Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W windzie jedzie w dół całująca się para. Mijają kolejne piętra. On się coraz bardziej podnieca, zaczyna rozpinać jej bluzkę.
Nagle winda staje między piętrami. Gaśnie światło, po chwili zapala się awaryjna żarówka.
Ona: „No ładnie. Spóźnię się na ten przeklęty interwiev.”
On: „Możemy to wykorzystać...”
Chwyta ją za tyłek i przysuwa do siebie. Ona próbuje się uwolnić z jego uścisku:
„Poczekaj, tu gdzieś powinien być alarm.”
On (lekko zirytowany): „Ty to zawsze musisz wszystko zepsuć. Nic tu kurwa nie widzę.”
Ona: „A ty zawsze musisz być wulgarny.”
On: „A ty nawet przed plutonem egzekucyjnym byś się czepiała drobiazgów.”
Ona: „Czekaj, tu jest guzik.”
On: „Nacisnęłaś?”
Ona: „No nacisnęłam, nic. Nie działa chyba.”
On: „Hej, jest tam kto?!”
Wali pięściami w drzwi. Nikt nie odpowiada.
On: „Lepiej zadzwonię z komórki.
Wyjmuje telefon, próbuje go włączyć, na displayu ukazuje się napis „bateria nie jest naładowana” i wszystko gaśnie.
On: Kurwa, akurat teraz musiał pójść w diabły. Zadzwoń ty.
Ona (cicho): Nie mam.
On (głośno): Jak to nie masz?
Ona: No normalnie, zapomniałam w domu. Nie ma jej w torebce, więc musiałam zapomnieć.
Chwilę milczą. On jeszcze raz naciska guzik alarmowy.
On: „Może gdzieś się to komuś wyświetliło.”
Ona: „Miejmy nadzieję. Do licha, już jestem spóźniona, przepadło! No to jestem bez pracy. Pierdolona winda.”
On (z przekornym uśmiechem): „I kto tu klnie jak szewc?”
Ona: „I kto tu się czepia?”
Śmieją się. On obejmuje ją ramieniem.
On: „Na pewno się to gdzieś włączyło na jakimś monitorku, tylko strażnik kibluje w sraczu i nic nie widzi. Nie martw się, mała.”
Ona: „Ale tak mi zależało na tej posadzie. Miałam to pewne, zostałam tylko ja i jeden gościu. Ostatni etap. Gdybym chociaż mogła zadzwonić. A tu takie coś.”
On (czule): „Nie przejmuj się, gorsze rzeczy się zdarzają. Moglibyśmy tu na przykład umrzeć.”
Uśmiecha się, jakby to był dobry żart. Ona patrzy na niego trochę z niedowierzaniem, trochę ze strachem, ale nic nie mówi. Obejmują się i siadają pod ścianą. Ona kładzie mu głowę na ramieniu.

* * *

On: „Żreć mi się chce jak jasna cholera.”
Ona: „A mnie sikać.”
On (uderza w drzwi i ściany, kopie): „Ludzie usłyszcie nas, jesteśmy tutaj! Do diabła, ruszcie ktoś dupę w końcu! Hej, hej, czy tam w ogóle ktoś kurwa jest?”
Ona (zmęczonym głosem): „Nikogo tam nie ma. Przecież wszyscy już się wynieśli. Budynek jest pusty, na sprzedaż. Pewnie dlatego wyłączyli prąd i winda stanęła. Nie zauważyli, że weszliśmy do środka.”
On (wściekle kopie drzwi): „Ktoś tu kurwa przecież musi wrócić! Nie mogą tak po prostu zamknąć dwoje ludzi w jakiejś pierdolonej windzie!”
Zapada chwilowe milczenie. On jeszcze od czasu do czasu uderza pięścią w ścianę.
On: „Masz coś ostrego?”
Ona: „Co chcesz zrobić?”
On: „Przecież nie będę tak siedział i czekał aż zdechniemy z głodu. Musi tu być jakieś wyjście.”
Ona wygrzebuje z torebki pilnik do paznokci i podaje mu. On zaczyna opukiwać ściany, sufit, podłogę. Klnie niewybrednie pod nosem. Rzuca wściekle pilnikiem:
„To na nic! Nie ma wyjścia, nie ma drzwi awaryjnych! Jesteśmy we skurwionej pułapce!”
Ona siedzi apatycznie pod ścianą.
On (krzyczy): „Durne zdjęcia, po cholerę chciałaś się po nie wracać, po jaką pieprzoną cholerę?" Naśladuje jej głos: "Kochanie, żabciu, nasze najlepsze chwile, zapomniałam w szufladzie, musimy po nie jechać. Pierdolone fotki! Na co nam to było? Teraz możemy je sobie z nudów przeglądać, to się nam kurwa przydadzą!”
Ona (cicho, bezbarwnym tonem): „Muszę do toalety.”
On (ironicznie): „Do toalety? Proszę bardzo, naciśnij czwarte piętro, tam jest logistyka, mają najlepsze kible, mydło w piance. Jak to, co to, dlaczego nie jedziemy?”
Naśladuje dziecięcy głos:
„Dlaczego śtoimy w miejscu?”
Ona ściąga rajstopy i majtki, przykuca w kącie.
On: „Co ty kurwa robisz? Ty chyba nie będziesz tu sikać?
Ona: „A co?”
Podnosi głowę i popuszczając, patrzy mu hardo w oczy:
„Jak długo niby mam to trzymać?”
On (wściekle): „Jeszcze do tego przez pomyłkę siądziemy i będziemy śmierdzieć jak szczury!
Ona: „Wyschnie.”
Wstaje i wciąga rajstopy:
„Od razu mi lepiej.”
On: „I się cieszy, głupia. A my tu dalej tkwimy, tylko teraz jeszcze do tego śmierdzimy szczynami!”
Ona: „Jesteś nienormalny! Wrzeszczysz na mnie, jakby to była moja wina, że się tu zatrzasnęliśmy. Myślisz, że jak się będziesz tak rzucać z kąta w kąt, to nam pomożesz?”
On: „Już dłużej nie wytrzymam tego zamknięcia!"
Ona: „To wyjdź!”
On: „Otwórzcie, do cholery, otwórzcie!”
Całym ciałem rzuca się na drzwi windy, rozpaczliwie próbując je wyważyć.

* * *

Zesłabli siedzą na podłodze, opierają się o siebie głowami. Ona od czasu do czasu bierze w rękę but i dwa lub trzy razy uderza obcasem o podłogę.
Ona: „Wiesz, czytałam kiedyś taką książkę, mniejsza o autora. Tam ktoś opowiadał historię podobną do naszej. Że służąca i lokaj zostali zamknięci w windzie miejskiej rezydencji, kiedy właściciele wyjechali na dwa miesiące na wakacje. Oddźwierny wyłączył prąd i zamknął dom, nie wiedząc, że ktoś jest jeszcze w środku. Po powrocie właściciele odkryli w windzie dwa rozkładające się trupy. Służąca miała ogryzione mięso na ręce. Wszystko wskazywało na to, że lokaj jadł ją, kiedy jeszcze była żywa.”
On spogląda na nią dziwnie, nawet nie mrugnie okiem. Ona się peszy:
„Chyba w złą godzinę to powiedziałam...”
Zanim skończy, on rzuca się na nią, warcząc jak pies. Ona wrzeszczy przeraźliwie, kopie, próbuje go odepchnąć. On całuje ją i liże po ręce, udaje, że gryzie. Śmieje się. Ona odpycha go od siebie, a końcu też zaczyna się śmiać.
Ona: „Wystraszyłeś mnie na śmierć! Idioto! Myślałam, że ci odbiło!”
On: „Bo odbiło. Mam na ciebie ochotę, kochanie... Chodź tu do mnie, zabijemy jakoś czas, zanim po nas przyjdą...”
Całują się, on ściąga jej spódnicę.
On (między jednym pocałunkiem a drugim): „Nigdy nie miałaś takich fantazji? Robić to w zatrzaśniętej windzie z obcym facetem? No, na pewno miałaś, powiedz, że miałaś...”
Próbuje ściągnąć jej majtki. Ona najpierw się mu poddaje, ale potem wyrywa się i ucieka. Wciąga z powrotem bieliznę.
Ona: „Nie, nie chcę. Jestem zdenerwowana, nie mam ochoty na takie rzeczy.”
On: „Chodź do mnie, rozluźnisz się. W końcu możemy tu umrzeć, nie chcesz kochać się ostatni raz przed śmiercią?”
Ona: „Nie.”
On (obrażony): „No jasne. Jak zwykle. Za chwilę pójdziemy do piekła a ty musisz powtarzać tę swoją zaciętą płytę, nie i nie.”
Ona: „Za chwilę?! Za tydzień chyba albo za dwa, zanim zdechniemy z głodu i pragnienia!”
On: „Z ciebie to ale optymistka!"
Ona zaczyna płakać.
On: „Nie przejmuj się, żartowałem z tym, że tu zdechniemy! Do tego czasu na pewno ktoś nas tu znajdzie. Będą nas szukać przecież."
Ona: „Kto niby? Mój kot? Od kiedy firmę zamknęli oboje jesteśmy bez pracy. Może twoja była żona? Już to widzę. To kto jeszcze zostaje? Moja matka. Ta jest zajęta wiecznym wybieraniem się do kościoła i klepaniem różańców. Dzwonię do niej raz na pół roku, nauczyła się już, że ma się mi nie narzucać."
On: „A Sonia, Michał? Jesteśmy z nimi dziś umówieni w pubie.”
Ona: „Wkurzą się, pomyślą, że ich olaliśmy, poślą smsa, najwyżej emaila. To wszystko. Nikt nie zgłosi naszego zaginięcia na policji, nikt, kochanie. Mieliśmy tylko siebie. A teraz jesteśmy tu razem."
On: „Ta twoja sąsiadka z naprzeciwka! Tyle razy przychodziła do ciebie pożyczyć sól czy cukier?...”
Ona: „Dałam jej już wyraźnie do zrozumienia, że nie mam czasu ani ochoty na wysłuchiwanie plotek. Ostatnio, jak ją widziałam przez wizjer, udawałam, że mnie nie ma w domu.”
On: „Mój mechanik! Dzisiaj miałem auto z serwisu odebrać.”
Ona: „Chyba sam w to nie wierzysz.”
Milczą. Ona po chwili zaczyna szlochać.
On: „Jestem taki głodny, że zaraz umrę.”
Ona: „Ja też jestem głodna. A przede wszystkim spragniona.”
On: „Jak myślisz, długo już tu siedzimy?”
Ona: „Wiesz, że nie noszę zegarka, zawsze na komórkę patrzę. Tak jakoś czuję, że jest już noc. Może nawet za niedługo będzie świtać.
On: „Co za pech z tymi telefonami...”
Ona: „Gdybyś naładował przed wyjściem, nie byłoby nas teraz tutaj.”
On: „Teraz ty zaczynasz z wyrzutami?”
Ona: „Przepraszam.”


* * *

On: „Może jednak byśmy spróbowali?”
Ona: „Co?”
On: „Pić mocz.”
Ona: „Pić mocz? A kto się tak brzydził, kiedy sikałam?"
On: „Masz jakieś naczynie? Pudełko po kremie czy coś?"
Ona (grzebie w torebce): „Nie bardzo. Dozownik na pigułki."
On: „Pokaż. Za małe. Ja mam w sobie całe wiadro szczynek.”
Ona: „No to co robimy?”
On: „Jeszcze mogę ci nalać prosto do buzi.”
Ona: „Bardzo śmieszne.”

* * *

On klęczy w kącie i odlewa się do butów. Potem podaje jej napełnione czółenko, sam bierze swój półbut i podnosi go jak do toastu. Ona uśmiecha się, ma łzy w oczach. Też podnosi swój. Piją po łyczku, krzywiąc się niemiłosiernie. On spluwa na podłogę.
On: „Fuj, nie mogę tego znieść!”
Ona pije, jest bardzo spragniona. Kiedy już nie może, resztę odkłada do kąta.
Ona (pocieszająco): „To podobno nawet zdrowe, wiesz. Leczy różne choroby.
Uśmiecha się do niego.
On (sarkastycznie): "Już to widzę. Od dziś jestem zdrowy jak ryba. Tylko na co mi to?"
Upija jeszcze. Ledwo powstrzymuje wymioty.
„A żreć będziemy gówna, co?” – mówi.
Ona nie odpowiada.

* * *

Oboje leżą na podłodze, oparci o siebie i o ścianę, nie ruszają się. On ma na twarzy kilkudniowy zarost. Światło awaryjne już nie świeci, panuje ciemność. Od czasu do czasu jedno z nich zapala na chwilę migoczącą zapalniczkę.
Ona (cicho): „Umrzemy tu.”
On: „Nie, ktoś nas znajdzie. Zobaczysz.”
Ona: „Boisz się śmierci? Wierzysz w coś w ogóle?"
On: „Tylko w siebie. Nie boję się śmierci, ale nie chcę umierać. Mam zamiar jeszcze długo żyć, żebyś wiedziała.”
Ona: „A wierzysz, że tam coś jest?”
On: „Niby co? Bóg, niebo, piekło? Wymysły klechów? Nie, co to, to nie. Po śmierci nic nie ma. I właśnie dlatego nie mam zamiaru opuszczać tego świata.”
Manipuluje pilnikiem przy drzwiach, ale już raczej symbolicznie.
Ona: „Ja całe życie wierzyłam. Chodziłam do spowiedzi co miesiąc. Roraty, sraty, majowe, różańce. Potem wyprowadziłam się z domu i moja noga już w kościele nie postała. Teraz w ogóle o tym nie myślę. Zresztą przedtem to też nie była prawdziwa wiara. Ja chyba po prostu jej nie mam, nie dano mi jej. I teraz, kiedy umrę, nic mi nie zostanie. Nie mam Boga, ani ciebie, nic. Tylko te zdjęcia. Wspomnienia. Nasze wspólne wspaniałe chwile. Śmiałeś się z tego.”
Wyjmuje zdjęcia i przegląda je przy świetle zapalniczki.
On: „Nie poddawaj się. Przeżyjemy to.”
Odłupuje kawałek płytki z podłogi.
On (ucieszony): „Zobacz!”
Ona ogląda zdjęcia i cicho szepce modliwę Zdrowaś Maria. On nadal drapie pilnikiem podłogę, aż ten mu się w końcu wyślizguje.
On: „Chuj z tym! Pierdolona rączka, złamana.”
Ona (patrzy na niego przenikliwie): „Kiedy umrę, możesz jeść moje ciało. Ale dopiero jak umrę!”
On (wściekle): „Co ty, głupia jesteś? Oszalałaś? Nikt nie będzie nikogo jadł!”


* * *

Zapalniczka migocze przez chwilę i gaśnie. Zapada nieprzenikniona ciemność. Słychać tylko ich przyspieszone oddechy i jego cichutkie rzężenie.
Ona (całkowicie osłabłym głosem): „Co robisz?”
On zbliża się do niej, próbuje drzeć na niej bluzkę.
Ona: „Co ty do cholery robisz, puszczaj! Ty kutasie, puszczaj mnie!”
Krzyczy przeraźliwie, kopie go i bije obcasem buta. On jęczy z bólu i powoli wycofuje się do przeciwległego kąta. Wyje i płacze jak zranione zwierzę. Rzuca się po podłodze wydając z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki. Ona głośno oddycha, ciągle jeszcze podniecona walką, trzyma but w pogotowiu. W końcu napięcie w jej mięśniach powoli ustępuje. Przychodzi zmęczenie. Ona siada, ciągle jeszcze czujna. Słucha jego wycia.
W chwilę później bierze do ręki porzucony pilnik i czołga się na kolanach w jego kierunku. On tymczasem leży na brzuchu, wali pięściami w podłogę, jęczy jak oszalałe dziecko. Wydaje się całkowicie bezbronny. Ona dotyka jego pleców, maca tak długo, aż odnajduje miejsce, gdzie, jak sądzi, znajduje się serce. On nieruchomieje, być może sądzi, że to pieszczota. Ona nie waha się. Wbija pilniczek z całej siły.
Słychać przenikliwy, niemal zwierzęcy skowyt.

* * *

Światło. Drzwi od windy otwierają się. Na zewnątrz, jakieś półtora metra wyżej, klęczą dwaj robotnicy. Jeden z nich trzyma w ręku zwykły klucz. Obaj z niedowierzaniem gapią się na scenę w środku.
Tam, w kałużach moczu i odpadków, kobieta klęczy przy leżącym mężczyźnie. Trzyma ręce na oczach, usta ma otwarte, jak do krzyku, ale nie wychodzi z nich żaden dźwięk. Ma zaschniętą krew na bluzce, na rękach, na twarzy.
Mężczyzna próbuje się czołgać, cicho jęczy.
Z wnętrza windy wydobywa się przeraźliwy smród. Jeden z robotników zatyka sobie ze wstrętem nos.

Opublikowano

Pierwotnie to miało być coś w rodzaju próby scenariusza. Pomyślałam jednak, że może mogłoby się obronić i jako samodzielny literacki tekst. Jeśli tak nie jest, napiszcie mi to wprost... Dlatego to tu zamieściłam. Bardzo proszę o (surowe) komentarze!

Opublikowano

.... a ja myślałem, że ktoś na koncu wejdzie z kamerą, kwiatami i krzyknie : "Mamy Cię".

Fajny pomysł, temat stary jak świat, bohaterowie nie z mojej bajki (obleśnie małostkowki, dekadencyjnie pokoleniowo-jakby po 80 roku) Jedny słowem- Może być...powiem wiecej nawet mi sie podobalo

Opublikowano

Nadal ma cechy scenariusza i tak bym to traktował. Chyba, że zmienisz czas, wersyfikację, dodasz jakieś opisy itp. Może podrasować, rozedmać i stworzyć szuczkę do teatru??? Ja właśnie nad jedną pracuję :) A scenariusz i tak musi mieć ze 120 stron, żeby się nadał do kręcenia...

Opublikowano

Leszku, Piotrze, dzięki za uwagi.
Ash, to miał być właśnie scenariusz "krótkiego" filmu, takiego, który by się dało amatorsko i w miarę tanio nakręcić. Na to ale bym potrzebowała dwoje dobrych aktorów, czas, trochę pieniędzy... wiadomo - raczej nic z tego nie wyjdzie:((
Tak sądziłam, ze jak na samodzielne opowiadanie jest to trochę nazbyt minimalistyczne. Ale z drugiej strony pomyślałam, ze takie behawiorystyczne ujęcie może byc ciekawsze niż pełne liryzmu/tragizmu monologi wewnętrzne itp. Wiesz, jak najbardziej oszczędne środki, bo sama sytuacja jest wystarczająco tragiczna (jak Nałkowskiej Medaliony na przykład).
No cóż, wrzuciłam to tu, żeby spróbować. dzięki jeszcze raz,

Opublikowano

czytałam kilka dni temu i zapomniałam skomentować, ech... wybacz kochana, już się poprawiam.
To się świetnie nadaje na film krótkometrażowy :) przynajmniej takie miałam odczucie po przeczytaniu, ponieważ scenka niezła. Zastanawiam się jak wpadłaś na taki pomysł, bo przyznaję, całość rozwija się i kończy interesująco. Początkowo nie bardzo mnie chwyciło, dialogi między bohaterami były, hm.... jakby to określić?.. nieokrzesane? ale niekoniecznie jest to ich negatywna cecha, po prostu dialog niewyszukanych osób o średnim (lub uboższym) zasobie słownictwa.... ale równie dobrze mogło mi się wydawać.
Błędy minimalne i czystko kosmetyczne, choć gdzie, to nie kojarzę...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...