzęznący w zaciśniętej krtani, suchość – obce, zapomniane, marne. Ulga anuluje każde przykre wspomnienie. Nadszedł czas nagrody...


Znałem ten pokój, ale po latach uczyłem się go od nowa. Pamiętałem, że zawsze czuć było w nim życie, jak gdyby człowiek wychodził z ciemnej jamy na powietrze. Układ mebli pozostał taki sam, lecz teraz było duszno i przygnębiająco. Pod oknem stało biurko, przy którym warował obrotowy fotel, po lewej przylegał do ściany mahoniowy zestaw mebli, po prawej płaszczyło się metalowe łóżko. Nagi parkiet raził większą ilością wykoślawionych klepek. Ale to wszystko nie żyło, nie cierpiało – stanowiło tylko rekwizytorium.
Bożydar leżał pod ciężką pościelą. Dopiero po dłuższej chwili rozpoznałem w nim chłopca, którego tak kochałem. Był przeraźliwie chudy, miał blado-żółtą cerę i głowę ogoloną na zero. Mocno zapadnięte policzki odkrywały kości policzkowe, a zwieszona żuchwa wydłużała jego twarz, czyniąc jej widok skrajnie potwornym. Odwróciłem wzrok.
Usta Krystyny wykrzywił grymas bólu. Zacisnęła powieki, żeby to w sobie zdusić i po chwili atak rozpaczy minął. Potrzebowała mnóstwo siły, żeby to wszystko przetrzymać. Pokręciłem głową i wycofałem się w ciszy. Bezszelestnie zamknęła za nami drzwi.
- A ten co? Zobacz – wskazała skulonego nad butelką wódki Waldka, który nieruchomo wpatrywał się w napełniony kieliszek.
- Jest wrażliwy – wziąłem kumpla w obronę – Reaguje jak umie.
- Też mi pociecha – prychnęła, ale zaraz pojawił się na jej twarzy wyraz bolesnej troski – Boję się o niego.
- Poradzi sobie – rzekłem z naciskiem, siadając obok niego.
Zanim wyjechałem, pracowaliśmy razem i zdążyłem go nieźle poznać. Miał niezwykłe poczucie humoru i przebojowość, jakiej mogła mu pozazdrościć połowa tego posępnego świata. Niejeden raz wyciągał mnie z chandry i sprawiał, że potulnie wracałem na barykadę życia. Teraz powinienem się odwdzięczyć, lecz czułem się zbyt młody, niedoświadczony, bezradny. A problem przerastał nas obu po wielokroć. Mogłem tylko być i uczepiłem się tego, jak rozbitek kawałka okrętu.
Kiedy usiadłem, on nawet nie drgnął. Krystyna posłała mi znaczące spojrzenie, a ja odpowiedziałem jej najbardziej żałosną z moich min. Rozejrzałem się, żeby wykonać jakikolwiek gest, że żyję, jestem obok, reaguję. Zdołali w swoim pokoju zmieścić dwa zestawy mebli, wersalkę, ławę i dwa fotele. Bardzo przeszkadzał pociągnięty wzdłuż ściany kaloryfer. Brakiem funkcjonalności dorównywał mu tylko radziecki telewizor Elektron, który wyglądał niczym spasione, owalne zwierzę z szarą mordą.
- Co się, do diabła dzieje?! – warknął niespodziewanie Waldek – Janusza przysypało na budowie, Krzysiu zginął w wojsku, a teraz to. Fatum jakieś. Krzysiu był taki drobny, pamiętasz?
- Jasne! – uśmiechnąłem się lekko – Zawsze budził współczucie i nie mógł się z tym pogodzić. Był drobny, ale nie słaby.
- Czemu właśnie on? – Waldek ciągnął swoją myśl, jakbym się w ogóle nie odezwał – Akurat jemu, najbiedniejszemu chłopakowi w okolicy, nie otworzył się spadochron. Niepojęte. Zrobił w ziemi dziurę na pół metra i jeszcze żył. Nie mieli jak go pozbierać...
Zaczął cicho łkać. Próbował mówić dalej, lecz jedynie bezgłośnie poruszał drżącymi ustami.
- Jasiu był taki wesoły – podjąłem, żeby dać mu odetchnąć – Codziennie miał nowy kawał do opowiedzenia. Rechotaliśmy jak potłuczeni.
- Łyknij, Jacuś...
Wychyliłem kieliszek. Wódka nie należała do moich ulubionych trunków, więc szybko zapaliłem papierosa, żeby przytłumić gryzący smak. W milczeniu obserwowałem oboje moich przyjaciół, mierzących się z potężnym żywiołem, który od wieków ludzkość bezskutecznie próbowała okiełznać i wyjaśnić. Krystyna – rude pukle, grube usta, pulchne policzki, zawsze jednakowo smutne oczy, Waldek – czerstwa robotnicza gęba, perkaty nos, błękitne oczy, w którym zamieszkała pustka. Oboje niezbyt dopasowani wzrostem i posturą, bo ona była o głowę wyższa, jednak ani raz nie spotkałem się z sytuacją, by czuli się nieszczęśliwi. Do teraz.
- I co ja w życiu mam? – zapytał nie wiadomo kogo Waldek – Nie udało mi się wyjść na ludzi ani niczego dorobić. Chciałem dać światu chociaż syna. Udało się. Bardziej niż mogłem zamarzyć. I co? I nic.
- Nie opowiadaj bzdur – żachnąłem się, choć wcale mnie nie słuchał.
- Tak często burze przechodziły obok, pioruny biły gdzie indziej, aż przyszła pora na nasz dom. I wiecie, co? Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia – wziął zamach i wlał sobie wódkę w rozwarte usta.
- Jutro musisz iść do pracy – napomniała go łagodnie Krystyna.
- Po co?
- Żeby mieć za co żyć.
- Nie chcę żyć.
Spojrzała na mnie bezradnie. W pierwszej chwili chciałem wzruszyć ramionami, ale powstrzymałem się porę. Nie potrafiłem odnaleźć się w sytuacji. Wolałem zabrać Waldka na piwo i pogadać z nim po męsku. Niechby się wywrzeszczał, wypłakał, wyżalił, a potem wstał z klęczek i wrócił do walki. Ślęczenie w domu na butelczyną wódki nie miało dla mnie sensu.
- Jeżeli ty się poddajesz, to faktycznie nic nie ma sensu – powiedziałem, patrząc na niego wyzywająco.
- Na rany Chrystusa! – wybuchnął – Syn mi umiera! A medycyna ma tyle samo do powiedzenia, co my tutaj! Za późno, za późno, za późno...
Gorączkowym ruchem nalał wódki.
- Machnij.
- Mnie już wystarczy.
- No już!
Zacisnąłem zęby. Przypomniałem sobie, jak mnie kiedyś na budowie uczono łykać czysty spirytus. Trzeba najpierw wypuścić całe powietrze, potem wstrzymać oddech i chlup. Zrobiłem to samo i jakoś poszło. Krystyna położyła mi miękką dłoń na ramieniu.
- Może zrobić ci kawy? – spytała zafrasowanym głosem – Długo jechałeś, a my cię tak przyjmujemy. Na pewno jesteś godny...
- Nie przyjechałem na imprezę – obruszyłem się – Niedawno jadłem, ale kawy napiję się z przyjemnością. Posiedzę przy Bożydarze do rana, więc doping mi się przyda.
Krystyna wymknęła się do kuchni. Korzystając z chwili sama na sam, wbiłem w Waldka poważne spojrzenie.
- Pogadajmy jak faceci. Jak to się stało?
W tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że lepiej było porozmawiać o tym z Krystyną bo on najwyraźniej dużo gorzej to znosił. Pytanie jednak zostało zadane.
- Stracił przytomność w szkole – rzekł głucho Waldek – Miesiąc spędził w szpitalu i wypisali go jako skrajnie beznadziejny przypadek. Od tygodnia nic nie widzi, czuje skurcze lewej połowy ciała. Niedługo cały zostanie sparaliżowany. Teraz śpi. Drugą dobę...
Nagle przytulił twarz do mojego ramienia, a ja delikatnie objąłem jego głowę. Odsunął się po dłuższej chwili.
- Wielka nadzieja polskiej piłki zmarnowana. Ty nie wiesz, bo cię nie było. On jest piłkarzem z talentem. Wszyscy się zastanawiali czy przypadkiem Krycha nie zadała się z jakimś Brazylijczykiem. Miał instynkt strzelecki i świetny przegląd boiska. Wróżono mu ogromną karierę. Żebyś ty widział jak on uparcie trenował stałe fragmenty! Jego wolne stały się sławne. Miał serce do gry, nie do szybkich pieniędzy. Pukali do mnie różni ludzie, zachwyceni jego umiejętnościami. Jeden menadżer obiecywał, że umieści go w szkółce Ajaxu czy Anderlechtu – już nie pamiętam – ale się postawiłem. Chciałem, żeby grał dla nas. Wspomnij ile meczów razem oglądaliśmy i zawsze te matoły musiały coś spartolić. Bóg czasem nie ma za grosz logiki...
- Nie bluźnij. To nic nie pomoże – powiedziała Krystyna, która usłyszała jego ostatnie słowa.
- Bluźnierstwo to próba rozmowy z Bogiem jak z człowiekiem – wtrąciłem.
Postawiła przede mną kubek pachnącej kawy, po czym usiadła na skraju wersalki i opuściła zgarbione ramiona. Waldek tymczasem wychylił następny kieliszek i wyłożył się, podkurczając nogi pod siebie. Powoli mieszałem kawę. Czas zdawał się rozciągać do granic możliwości. Chwile sączyły się, nic sobie nie robiąc z naszego oczekiwania.
- Podziwiam twoją siłę – pokiwałem z uznaniem głową.
- A co mi zostało? – jęknęła Krystyna – Nie lubię alkoholu.
- Jezu, naprawdę nie ma żadnej nadziei???
- Bóg jeden wie. Przychodzą tu różne procesje: ze szkoły, z klubu, z Domu Kultury. Wszyscy go kochają. Wiesz, jakie to dobre dziecko? Powinien żyć sto lat.
Przetarłem zmęczone oczy i zasępiony wpatrywałem się w ciemność za oknem. Targane wiatrem konary drzew poruszały się w mrocznym tańcu.
- Nauczyciele mówią, że jest nieprzeciętnie inteligentny – mówiła z dumą – W klubie chwalą go za talent i pracowitość, w Domu Kultury za bezinteresowne działanie. I pewnego dnia oni wszyscy obejdą się bez niego...
Wcisnęła pięść do ust i zastygła, jak pomnik niczym nie usprawiedliwionej rozpaczy. Objąłem ją i poczułem, że drży.
- Więcej takich jak on, a świat byłby lepszy – szepnąłem.
- Nie mogę się tym pogodzić – łkała cicho – Zresztą wiesz, że mnie to dotyczy podwójnie.
Przypomniała mi, że spodziewali się jeszcze jednego dziecka, jednak los zdecydował inaczej. Na świecie pojawiłby się kolejny wymagający nadludzkiej troski kaleka, a wcale nie było pewne, czy nie odbyłoby się to kosztem życia Krystyny.
- Po co cokolwiek robić, skoro wszystko ma być z góry zaplanowane? – powiedziała przez zaciśnięte zęby – Nasza religia odbiera człowiekowi chęci do walki. Mam modlić się i liczyć, że cud został zaplanowany?
Ścisnąłem zęby tak mocno, że zatrzeszczały mi żuchwy.
- Może kiedy człowiek czegoś bardzo pragnie, Bóg naciąga harmonogram.
- Gdyby istniała skala takiego pragnienia, dawno bym ją przekroczyła...
Trzasnęło niedomknięte okno. Zerknąłem na Waldka. Spał, chwilowo znieczulony, oddzielony od bólu, wyciszony.
- Pójdę przy nim posiedzieć – powiedziałem.
Przeszedłem do drugiego pokoju i przysunąłem fotel do łóżka. Wpatrywałem się w bielejącą w ciemności drobną twarz Bożydara. W samotności ból dotarł do mnie z większą siłą. Przecież ten czternastoletni dzieciak miał światu więcej do zaoferowania, niż większość rówieśników i nas wszystkich w ogóle. Przy nim czułem się znikomym, nic nie znaczącym punkcikiem na mapie istnienia, którego braku nikt tak naprawdę nie zauważy. Kiedyś kopaliśmy piłkę przed blokiem i rozmawialiśmy, jak gdyby wcale nie było między nami różnicy wieku. Uderzyło mnie to, że nigdy nie myślał o sobie. Miał wielki plan. Chciał zostać sławnym piłkarzem, by przy pomocy nazwiska aktywizować środowiska finansowe do większej pomocy charytatywnej. Imponowała mu ONZ i George Weah, Liberyjczyk grający w Paris Saint Germain, a potem w AC Milan. Czarnoskóry zawodnik robił, co tylko mógł, aby pomóc cierpiącym rodakom. Liberia to było państwo paradoks. Symbol wyzwolenia narodów i dobrej woli odradzającego się świata, oaza wolności - utopiona we krwi i ginąca z głodu. Weah postanowił się temu przeciwstawić i samotnie wypowiedział wojnę stosunkom panującym w jego ojczyźnie. Bożydar chciał iść w jego ślady, chociaż spróbować. Co dnia balansował między nizinami społecznymi i ludźmi z tak zwanych dobrych domów, u wszystkich budząc jednakową aprobatę. Jako idol, łatwo mógł ich zintegrować. Był przyszłością tego środowiska.
Nagle zobaczyłem, że na mnie patrzy.
- Nie śpisz?
- Byłem daleko. Ponad dachami, chmurami. Oddalałem się i było fajnie, ale dowiedziałem się, że przyjechałeś.
- Przyjechałem...
- Nie widzę cię.
- Wcale się nie zmieniłem.
- Masz długie włosy?
- Pewnie. Kocham je.
- Ja też chciałem takie zapuścić.
- Miałbyś ładniejsze, bo twoje są rzadsze. I proste.
Bożydar uśmiechnął się w ciemności. Wyciągnął do mnie rękę, którą natychmiast mocno chwyciłem. Była koścista i zimna, czułem, jakbym trzymał poręcz wystawionego na balkon fotela.
- Opowiedz o Francji – poprosił szeptem.
- Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko...
Dałem sobie chwilę na zebranie myśli. Nigdy nie umiałem się skupić w podniosłych chwilach.
- Mieszkam w Nancy. To taka mieścina. W moim bloku żyje dziewięćset rodzin. Na jego długości są dwa przystanki autobusowe. Wyobrażasz sobie? Mieszkanie tam to żadna przyjemność. Wielonarodowa, wielowyznaniowa mieszanina, zderzenie kultur i obyczajów. Najgorsi są Arabowie. Jeden przyjeżdża, dostaje pracę i obywatelstwo, a potem ściąga członków rodziny. Wszyscy dostają zasiłek i prawo pobytu, czasem nawet mieszkanie. Obok mnie mieszka taka rodzina. Nowiutki lokal zmienili w dom na pustyni. Powybijali drzwi i okna, w łazience hodują kozy i robią tyle hałasu, że można zwariować. Śmieszni są. Gdybyś spojrzał na żonę Araba, mógłby cię zabić. Zawsze wyję ze śmiechu, kiedy idą ulicą: najpierw stary Arab, za nim jego żony, a na końcu gromadka dzieci. Idą rządkiem, jak kaczki do stawu...
Bożydar roześmiał się radośnie. Ucieszyło mnie to, jakbym mu co najmniej uratował życie.
- W moim bloku, na parterze jest poczta, bank, komisariat policji i supermarket – dokończyłem.
- Czym się zajmujesz?
- Różnie. To zależy od koniunktury. Ostatnio budowałem kominki.
- Jak ci tam jest?
- Niezbyt. To dziwny kraj. W niedzielę wszystko jest pozamykane, ulice są puste, życie zamiera. Kiedy idziesz do kogoś w odwiedziny, musisz się wcześniej zapowiedzieć, bo cię nie wpuszczą. A jak już wpadniesz z umówioną wizytą, naleją ci lampkę wina i chowają butelkę. Nie to co w Polsce. Nie ma też o czym pogadać. Sztywno i do dupy.
- W Paryżu byłeś?
- Parę razy służbowo. Paryż to co innego. To miasto żyje całą dobę.
- A Plac Pigalle?
Teraz ja zaśmiałem się rozbawiony.
- Idziesz, idziesz i każdy cię zaprasza do jakiegoś erotycznego wnętrza. Dziewczyny jak marzenie tylko czekają na twój gest. Jedna była tak piękna, że przystanąłem i zapytałem dlaczego to robi. I wiesz, co mi powiedziała? Że w normalnej pracy nigdy by się tak nie dorobiła. Ona pracuje, a jej mąż buduje dom za te pieniądze...
Bożydar westchnął ciężko.
- Chciałbym kiedyś pojechać do Francji.
- Pojedziesz...
- Przestań! – skarcił mnie ojcowskim tonem – Często wyobrażałem sobie wybrzeża Normandii, zamki nad Loarą, plaże Lazurowego Wybrzeża i oczywiście Paryż. Chciałbym obejrzeć choć jeden mecz na Parc de Prince. W zeszłym sezonie PSG nie udało się zdobyć mistrzostwa, ale w tym zrobią to na pewno.
- Na razie prowadzi Auxerre – rzekłem zmartwiony.
- Bo PSG dotarło do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów! To spore obciążenie.
- Może masz rację.
- Na pewno mam. Spójrz na takie Girondins Bordeaux. Przebili się do finału Pucharu UEFA z letniego Intertoto, ale okupili to niską lokatą w lidze.
- Nie będę się kłócił ze specjalistą – skapitulowałem.
Zamilkliśmy. Cisza nocy szumiała mi w uszach, a może to wzburzona krew szalała we mnie z mocą wodospadu. Bożydar jęknął cicho.
- Jakie powinny być kobiety? – spytał nieoczekiwanie.
Tak mnie zaskoczył, że w pierwszej chwili zupełnie nie widziałem co powiedzieć. Nie poganiał mnie, jakby rozumiał, że pytanie nie należy do najprostszych.
- Hm... nie ma reguły – odezwałem się wreszcie – Moim zdaniem powinny być piękne, mądre, a także dobre. Idealna kobieta musi posiadać urok, czyli takie osobiste piękno, które stale będzie cię absorbować.
- A są takie kobiety?
- Rzadko, ale zdarzają się...
- Mnie wystarczyłoby samo piękno – zaryzykował.
Szybko pokręciłem głową.
- To złudzenie. Nawet gwałtowne przeżycie estetyczne cię zmęczy, jeżeli nie będzie poparte czymś, co płynie z duszy. Podobnie zresztą intelekt – bez piękna i rozbudzonej namiętności, przyniesie szacunek, ale nic więcej...
Bożydar chrząknął znacząco. Wiedziałem, że nie pytał bez powodu.
- Podoba mi się Julia.
- Zaraz! Ta mała z sąsiedztwa?!
- Jaka mała? Ona już wyrosła! Zagląda do mnie czasem. Kiedy tu jest, wszystko męczy mnie jakby mniej. Ale bronię się. Nie chcę się teraz zakochiwać.
Oddech mi zatkało. Pociągnąłem nosem, wciągając łzy z powrotem do środka głowy.
- I co ja mam powiedzieć? – szepnąłem ze ściśniętym gardłem.
- Po prostu przyjmij do wiadomości. Kiedy o niej mówię, walczę z bólem. Można od niego zwariować, wiesz?
Dotarło do mnie. Gawędziłem z nim, jakby choroby wcale nie było, a przecież cały czas musiał cierpieć. Straciłem panowanie nad sobą. Po policzkach pociekły mi łzy, szybko chwytałem powietrze. Zerwałem się i wybiegłem z pokoju.
- Krysiu! On się obudził! Zrób mu zastrzyk!
Wyrwałem ją z płytkiej drzemki. Nieobecnym wzrokiem omiotła ściany kuchni i dopadła pojemnika z lekarstwami. A ja się cofałem do drzwi. W głowie mi huczało, jakbym był w tunelu pełnym pociągów. Szafy grające wspomnień, strzępy myśli, odciski bycia, dalekie echa głosów – przerażająca samotność wobec przerażającego zjawiska śmierci. Czułem się nieważny, bezwartościowy, znikomy. Przestała mnie cieszyć siłą fizyczna, potęga umysłu i czar wyobraźni. Obdarty z tego wszystkiego niby ze skóry, sprowadzony do pierwotnej nagości rozmyślałem na sensem wszystkiego. Bożydar nie zasłużył na przedwczesną śmierć. Nie zdążył nauczyć się umierać na stojąco, z czołem jak reduta uniesionym. Nie zamierzał spacerować pod parasolem nieba, kryć się za połą sutanny ani padać krzyżem. Chciał bronić siebie i innych czynem, a Bóg to zlekceważył. Szarpnąłem drzwi i wybiegłem w noc.


Zielone wzgórze. Tak zdrowych liści, w tak impresjonistycznych plamach jeszcze nie widziałem. Jest zieleń zgniła, ciemna, głęboka, jaśniutka, niedojrzała, niby źdźbło młodej trawy. Łąkę okrasza dziwny blask. Nie widzę słońca, tylko jakiś cień, który nie śle promieni ani ciepła, bo jest po drugiej stronie i jedynie odbija prawdziwe światło. Nie jest ciepło ani zimno. Jest w sam raz. Z boku wzgórza szumi skalisty wodospad, a u jego stóp woda tworzy małe jeziorko i spływa dalej. Od wody bije cudowny blask. Mógłbym przyglądać mu się bez końca. W wodzie pluska się piękna dziewczyna, której jeszcze przed chwila tam nie było. Nie ma na sobie niczego, ale wcale nie czuję z tego powodu podniecenia czy zażenowania. Pełne kształty, jasna skóra, długie, miękkie włosy – takich istot nie widuje się codziennie. Patrzę i jest mi dobrze. Ona ma wszystko wprost od natury. Robi niesamowite wrażenie. Kiedy wychodzi z wody, padam na kolana, bo ogarnia mnie nagła słabość. Wpatruję się w nią i nie mogę uwierzyć, że tu jest. Zakłada długą, białą koszulę i nagle patrzy prosto na mnie. Macha mi ręką. Przyjaźnie, zachęcająco. Zaskoczony podchodzę bliżej.
- Czekam na ciebie – oznajmia i pokazuje mi swoje przecudne zęby.
- Na mnie? – pytam zdziwiony.
- Jestem twoim przewodnikiem. Rozbieraj się i do wody...
Wcale się nie zastanawiam. Coś takiego, jak wahania, kompleksy, namysły w ogóle mnie nie dotyczą. Bezwstydnie rozbieram się i wchodzę do jeziorka. A ona za mną. Nie czuję żadnego mrowienia zmysłów. Nagość i różnica płci nie robią na mnie żadnego wrażenia. Woda nie jest ciepła ani zimna – jest idealna. Zanurzam się cały i wcale nie muszę wstrzymywać oddechu. Mam ochotę dobić do dna, ale o chyba niemożliwe. Wracam na powierzchnię, gdzie wita mnie cudowny uśmiech dziewczyny. Ona myje mnie delikatną gąbką, a potem całuje w czoło i wychodzi z wody.
- Co teraz? – pytam.
- Jesteś czysty.
- To chyba dobrze, nie?
- Oczywiście. Masz jakieś pytania?
- Jakoś nie...
- Może później na coś wpadniesz.
Widzę, że moje ubranie płonie. Rzucam się, żeby je ratować, ale wesoły śmiech dziewczyny osadza mnie w miejscu. Dostaję taką samą koszulę, w jakiej chodzi ona. Zakładam, bo jednak trochę się różnimy.
- Gdzie są wszyscy? – pytam, bo coś mi się przypomina.
- Spotkasz ich, ale jeszcze nie teraz.
- To jakiś obóz wędrowny? Nic nie pamiętam.
Dziewczyna śmieje się. Niczego mi nie wyjaśnia, tylko bierze za rękę. Odchodzimy...


Usiadłem obok Waldka, który od mojej ostatniej wizyty skurczył się jeszcze bardziej. Siedział nad flaszką, nawet nie siląc się na otwarcie ust.
- Chodzisz do pracy? – zapytałem.
Pokręcił głową i wychylił zawartość kieliszka.
- A Krysia?
- Ona musi. W służbie zdrowia nie ma kompromisów.
- Co z Bożydarem?
- Znów jest w śpiączce.
- Paraliż ustąpił?
- Skąd! Objął całe ciało.
Waldek spojrzał na mnie tak przejmującym wzrokiem, że przestraszyłem się nie na żarty.
- Wymyśliłeś już, co Bóg ma zamiar nam przez to udowodnić?
- Nie – pokręciłem głową
- Wymyśliłem tylko, że Bóg też nie jest szczęśliwy, skoro dal człowiekowi cierpienie na swoje podobieństwo. Pokiwał głową, krzywiąc w zamyśleniu usta. Potem przygarnął mnie słabym ramieniem i uścisnął.
- Wiesz, jedynie z tobą mogę pogadać swobodnie – powiedział uroczystym tonem – Wszyscy, którzy tu przychodzą, mamroczą coś o nadziei i idą sobie. Nic nie rozumieją. Nie są w stanie zrozumieć. Powiedzą swoje i biegną na słońce. Ty przynajmniej nie pieprzysz żałosnych bzdur za uszami ani nie próbujesz wyciągnąć mnie do knajpy.
Spuściłem oczy. Jak to nie? Chciałem, chłopie, tylko nie byłem pewien czy to dobra metoda. Pragniesz cierpieć w domu, przy wódce, ale w domu. I dobrze. Odetchnąłem z ulgą, ale nie wypowiedziałem swoich myśli na głos.
- Mężczyźni boją się śmierci - ciągnął Waldek – Ty wiesz, że oni nie potrafią usiedzieć tu pięć minut? Są nerwowi, bliscy paniki. Chcą mnie stąd wyrwać i uciec do bezpiecznej knajpy. Tak naprawdę tylko kobiety jakoś znoszą kontakt z umierającymi. Nie mam pojęcia, skąd biorą tę siłę, ale kocham je za to nad życie.
Popatrzył na mnie z czułością, z jaką potrafią patrzeć na przyjaciół tylko dojrzali mężczyźni. I zaraz to wszystko zniweczył.
- Postawiłbyś coś?
- Przyniosłem, ale nie wiem czy powinienem.
- Daj, będzie na czarną godzinę.
Postawiłem na stole Bolsa 0,7 i wtedy usłyszeliśmy krzyk Bożydara. Pobiegliśmy zaraz do jego pokoju. Nie spał. Próbował nie widzącymi oczami odnaleźć nasze położenie. Uśmiechał się.
- Czuję się niesamowicie dobrze! – oznajmił.
- Nic cię nie boli – zapytał z niedowierzaniem Waldek.
- Nic a nic. Tylko nie mam czucia i nie widzę. Ale czuję wielką siłę.
Waldek pociągnął mnie za ramię. Za drzwiami był jeszcze bardziej blady i szary niż przedtem.
- Z czego się cieszysz? – zapytał napastliwie.
- Żartujesz? – obruszyłem się – Z poprawy!
- Jakiej poprawy?! – prychnął – To agonia, chłopie! Większość jego istoty już jest po tamtej stronie. Dlatego nic nie czuje.
- Cholera, niemożliwe – tyle tylko umiałem powiedzieć, bo łzy mi skoczyły do oczu i coś ścisnęło gardło.
- Idę się napić.
Nie powstrzymywałem go. Coś ciągnęło mnie z powrotem do pokoju. Bożydar musiał wyczuć moją obecność, bo wyciągnął chudą rączkę. Ciepło i chłód spotkały się na granicy.
- Co mnie tam czeka? – usłyszałem i zamarłem.
Byłem jednak przygotowany. Tak długo myślałem o tym wszystkim, że starczyłoby tego na niezły wykład.
- Myślę, że czas jest praktycznym wynalazkiem człowieka i tylko jemu naprawdę jest potrzebny. W rzeczywistości to tylko mała cząstka wieczności, która istnieje od zawsze. Ona nigdy się nie kończy, bo jest miejscem trwania potężnych form, z Bogiem włącznie.
- To Bóg ma formę?
- Na pewno. Koniec czasu to rzecz naturalna, bo wiąże się z końcem tych, którzy zaczęli go mierzyć.
- Jak to mam rozumieć?
- Jeżeli zajdzie taka potrzeba, nawet nie zauważysz swojej nieobecności tutaj i gdy znów się spotkamy, dla ciebie minie ledwie sekunda.
- Wierzę. A co myślisz o śmierci?
Tego było za wiele. Ja tylko pracowałem na budowie. Najlepiej jak umiałem. Szef mnie chwalił, wypłata zawsze była na czas. Ale z metafizyką nie byłem za pan brat i nie wiedziałem co mu mówić. Z każdym mogłem dyskutować o śmierci, ale nie z umierającym, choć pewnie jemu było to najbardziej potrzebne.
- Ufam ci – rzekł cicho Bożydar – Mów...
Poczułem bezsilną wściekłość.
- Nie wierzę w nicość! – wrzasnąłem na granicy wytrzymałości nerwowej – Wierzę w zmianę struktury i formy. Śmierć to musi być stan ducha. Ciało jest zużytą materią, którą porzucamy niby ubranie po pracy. Kiedy mówimy o przestrzeni wewnętrznej, zapewne chodzi nam o projekcje mózgu i zapewne na tej zasadzie trwamy po śmierci. Może otwiera się cała treść i żyjemy dalej, oddychając samą czystą świadomością.
Umilkłem, ciężko oddychając. Czekałem co powie, zanim przejdę do dalszych rozważań, on jednak milczał z zamkniętymi oczami. Uznałem, że dość już tego i pospiesznie poszukałem w głowie przyjemniejszego tematu.
- Wiesz, że jednak Auxerre zdobyło podwójną koronę? PSG było drugie...
Nie odpowiadał. Na pewno by nie zmilczał...
Jakaś ciemna dłoń zatkała mi usta. Szarpnąłem się, chcąc oddzielić tajemniczą substancję, ale trzymała mocno. Krzyknąłem, a potem zacząłem drzeć się wniebogłosy. Do pokoju wpadł zaspany Waldek. Złapał mnie za ramiona i mocno potrząsnął. Spojrzałem na niego nieprzytomnie.
- On nie żyje! Nie żyje!!!
Waldek puścił mnie i zaczął głośno płakać. Stałem na progu otumaniony wspomnieniem metafizycznego dotyku.
Trzasnęły drzwi. To ja wybiegłem. Na dom spadła czarna płachta.


Piasek jest taki złocisty. Woda opłukuje moje stopy. Podpełza i cofa się, jak gdyby nie mogła zdecydować, gdzie jest jej miejsce. Dziewczyna leży obok mnie i sypie sobie piasek na idealnie płaski brzuch. Ciągle się do mnie uśmiecha. Muszę być dla niej kimś ważnym i strasznie mi się to uczucie podoba. Dotykam jej piersi. Sutek przypomina wartownika w pełnej gotowości. Gładzę go palcem. Jest szorstki, oporny, ale reaguje na dotyk. Unosi się, tężeje. Niesamowite. Drugi tak samo. Skóra zaczyna cierpnąć, gęsi nalot pokrywa ją w jednej chwili. Dziewczyna patrzy na mnie intensywnie. Gładzę jej brzuch. Trafiam palcem w miąższ. Wygina się, wije w pragnieniu, którego nie rozumiem.
- Chcesz? – pyta, zagryzając wargę.
Nie wiem. Chcę na pewno, ale nie umiem jej tego powiedzieć. Wspinam się na nią, przygniatam, rozpływamy się w sobie.
- Chodź – szepcze, a ja idę po omacku, jakbym się uczył na nowo...

Siedzieliśmy przy specjalnie rozłożonym stole, ale i tak część gości musiała stać w przedpokoju. Byli wszyscy: rodzina, przyjaciele, ludzie ze szkoły, klubu i Domu Kultury, wszyscy na czarno, z jednakowo przygnębionymi minami. Krystyna wniosła olbrzymi tort z osiemnastoma świeczkami. Na takich urodzinach jeszcze nie byłem i więcej nie chciałem być. Osiemnaste urodziny bez jubilata – symbol bezdennego absurdu.
- Wszyscy dmuchają – zarządziła Krystyna – Raz, dwa, trzy...
Dmuchnęliśmy ile kto miał sił w płucach. Znikły ogniki, pozostał dym, który też w końcu się rozwiał. Ale nie! Jeden przetrwał nawałę podmuchów i nadal płonął równo. Waldek wziął głęboki oddech.
- Nie! – krzyknąłem, choć sam nie wiedziałem dlaczego.
W milczeniu obserwowaliśmy żółto-biały płomyk. Po chwili zgasł, a smuga dymu podążała ku górze. Nie było wiatru, nikt nie dmuchnął. Powietrze zrobiło się gęste, jak gdyby ktoś nie domknął drzwi kosmosu.
Pierwsza poruszyła się Krystyna. Drżącymi rękami pokroiła tort i urodziny zmieniły się w klasyczną stypę. Ciche rozmowy, suche wargi poruszające się w takt jedzenia, oczy błagalnie omiotające ściany w poszukiwaniu odpowiedzi.
Kiedy wszyscy wyszli, otoczyłem Waldka ramieniem.
- Co w pracy?
- Robię za dwóch, żeby nie myśleć.
- Ja też wracam do siebie.
Uściskałem Krystynę. Oboje wyszli ze mną za próg.
- Będziesz miał dzieci? – zapytał Waldek.
- Jeśli spotkam ich matkę...
- Śpiesz się. Życie się z nami nie cacka.
Ponuro pokiwałem głową. Oczy zaszkliły mi się na nowo.
- Ja już do was nie przyjadę. Do końca nie wierzyłem, że Bóg może być tak bezmyślnie okrutny.
- Ma swoją logikę – powiedział spokojnie Waldek.
- Wcześniej twierdziłeś co innego.
- Myliłem się.
- Jak to wyjaśnisz?
- ON NAM W KOŃCU WYJAŚNI.
Pomachałem im ręką i ruszyłem schodami.

Opublikowano

Może tak, może nie. Jeden poważny pan z poważnego wydawnictwa powiedział mi, że poziom trzymam, ale jest taka kolejka do druku, że emeryturę wcześniej dostanę. Ale nic, będę próbował dalej, bo głowa za mała i coś z tym cza robić. A to, co tu wrzucam, to będzie jednak pt. "Zaświaty i okolice" :)

Opublikowano

"Zaświaty i okolice" - mnie się podoba, doskonałe zestawienie. Połączenie fantastyki i czymś przyziemnym. Wiesz jak przeczytałam ten tytuł, to wyobraziłam sobie taką wioskę, sprzed kilku wieków, ludziska robią na roli, a obok na polanie jest lotnisko dla latających talerzy, heh. I nikt się temu nie dziwi. Dwa równoległe światy, czy cóś... Pozdro.
A tak na marginesie - coś mało ludzi tu ostatnio urzęduje... zresztą na mnie też się vena wypięła. Chwilowo siedzę w poezji.

Opublikowano

A wracając jeszcze do Twojego komentarza. Jacek... z tą emeryturą to by nie było tak źle. Patrz - bakasz sobie teraz na emeryturkę, nie? Miejsce na liście w wydawnictwie jest, osiągasz wiek emerytalny i bach! Stajesz się sławnym pisarzem, wydają Ci dwa bestsellery (razy tyle ile uważasz;-)). Jesteś tłumaczony na kilka języków, ustanawiasz nowy nurt w literaturze. Żyć nie umierać ;-)). Któż to wie? Niezbadane są losy ludzkie...

Opublikowano

Jest to bardzo w twoim stylu, więc nie wiem, czy powinnam robic z tego zarzut... Chodzi o "przefilozofowanie" w dialogach. Robisz to bardzo często i czasami jest ok, np. w Melancholii, bo tam wszystko było bardzo odrealnione. Ale tutaj brzmi mi to trochę nienaturalnie, zbyt zawikłane są te zdania, zbyt długie, trochę pompatyczne. Zwłaszcza że wkładasz je w usta tzw. "zwykłych ludzi", środowisko robotnicze, czternastoletnie dziecko... Rozumiem, że ten chłopak jest nadzwyczaj ineligentny, narrator też pewnie prócz harowania na budowie coś czyta, ale i tak jakoś mi to nie pasi.

Np.:
"Kiedy mówimy o przestrzeni wewnętrznej, zapewne chodzi nam o projekcje mózgu i zapewne na tej zasadzie trwamy po śmierci. Może otwiera się cała treść i żyjemy dalej, oddychając samą czystą świadomością. "

To brzmi zbyt... książkowo. Jak esej.
Poza tym jak zwykle ciekawe, fajnie sie czytało:)

Opublikowano

Bo ja widzisz taka mam cholerna manierę i co gorsza ona mi się podoba - ale tylko mi...
To miał być doktorant na emigracji, lecz jakoś rozeszło się po kościach i zostało jak jest. Coś pokumam, jak to wyglansować...

Opublikowano

Mnie też się podoba Twoje pisanie. Przeczytałem z wielkim zaciekawieniem.
Trochę racji ma - być może - "wampirka" w sprawie chłopaka - czternastolatka.
Nie wszystko wydaje się naturalne w jego wypowiedziach. Osobiście nie mam
takich zastrzeżeń, bo zdarzają się od czasu do czasu prawie "geniusze" wśród
nastolatków :) Z pewnością warto pisać, bo masz lekkie pióro. Może jeśli nie
wydawca, to sam kiedyś sobie wydasz coś swojego. Zbieraj materiały, a przyjdzie
czas, że tak będzie. Jeśli się czegoś bardzo pragnie, warto wierzyć w spełnienie,
bo wtedy masz wuiększe szanse:). Życzę dobrych pomysłów i odwagi w działaniu.
Pozdrawiam.NN
Ps. Moje życzenia się spełniają - a życzę Ci sukcesu.:)

Opublikowano

Napisałem : Moje życzenia się spełniają - a życzę Ci sukcesu.:) To były życzenia dla Ciebie
a nie po to bym ja się chwalił swoimi sukcesami :) Na wszystko przyjdzie czas. A nawiasem
mówiąc trzeba było szepnąć przy okazji o "Podstawionym" i "Szortach". Sorry, ale jestem
tutaj za krótko, żeby poznawać kto co i w dodatku, że napisał i wydał. Mogę pogratulować
i cieszę się, że masz problem z głowy. Pozdrawiam. NN

Opublikowano

Nie o to mi chodziło. Chciałem, żebyś mi napisał jak Ci się spełniają i że może to sukces - jakikolwiek. Ja moich wypotów za sukces nie uważam. I dalej marzę :)

Opublikowano

zamiast komentarza : dla Ciebie rymowanka :)))

"Życie na pół gwizdka skraca oddech..."

ja mam długi jeszcze oddech
i na cały gwizdek jadę
żyję marzę śnię wydalam
jem i piję wiem że żyję
jeszcze czas mam
na sukcesy duże
małe się nie liczą
jakiekolwiek i cokolwiek
to jest zero
po co mi to
fakt że to co najważniejsze
spełnia się
i bez udziału
choć nie jestem ja odbiciem
nawet "mini-ideału"

"niech się dzieje wola nieba"
czasem jej dopomóc trzeba :)))

Pozdrawiam. NN

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Prosił, prosił, aże się doprosił.
1. zapadnięte policzki odkrywały kości policzkowe -chiba cóś niezgrabnie
2. jakiej mogła mu pozazdrościć połowa (?)tego posępnego świata- mieszkańców, obywateli świata
3. Ja też pamiętam pieśń "Na barykady ludu roboczy", ale barykada służy do osłaniania (obrony), a więc wracałbyś za barykadę życia, co z kolei nie oddaje sensu, którego się w tym fragmencie doszukuję. Sugeruję, byś to przemyślał jeszcze raz i odczepił się od barykady.
4. Ślęczenie w domu na butelczyną wódki nie miało dla mnie sensu- tutaj wyrażasz swój stosunek do problemu. Może dla Walka właśnie to ma jakiś sens? Pokombinuj
5. wypisali go jako- (chyba z przecinkiem?)
6. - Może kiedy człowiek czegoś bardzo pragnie, Bóg naciąga harmonogram.
- Gdyby istniała skala takiego pragnienia, dawno bym ją przekroczyła...- dla mnie trochę nazbyt akademickie
7. Ty w swoich wypowiedziach tez jesteś zbyt akademicki, jak na speca od budowy kominków
8. ósmej uwagi nie będzie
Podsumowując muszę stwierdzić, że czytanie twoich opowiadań stanowi dla mnie prawdziwą ucztę intelektualną. Czasami wkurzają mnie niedopowiedzenia, ale to właśnie dodaje smaku przyrządzanym przez ciebie potrawom.

  • 5 tygodni później...
Opublikowano

c o mi sie w tym tekscie nie podoba? Jedno. Imię chłopaka. jest zbyt oczywistym wurzutem do Boga. wole jak pokazujesz mu pózniej pięści, próbujesz sciagnać kolesia z chmurek , aby spojrzał na swiat z ludzkiej perspektywy i sie zastanowil co robi... dobry tekst. zreszta jak wiekszosc twoich rzeczy. "Powietrze zrobiło się gęste, jak gdyby ktoś nie domknął drzwi kosmosu. " - zdanie - perła.
a propos wydawcow. stoimy w tej samej d lugiej kolejce, tylko ze jak cie tak dzisiaj czytam, to nie mogę oprzec sie wrazeniu że , niestety, jesteś blizej korytka ode mnie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...