Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

             graphics CC0

 

 

nici i Mojry metropolis azylu

 

greckie życie – siatka Hippodamosa

tu miasto Milet od „twierdzenia” Talesa

wszystko dopięte na ostatni „trójkąt”

 

rozwydrzona Agora in antis

upstrzona w porticus z kolumn i mównice – pieje

mniej religijny Akropol tego miasta buntu

z cytadelą w której

czasem wdrażają mitologiczne bajery i sofizmaty

 

w palestrach Atlas z Heraklesem biorą już się za bary

draka o jabłko kolejnej nagiej Hesperydy

 

oprócz murów obronnych

przestrzenie zamknięte

krzyżujące ulice – insule – higieniczne wyspy w cyprysach

 

tu teatr otworzył

pan Dionizy z parteru i odgrywa wzajemne tragikomedie

jest sportowy gimnazjon

z ręką w obcej kieszeni po (bieżni) – dromos

biegnie Hermes w butach always ze skrzydełkami

 

w eksedrach bogowie studiują sens tego biegu

lecz kończą w Balaneionie – na waleta i z flaszką

 

bez honoru

--

*przypis: wszelkie porównania do osób miejsc i wydarzeń kategorycznie nie mają żadnego uzasadnienia.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

To chyba raczej popis erudycji autora, bo średnio-przyjemnie się czyta, wertując jednocześnie słownik terminów starożytnych.

Nawet wydumane metafory niespecjalnie ratują sprawę, bo obliczone są na efekt, a nie sens, czy skojarzenie (always ze skrzydełkami).

Rozumiem nawiązanie do skrzydełek Hermesa, ale już do butów niekoniecznie.

Zwyczajne efekciarstwo.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeżeli masz śmiałość analizy tego wiersza powinieneś (aś) te terminy znać, a nie sięgać po słowniki terminów, dziwne to podejście - czytanie liryki ze słownikiem w ręku?, jak czegoś nie rozumiem to naturalnie opuszczam autora i jego tekst. A nie szukam na siłę efekciarstwa. Efekt to efekt - i efektowny ma być. Proste. Jak nie cenisz efektów, to efektywnie powinieneś opuścić taki paskudny tekst. Ja je uwielbiam, chcesz mnie nauczyć lubić po swojemu, dziwne maniery? 

 

Skoro nie rozumiesz że always -  znaczy zawsze, informuję ciebie że to raptem - partykuła komunikująca. Widać w twoim wypadku komunikacja działa inaczej. Czyli konkludując efektownie - niepotrzebnie powiązałeś (aś) buty z pewną nazwą własną. Widocznie ulegasz permanentnie efektom podprogowym i dlatego wszędzie widzisz podpaski higieniczne. Użyłem angielskiej nazwy bo onomatopeicznie dobrze komponuje się z rzeczownikiem "Hermes" i moim zdaniem jest ciekawiej. Mam prawo używać uznanych środków poetyckich. Dźwiękonaśladownictwo (onomatopeja) jest jednym z takich środków. 

 

To nie jest efekciarstwo tylko komparatywne zestawienie pewnego opisu stanu rzeczy, ale w słowniku tego się nie doszukasz. Za trudne.

 

Założone dopiero konto i wparadowanie z buciorami i pretensjami do autorów którzy tu ciężko pracują i to nie od dzisiaj - od dawna. Od razu widać, że profil ułożony pod hejt. Znamy to dobrze. Zimno reagujemy, bo recenzent bez doświadczenia a głośny. Nie czytaj skoro ten klimat cię drażni.  Proste. Cześć. 

 

 

 

 

Opublikowano

Ciężko przychodzi niektórym krytyczna ocena.

Kolejny ze znanych mi przypadków samouwielbienia.

Jestem wystarczająco dużo lat na portalach, aby oceniać, mieć wyrobiony gust i mieć prawo do krytycznego spojrzenia.

O reszcie śmiesznych argumentów nawet się pisać nie chce.

Nawet jako historyk części terminów nie znałem, alem widocznie niedouczony i do pięt nie dorastam takiemu tuzowi intelektu.

To na tyle.

Trzeba trochę spokornieć autorze, bo królem poetów jeszcze nie jesteś.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Gratuluje historii takich historyków.

 

Popatrz co napisałeś. Nawet tego nie wiesz, że Hermes miał te skrzydełka właśnie w butach. A chcesz wchodzić w dość wyrafinowaną charakterystykę tego wiersza. Przypominam ci, że mitologia grecka jest w pewnym sensie historyczną spuścizną starożytnej Grecji.  Nie mamy o czym rozmawiać. Hejtuj gdzie indziej. 

 

Nigdy nie wyraziłem tak absurdalnej opinii o sobie, że jestem "królem" insynuacja po bandzie! Może w Egipcie jesteś a nie u Achajów? Chyba jakiś Cheops ciebie oszukał. Czasem nie tłumacz mu tego wiersza na hieroglify. 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 No to żeś się nie popisał (a) wiedzą. Pamiętaj: Hermes = sandały = skrzydełka --> ZAWSZE! 

Dziękuję przyjmuję życzenia, i wzajemnie tyle tylko że bez tych wyszukanych rynkowych - złośliwości.

Opublikowano (edytowane)

Ty po prostu nie zrozumiałeś o czym piszę w kontekście skrzydeł.

Czyli lotnością się nie wykazałeś (nomen omen).

I nie musisz mnie pouczać co i gdzie miał Hermes.

Ale z pewnością nie miał butów marki always.

Ta metafora jest zwyczajnie od czapy i własnie efekciarska.

Wystarczy, bo Ci ciśnienie skacze.

Pewnie jesteś lokalnym poetą - gwiazdą i masz problem z przyjmowaniem ocen krytycznych.

A ja mam do nich prawo, więc napadaj sobie kogoś innego

Edytowane przez puszczyk (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ty widzisz co ty w ogóle piszesz? Przecież to nie ja ciebie napadam, tylko ty mnie i  pod moim tekstem. Zauważ - Obecnie to nie ja komentuje twój wiersz (i nigdy ciebie nie skomentowałem) - tylko ty mój - w dodatku zarzucając mi efekciarstwo? Panie historyku i recenzencie czy nie rozumiesz , że każdy autor ma własne preferencje w liryce? Czy słyszałeś o gatunkach i rodzajach w poezji? Dotykałeś w praktyce tej epickiej, kontemplacyjnej, psychologicznej?... obawiam się że jesteś laikiem, bo zarzucić autorowi wiersza że używa wyszukanej metafory i jest zbyt efektowny słowotwórczo - to tak jakby jeździć kombajnem po lodowisku. To jest wrażenie. Jedni piszą madrygały, inni eklogi kolejni ballady czy anakreontyki, ludzie kochają rymowanki ale i białe wiersze, preferencje są różne. Co mnie obchodzi jak ty traktujesz ten rodzaj wiersza pod którym tu się po raz kolejny wygłupiasz? (ja piszę teksty w różnej charakterystyce), więc trudno akurat mnie zarzucić argument - hermetycznego przekazu (bo rozumiem ciągle do tego pijesz). Piszę też teksty proste, zrymowane i pozadygresyjne - ten  jest w takim akurat charakterze - bo tak go sobie zaplanowałem.  Ochłoń.

 

Przecież już wyżej tłumaczyłem ci łopatologicznie - że to nieszczęsne always, to partykuła komunikująca - angielskie: zawsze, a nie żadna nazwa - więc i logicznie nie żadna marka butów, o czym ty piszesz do mnie? Masz problem z logicznym rozumieniem odpowiedzi, a bierzesz się za recenzowanie skomplikowanych tekstów i ich metaforycznego znaczenia. Nic tu nie jest do czapy. 

 

to jest proste zdanie które po prostu i polsku brzmi:

 

biegnie Hermes w butach zawsze ze skrzydełkami

 

zawsze - czyli za każdym razem, przez cały czas, permanentnie, ciągle, non stop... etc. etc. etc.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Acha, jeszcze jedno... po pierwsze nikt zwłaszcza (ja) tobie nie zabrania krytycznego spojrzenia na tekst. Ale, gdy autor całkiem naturalnie tłumaczy ci że nie masz w ogóle racji (bo co to za racja - zarzut że autor pisze w ambicjach bardziej koturnowego słowa?), i jasno to tobie argumentuje, to powinieneś to przyjąć, a nie budować piętrowych komentarzy.

 

Piszesz, że masz wieloletnią praktykę w recenzowaniu poezji - pokaż nam ją, podziel się z nami swoją gnozą erudycją o której tak dowodzisz - gdzie i na jakich portalach uznany jesteś za eksperta?,  jakie wiersze i autorów oceniałeś?, chciałbym zobaczyć i odnieść się do twojej fachowości, bo tu wpadłeś z czapką gruszek i udajesz że jesteś z Raju - a my wszyscy na paktówie w tym lirycznym ogródku. 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie, nie ma powodu;) Proszę śmiało komentować nawet i w krytyce. Polemika wcześniejsza odbywała się z mojej strony na argumenty. Po prostu poprzedni komentujący zarzucił mi że używam zbyt wyszukanych słów, z czym się nie zgadzam. Gdybym tu odpuścił - chyba wszystkie dziewięć Muz, a zwłaszcza te odpowiedzialne za poszczególne gatunki liryki straciły by szacunek do mnie. W poezji po prostu nie istnieje efekciarstwo - bo słowa nasiąkają we wrażenia są subiektywne. To wrażenia różnego autoramentu w zależności od poziomu ambicji autora i przede wszystkim rodzaju - gatunku lirycznego. Czasem niestety bardzo oryginalne - a nawet nieczytelne. Weźmy pod uwagę choćby poezję dadaistyczną - to też liryka i nawet w niepoprawnej artykulacji niekiedy.

 

Coś w tym jest. Masz intuicje.

 

Tak, ma uzasadnienie. Nie zależy mi na tym by potraktowano ten tekst w kategorii okołopolitycznej, bo to ironia nie wycelowana, a społeczna. Trudno więc nawet próbować zamykać utwór w kategorii gierek politycznych. Obrazek społeczeństwa wpasowanego w przyzwyczajenia i konsumpcyjny tryb życia, to dotyczy wszystkich - bez podziału na suplementy polityczne. Dlatego ten dział.

 

Rozumiem, że tekst zbyt intelektualny? - ok.  Być może, przyjmuję argument,  ale taki miał być w założeniu i jest ;) Na pewno nie efekciarski - co dowodziłem w poprzednich komentarzach.

 

Wypowiedź doceniona przez autora ;D Nic nie jest zabronione, autor jest tykalny oczywiście ;))) Czasem musi bronić tez które uważa za uzasadnione, zwyczajna procedura:  komentarz gościa --> logiczna odpowiedź autora poparta argumentami. 

 

Skoro tekst wzbudził jakiekolwiek emocje autor dziękuję. A mniej oficjalnie - skoro tylko naiwnie wzbudził ten podziw to przyznaję, że mocno starałem się by było jak najlepiej, pewnie nie wyszło tak jak powinno ;P

 

pozdrawiam również, dziękuję i zachęcam do śmiałego komentowania - nie gryzę, najwyżej merytorycznie będę bronił tez uznanych za słuszne, do błędów przyznam, miłego wieczoru życzę ;)

 

 

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Acha, czyli nie masz nic do powiedzenia w kwestii swoich tak bardzo tu eksponowanych autoryzacji recenzenckich i wieloletnich (jak nam sugerowałeś i to na innych portalach)?, to wszystko jasne. Tak jest. Najlepiej uznać kogoś kto logicznie argumentuje na trywialne wręcz zarzuty i w ogóle ma chęć na kontynuacje tej "puszczykowej debaty" - po prostu narcyzem? Genialne. Gratuluję! Chyba teraz już zdążyłeś zauważyć, że komentarze mam precyzyjne, więc trudno, żebym nie potrafił tego robić w treści właściwej wiersza. 

 

No tak, argumenty co do wiersza zaprzepaściłeś, to zaczyna się atak personalny. Małość sumienia!

 

Skrzydlaty masz fason intelektu - to znaczy wysoki polot. Brawo. 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

System hippodamejski. Hippodamos, Hippodamus - twórca miasta z pociętymi prostopadle ulicami. W kwadratach pomiędzy ulicami lokalizował urbanistykę, budowle, skwery, parki, ośrodki kultu, teatry, i ogólnie całą architekturę. Milet tak był zbudowany. Ale Milet - jest tu symboliczny. Ten podział na sektory - jest w wierszu trochę w alegorii - to takie sektory alternatywne, czyli dbające o zakres własnych tak to nazwijmy "oddzielonych granicami" interesów - na pewno czujesz o co chodzi, nie odnoś tego do konktetnego miejsca - to jak wcześniej napisałem - wiersz społeczny, nie wymierzony - w miejsce i czas.  Każdy punkt w treści mógłbym uzasadnić w autorskim rozumieniu - ale czy to ma sens? Każdy ma własne kalkulacje. Tekst masz prawo odbierać subiektywnie - gdy pytasz merytorycznie - odpowiadam. Wiersz jest zaplanowany. 

 

hehs. ;D No tak. Mrugam okiem, ręce opadają ;)

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mogło by być hippodamejska - w rzeczy samej. Natomiast mamy tu cały wers:

 

greckie życie – siatka Hippodamosa

 

to życie ma tu wymiar jakby człowieka - głównie w rozumieniu czynnika społecznego (jednak osobowego), Hippodamos jako urbanista i architekt miasta - bierze na siebie tą odpowiedzialność, każdy fragment architektury nasiąka osobowo i jako persona (stricte personalnie) walczy o własny uzysk społeczny - teoria zysków w zbiorach synekuralnych wielu miejskich społeczeństw, dlatego hippodamejska jako przymiotnikowa forma wydaje się nieco bardziej sztuczna, ale semantycznie masz oczywiście rację - tu jest uzasadnienie, jednakże pozostawię jak jest - ze względów o których dowodzę - czyli odrzeczownikowo - bardziej personalnie.

 

Wzajemnie. Cześć.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Tomasz Kucina  Witaj :) Dobry, nawiązujący do starożytnej Grecji i mitologii greckiej wiersz. Dopełnieniem są Twoje komentarze, które zawsze czytam z zainteresowaniem, bo masz dużą wiedzę, którą się dzielisz.  Dodatkowo robisz to zawsze w interesujący sposób ;)

Uśmiecham się bo przypomniało mi się, że wspomniany Hermes był min. bogiem kupców, ale i złodziei... ;)

Dobrego dnia, Tomaszu :) 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj Aga :) Dokładnie, Hermes był patronem kupców i złodziei, ten bożek doskonale wpisuje się w treść utworu, jako typowy przedstawiciel szemranej społeczności - wzorowy to symbol niejasnych interesów i machlojek, tu biegnie po bieżni - stadionowa bieżnia to  okrążenie więc symboliczna zamknięta w pętli przestrzeń biegu, jako znaku probierczego naszego  "wyścigu szczurów" - po sukces.

 

Możemy śmiało uznać, że Hermes pomimo swej szemranej charakterystyki był bożkiem ogólnie lubianym i dobrze kojarzonym. Naturalnie w życiu również lubimy własne interesy, często kupczymy, i wchodzimy w niejasne układy. Tu w tekście jest więc Hermes całkiem oczywistym przedstawicielem naszego gatunku - ja też go lubię ;)

 

 Pozdrawiam, dobrego dnia Agnieszko.

Edytowane przez Tomasz Kucina (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tu jeszcze powinienem doprecyzować Jacku, otóż - sam związek frazeologiczny, który zastosowałem w tekście: siatka Hippodamosa -  nie wydaje się szczególnie rażący?

Przecież podobne zestawienia stosujemy bardzo często. Chociażby mówimy: "wieża Eiffla - a nie - wieża eiffelska, kostka Rubika - a nie - kostka rubikańska, koszula Dejaniry - a nie - koszula dejaniriańska, są też powszechnie znane męki Tantala - a nie - męki tantalskie, nić Ariadny - a nie - nić ariadnańska, kolejnych dowolnych przykładów mamy bez liku. 

 

3m_sie, pzdr.

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie ma takiej opcji, żebym ja ciebie do czegokolwiek przekonywał. Odpowiadam rzetelnie na pytania w twoim komentarzu, najpierw dopytujesz, a gdy już uzyskujesz precyzyjną odpowiedź to snujesz nieuzasadnione podejrzenia o moich próbach przekonywania ciebie do wyłożonych wniosków, nie antycypuj - i nie reaguj nerwowo, skoro mnie chciałeś szczególnie uczulić  na tą cechę w poprzednich komentarzach, spokojnie. Skoro nie rozumiesz, że siatka hippodamejska odnosi się raczej do pojęcia współczesnego a konkretnie do terminu kreślarskiego, (wiem, bo jestem gruntownie dokształcony akurat w tym kierunku), a nie chcesz przyjąć, że w wierszu użyłem go do osoby - dlatego frazeologizm ma charakter odrzeczownikowy - o czym informowałem ciebie troszkę wyżej, to nic na to nie poradzę, twoja wola.

 

Jest Wielki Piątek, nie mam zamiaru dalej przepychać się w dyskusji, tym bardziej, że tak mocno podkreślasz swój autonomiczny punkt widzenia akurat pod moim tekstem, ja go szanuję, a ty uszanuj mój jako szczególny piewca autonomii poglądów, i moje prawo do wyciszenia akurat w tym dniu.

 

jak teraz jeszcze próbujesz mi podmienić hippodamejską na hippodamosową a przeszkadza ci hippodamosa, to ja już nie mam nic do dodania. Mogę tylko potwierdzić to o czym wyżej tłumaczyłem, siatka hippodamejska - ma uzasadnianie - odnosi się do terminu w kreślarstwie, nie każ mi bronić teraz twoich wcześniejszych kalkulacji. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Proszę więc nie pytać, a potem nerwowo reagować na logiczne odpowiedzi. Czasem odnoszę wrażenie, że wy ataki wyprowadzacie z pozycji moich światopoglądów, a nie merytoryki - skoro racjonalizm odpowiedzi przeszkadza. Wesołych Świąt. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Popularne aktualnie




×
×
  • Dodaj nową pozycję...