Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W windzie jedzie w dół całująca się para. Mijają kolejne piętra. On się coraz bardziej podnieca, zaczyna rozpinać jej bluzkę.
Nagle winda staje między piętrami. Gaśnie światło, po chwili zapala się awaryjna żarówka.
Ona: „No ładnie. Spóźnię się na ten przeklęty interwiev.”
On: „Możemy to wykorzystać...”
Chwyta ją za tyłek i przysuwa do siebie. Ona próbuje się uwolnić z jego uścisku:
„Poczekaj, tu gdzieś powinien być alarm.”
On (lekko zirytowany): „Ty to zawsze musisz wszystko zepsuć. Nic tu kurwa nie widzę.”
Ona: „A ty zawsze musisz być wulgarny.”
On: „A ty nawet przed plutonem egzekucyjnym byś się czepiała drobiazgów.”
Ona: „Czekaj, tu jest guzik.”
On: „Nacisnęłaś?”
Ona: „No nacisnęłam, nic. Nie działa chyba.”
On: „Hej, jest tam kto?!”
Wali pięściami w drzwi. Nikt nie odpowiada.
On: „Lepiej zadzwonię z komórki.
Wyjmuje telefon, próbuje go włączyć, na displayu ukazuje się napis „bateria nie jest naładowana” i wszystko gaśnie.
On: Kurwa, akurat teraz musiał pójść w diabły. Zadzwoń ty.
Ona (cicho): Nie mam.
On (głośno): Jak to nie masz?
Ona: No normalnie, zapomniałam w domu. Nie ma jej w torebce, więc musiałam zapomnieć.
Chwilę milczą. On jeszcze raz naciska guzik alarmowy.
On: „Może gdzieś się to komuś wyświetliło.”
Ona: „Miejmy nadzieję. Do licha, już jestem spóźniona, przepadło! No to jestem bez pracy. Pierdolona winda.”
On (z przekornym uśmiechem): „I kto tu klnie jak szewc?”
Ona: „I kto tu się czepia?”
Śmieją się. On obejmuje ją ramieniem.
On: „Na pewno się to gdzieś włączyło na jakimś monitorku, tylko strażnik kibluje w sraczu i nic nie widzi. Nie martw się, mała.”
Ona: „Ale tak mi zależało na tej posadzie. Miałam to pewne, zostałam tylko ja i jeden gościu. Ostatni etap. Gdybym chociaż mogła zadzwonić. A tu takie coś.”
On (czule): „Nie przejmuj się, gorsze rzeczy się zdarzają. Moglibyśmy tu na przykład umrzeć.”
Uśmiecha się, jakby to był dobry żart. Ona patrzy na niego trochę z niedowierzaniem, trochę ze strachem, ale nic nie mówi. Obejmują się i siadają pod ścianą. Ona kładzie mu głowę na ramieniu.

* * *

On: „Żreć mi się chce jak jasna cholera.”
Ona: „A mnie sikać.”
On (uderza w drzwi i ściany, kopie): „Ludzie usłyszcie nas, jesteśmy tutaj! Do diabła, ruszcie ktoś dupę w końcu! Hej, hej, czy tam w ogóle ktoś kurwa jest?”
Ona (zmęczonym głosem): „Nikogo tam nie ma. Przecież wszyscy już się wynieśli. Budynek jest pusty, na sprzedaż. Pewnie dlatego wyłączyli prąd i winda stanęła. Nie zauważyli, że weszliśmy do środka.”
On (wściekle kopie drzwi): „Ktoś tu kurwa przecież musi wrócić! Nie mogą tak po prostu zamknąć dwoje ludzi w jakiejś pierdolonej windzie!”
Zapada chwilowe milczenie. On jeszcze od czasu do czasu uderza pięścią w ścianę.
On: „Masz coś ostrego?”
Ona: „Co chcesz zrobić?”
On: „Przecież nie będę tak siedział i czekał aż zdechniemy z głodu. Musi tu być jakieś wyjście.”
Ona wygrzebuje z torebki pilnik do paznokci i podaje mu. On zaczyna opukiwać ściany, sufit, podłogę. Klnie niewybrednie pod nosem. Rzuca wściekle pilnikiem:
„To na nic! Nie ma wyjścia, nie ma drzwi awaryjnych! Jesteśmy we skurwionej pułapce!”
Ona siedzi apatycznie pod ścianą.
On (krzyczy): „Durne zdjęcia, po cholerę chciałaś się po nie wracać, po jaką pieprzoną cholerę?" Naśladuje jej głos: "Kochanie, żabciu, nasze najlepsze chwile, zapomniałam w szufladzie, musimy po nie jechać. Pierdolone fotki! Na co nam to było? Teraz możemy je sobie z nudów przeglądać, to się nam kurwa przydadzą!”
Ona (cicho, bezbarwnym tonem): „Muszę do toalety.”
On (ironicznie): „Do toalety? Proszę bardzo, naciśnij czwarte piętro, tam jest logistyka, mają najlepsze kible, mydło w piance. Jak to, co to, dlaczego nie jedziemy?”
Naśladuje dziecięcy głos:
„Dlaczego śtoimy w miejscu?”
Ona ściąga rajstopy i majtki, przykuca w kącie.
On: „Co ty kurwa robisz? Ty chyba nie będziesz tu sikać?
Ona: „A co?”
Podnosi głowę i popuszczając, patrzy mu hardo w oczy:
„Jak długo niby mam to trzymać?”
On (wściekle): „Jeszcze do tego przez pomyłkę siądziemy i będziemy śmierdzieć jak szczury!
Ona: „Wyschnie.”
Wstaje i wciąga rajstopy:
„Od razu mi lepiej.”
On: „I się cieszy, głupia. A my tu dalej tkwimy, tylko teraz jeszcze do tego śmierdzimy szczynami!”
Ona: „Jesteś nienormalny! Wrzeszczysz na mnie, jakby to była moja wina, że się tu zatrzasnęliśmy. Myślisz, że jak się będziesz tak rzucać z kąta w kąt, to nam pomożesz?”
On: „Już dłużej nie wytrzymam tego zamknięcia!"
Ona: „To wyjdź!”
On: „Otwórzcie, do cholery, otwórzcie!”
Całym ciałem rzuca się na drzwi windy, rozpaczliwie próbując je wyważyć.

* * *

Zesłabli siedzą na podłodze, opierają się o siebie głowami. Ona od czasu do czasu bierze w rękę but i dwa lub trzy razy uderza obcasem o podłogę.
Ona: „Wiesz, czytałam kiedyś taką książkę, mniejsza o autora. Tam ktoś opowiadał historię podobną do naszej. Że służąca i lokaj zostali zamknięci w windzie miejskiej rezydencji, kiedy właściciele wyjechali na dwa miesiące na wakacje. Oddźwierny wyłączył prąd i zamknął dom, nie wiedząc, że ktoś jest jeszcze w środku. Po powrocie właściciele odkryli w windzie dwa rozkładające się trupy. Służąca miała ogryzione mięso na ręce. Wszystko wskazywało na to, że lokaj jadł ją, kiedy jeszcze była żywa.”
On spogląda na nią dziwnie, nawet nie mrugnie okiem. Ona się peszy:
„Chyba w złą godzinę to powiedziałam...”
Zanim skończy, on rzuca się na nią, warcząc jak pies. Ona wrzeszczy przeraźliwie, kopie, próbuje go odepchnąć. On całuje ją i liże po ręce, udaje, że gryzie. Śmieje się. Ona odpycha go od siebie, a końcu też zaczyna się śmiać.
Ona: „Wystraszyłeś mnie na śmierć! Idioto! Myślałam, że ci odbiło!”
On: „Bo odbiło. Mam na ciebie ochotę, kochanie... Chodź tu do mnie, zabijemy jakoś czas, zanim po nas przyjdą...”
Całują się, on ściąga jej spódnicę.
On (między jednym pocałunkiem a drugim): „Nigdy nie miałaś takich fantazji? Robić to w zatrzaśniętej windzie z obcym facetem? No, na pewno miałaś, powiedz, że miałaś...”
Próbuje ściągnąć jej majtki. Ona najpierw się mu poddaje, ale potem wyrywa się i ucieka. Wciąga z powrotem bieliznę.
Ona: „Nie, nie chcę. Jestem zdenerwowana, nie mam ochoty na takie rzeczy.”
On: „Chodź do mnie, rozluźnisz się. W końcu możemy tu umrzeć, nie chcesz kochać się ostatni raz przed śmiercią?”
Ona: „Nie.”
On (obrażony): „No jasne. Jak zwykle. Za chwilę pójdziemy do piekła a ty musisz powtarzać tę swoją zaciętą płytę, nie i nie.”
Ona: „Za chwilę?! Za tydzień chyba albo za dwa, zanim zdechniemy z głodu i pragnienia!”
On: „Z ciebie to ale optymistka!"
Ona zaczyna płakać.
On: „Nie przejmuj się, żartowałem z tym, że tu zdechniemy! Do tego czasu na pewno ktoś nas tu znajdzie. Będą nas szukać przecież."
Ona: „Kto niby? Mój kot? Od kiedy firmę zamknęli oboje jesteśmy bez pracy. Może twoja była żona? Już to widzę. To kto jeszcze zostaje? Moja matka. Ta jest zajęta wiecznym wybieraniem się do kościoła i klepaniem różańców. Dzwonię do niej raz na pół roku, nauczyła się już, że ma się mi nie narzucać."
On: „A Sonia, Michał? Jesteśmy z nimi dziś umówieni w pubie.”
Ona: „Wkurzą się, pomyślą, że ich olaliśmy, poślą smsa, najwyżej emaila. To wszystko. Nikt nie zgłosi naszego zaginięcia na policji, nikt, kochanie. Mieliśmy tylko siebie. A teraz jesteśmy tu razem."
On: „Ta twoja sąsiadka z naprzeciwka! Tyle razy przychodziła do ciebie pożyczyć sól czy cukier?...”
Ona: „Dałam jej już wyraźnie do zrozumienia, że nie mam czasu ani ochoty na wysłuchiwanie plotek. Ostatnio, jak ją widziałam przez wizjer, udawałam, że mnie nie ma w domu.”
On: „Mój mechanik! Dzisiaj miałem auto z serwisu odebrać.”
Ona: „Chyba sam w to nie wierzysz.”
Milczą. Ona po chwili zaczyna szlochać.
On: „Jestem taki głodny, że zaraz umrę.”
Ona: „Ja też jestem głodna. A przede wszystkim spragniona.”
On: „Jak myślisz, długo już tu siedzimy?”
Ona: „Wiesz, że nie noszę zegarka, zawsze na komórkę patrzę. Tak jakoś czuję, że jest już noc. Może nawet za niedługo będzie świtać.
On: „Co za pech z tymi telefonami...”
Ona: „Gdybyś naładował przed wyjściem, nie byłoby nas teraz tutaj.”
On: „Teraz ty zaczynasz z wyrzutami?”
Ona: „Przepraszam.”


* * *

On: „Może jednak byśmy spróbowali?”
Ona: „Co?”
On: „Pić mocz.”
Ona: „Pić mocz? A kto się tak brzydził, kiedy sikałam?"
On: „Masz jakieś naczynie? Pudełko po kremie czy coś?"
Ona (grzebie w torebce): „Nie bardzo. Dozownik na pigułki."
On: „Pokaż. Za małe. Ja mam w sobie całe wiadro szczynek.”
Ona: „No to co robimy?”
On: „Jeszcze mogę ci nalać prosto do buzi.”
Ona: „Bardzo śmieszne.”

* * *

On klęczy w kącie i odlewa się do butów. Potem podaje jej napełnione czółenko, sam bierze swój półbut i podnosi go jak do toastu. Ona uśmiecha się, ma łzy w oczach. Też podnosi swój. Piją po łyczku, krzywiąc się niemiłosiernie. On spluwa na podłogę.
On: „Fuj, nie mogę tego znieść!”
Ona pije, jest bardzo spragniona. Kiedy już nie może, resztę odkłada do kąta.
Ona (pocieszająco): „To podobno nawet zdrowe, wiesz. Leczy różne choroby.
Uśmiecha się do niego.
On (sarkastycznie): "Już to widzę. Od dziś jestem zdrowy jak ryba. Tylko na co mi to?"
Upija jeszcze. Ledwo powstrzymuje wymioty.
„A żreć będziemy gówna, co?” – mówi.
Ona nie odpowiada.

* * *

Oboje leżą na podłodze, oparci o siebie i o ścianę, nie ruszają się. On ma na twarzy kilkudniowy zarost. Światło awaryjne już nie świeci, panuje ciemność. Od czasu do czasu jedno z nich zapala na chwilę migoczącą zapalniczkę.
Ona (cicho): „Umrzemy tu.”
On: „Nie, ktoś nas znajdzie. Zobaczysz.”
Ona: „Boisz się śmierci? Wierzysz w coś w ogóle?"
On: „Tylko w siebie. Nie boję się śmierci, ale nie chcę umierać. Mam zamiar jeszcze długo żyć, żebyś wiedziała.”
Ona: „A wierzysz, że tam coś jest?”
On: „Niby co? Bóg, niebo, piekło? Wymysły klechów? Nie, co to, to nie. Po śmierci nic nie ma. I właśnie dlatego nie mam zamiaru opuszczać tego świata.”
Manipuluje pilnikiem przy drzwiach, ale już raczej symbolicznie.
Ona: „Ja całe życie wierzyłam. Chodziłam do spowiedzi co miesiąc. Roraty, sraty, majowe, różańce. Potem wyprowadziłam się z domu i moja noga już w kościele nie postała. Teraz w ogóle o tym nie myślę. Zresztą przedtem to też nie była prawdziwa wiara. Ja chyba po prostu jej nie mam, nie dano mi jej. I teraz, kiedy umrę, nic mi nie zostanie. Nie mam Boga, ani ciebie, nic. Tylko te zdjęcia. Wspomnienia. Nasze wspólne wspaniałe chwile. Śmiałeś się z tego.”
Wyjmuje zdjęcia i przegląda je przy świetle zapalniczki.
On: „Nie poddawaj się. Przeżyjemy to.”
Odłupuje kawałek płytki z podłogi.
On (ucieszony): „Zobacz!”
Ona ogląda zdjęcia i cicho szepce modliwę Zdrowaś Maria. On nadal drapie pilnikiem podłogę, aż ten mu się w końcu wyślizguje.
On: „Chuj z tym! Pierdolona rączka, złamana.”
Ona (patrzy na niego przenikliwie): „Kiedy umrę, możesz jeść moje ciało. Ale dopiero jak umrę!”
On (wściekle): „Co ty, głupia jesteś? Oszalałaś? Nikt nie będzie nikogo jadł!”


* * *

Zapalniczka migocze przez chwilę i gaśnie. Zapada nieprzenikniona ciemność. Słychać tylko ich przyspieszone oddechy i jego cichutkie rzężenie.
Ona (całkowicie osłabłym głosem): „Co robisz?”
On zbliża się do niej, próbuje drzeć na niej bluzkę.
Ona: „Co ty do cholery robisz, puszczaj! Ty kutasie, puszczaj mnie!”
Krzyczy przeraźliwie, kopie go i bije obcasem buta. On jęczy z bólu i powoli wycofuje się do przeciwległego kąta. Wyje i płacze jak zranione zwierzę. Rzuca się po podłodze wydając z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki. Ona głośno oddycha, ciągle jeszcze podniecona walką, trzyma but w pogotowiu. W końcu napięcie w jej mięśniach powoli ustępuje. Przychodzi zmęczenie. Ona siada, ciągle jeszcze czujna. Słucha jego wycia.
W chwilę później bierze do ręki porzucony pilnik i czołga się na kolanach w jego kierunku. On tymczasem leży na brzuchu, wali pięściami w podłogę, jęczy jak oszalałe dziecko. Wydaje się całkowicie bezbronny. Ona dotyka jego pleców, maca tak długo, aż odnajduje miejsce, gdzie, jak sądzi, znajduje się serce. On nieruchomieje, być może sądzi, że to pieszczota. Ona nie waha się. Wbija pilniczek z całej siły.
Słychać przenikliwy, niemal zwierzęcy skowyt.

* * *

Światło. Drzwi od windy otwierają się. Na zewnątrz, jakieś półtora metra wyżej, klęczą dwaj robotnicy. Jeden z nich trzyma w ręku zwykły klucz. Obaj z niedowierzaniem gapią się na scenę w środku.
Tam, w kałużach moczu i odpadków, kobieta klęczy przy leżącym mężczyźnie. Trzyma ręce na oczach, usta ma otwarte, jak do krzyku, ale nie wychodzi z nich żaden dźwięk. Ma zaschniętą krew na bluzce, na rękach, na twarzy.
Mężczyzna próbuje się czołgać, cicho jęczy.
Z wnętrza windy wydobywa się przeraźliwy smród. Jeden z robotników zatyka sobie ze wstrętem nos.

Opublikowano

Pierwotnie to miało być coś w rodzaju próby scenariusza. Pomyślałam jednak, że może mogłoby się obronić i jako samodzielny literacki tekst. Jeśli tak nie jest, napiszcie mi to wprost... Dlatego to tu zamieściłam. Bardzo proszę o (surowe) komentarze!

Opublikowano

.... a ja myślałem, że ktoś na koncu wejdzie z kamerą, kwiatami i krzyknie : "Mamy Cię".

Fajny pomysł, temat stary jak świat, bohaterowie nie z mojej bajki (obleśnie małostkowki, dekadencyjnie pokoleniowo-jakby po 80 roku) Jedny słowem- Może być...powiem wiecej nawet mi sie podobalo

Opublikowano

Nadal ma cechy scenariusza i tak bym to traktował. Chyba, że zmienisz czas, wersyfikację, dodasz jakieś opisy itp. Może podrasować, rozedmać i stworzyć szuczkę do teatru??? Ja właśnie nad jedną pracuję :) A scenariusz i tak musi mieć ze 120 stron, żeby się nadał do kręcenia...

Opublikowano

Leszku, Piotrze, dzięki za uwagi.
Ash, to miał być właśnie scenariusz "krótkiego" filmu, takiego, który by się dało amatorsko i w miarę tanio nakręcić. Na to ale bym potrzebowała dwoje dobrych aktorów, czas, trochę pieniędzy... wiadomo - raczej nic z tego nie wyjdzie:((
Tak sądziłam, ze jak na samodzielne opowiadanie jest to trochę nazbyt minimalistyczne. Ale z drugiej strony pomyślałam, ze takie behawiorystyczne ujęcie może byc ciekawsze niż pełne liryzmu/tragizmu monologi wewnętrzne itp. Wiesz, jak najbardziej oszczędne środki, bo sama sytuacja jest wystarczająco tragiczna (jak Nałkowskiej Medaliony na przykład).
No cóż, wrzuciłam to tu, żeby spróbować. dzięki jeszcze raz,

Opublikowano

czytałam kilka dni temu i zapomniałam skomentować, ech... wybacz kochana, już się poprawiam.
To się świetnie nadaje na film krótkometrażowy :) przynajmniej takie miałam odczucie po przeczytaniu, ponieważ scenka niezła. Zastanawiam się jak wpadłaś na taki pomysł, bo przyznaję, całość rozwija się i kończy interesująco. Początkowo nie bardzo mnie chwyciło, dialogi między bohaterami były, hm.... jakby to określić?.. nieokrzesane? ale niekoniecznie jest to ich negatywna cecha, po prostu dialog niewyszukanych osób o średnim (lub uboższym) zasobie słownictwa.... ale równie dobrze mogło mi się wydawać.
Błędy minimalne i czystko kosmetyczne, choć gdzie, to nie kojarzę...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...