Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

nasza muzyka - org.fm


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zostałem porwany przez wir czasu…

 

… echo mojego istnienia ― załamuje się na krawędziach nocy…

 

 

… nie ma już powrotu z szalejącej otchłani…

 

… pochłania wszystko ―

wciąga i miażdży…

 

 

Mijam w straszliwym pędzie ―

truchło

― naszej miłości…

 

… poniewiera się w kałuży ―

trącane zabłoconymi butami

― śpieszących się przechodniów…

 

 

Kogóż to

obchodzi?

 

… nikogo…

 

 

Noc zawsze jest straszna… Szczególnie wtedy, kiedy krzyczą ściany w ciemnym pokoju…

 

Nie mogąc tego znieść…

 

… zapalam drżącą ręką światło…

 

 

Momentalnie ―

ucicha

― tumult i gwar…

 

… pierzchanie kroków ―

chowających się

po kątach

― półsennych widm…

 

 

… zaciskam ―

mocno

powieki

― wilgotnych ócz…

 

 

… oślepia

mnie

― słońce…

 

… wiatr porusza gałęziami… szeleści liśćmi kasztanów…

 

Coś do mnie mówi ―

pieści łagodnością

― osusza spoconą twarz…

 

 

Przebiegałem przez tyle epok i lat,

jakby to były pokoje starego ― opuszczonego domu…

 

 

…wirują powoli ―

drobinki kurzu…

 

 

... opadają w ukośnych ― świetlistych smugach ― mżące piksele ciszy i samotności…

 

*

 

… przesypują mi się przez palce ―

ziarenka

― rozpalonego piasku…

 

Pot zalewa oczy…

 

… pulsuje w skroniach ―

rzeka wzburzonej krwi…

 

 

Drżące powietrze ― mami ―

nieistniejącymi oceanami…

… kreśli ― fałszywe perspektywy…

 

… czy można ― w cokolwiek wierzyć?

 

 

Niezliczona ilość gestów…

 

… zmieniająca się wciąż forma…

 

 

Potykam się ― o zasypane częściowo szkielety ― jakichś prehistorycznych stworzeń…

 

O żałosne szczątki

przeszłości

― bielejące pod kulą słońca…

 

 

Dokąd teraz?

 

Wszystko jest takie odległe…

 

 

… nie wiem ― na ile starczy mi sił…

 

*

 

Szum płynącej rzeki ―

przenika ściany…

 

… skuliłem się w sobie…

 

 

Daleko przede mną drga srebrnym blaskiem ― rozpędzona wiecznością ― strzałka czasu…

 

 

Szczęśliwe chwile

minionych dni

― rozsypują się w proch…

 

… kiedy na nie spoglądam z lotu ptaka…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano (edytowane)

… ze snu przychodzę…

 

… w sen ―

wnikam

― następny…

 

 

… idę wolno ―

pustym

korytarzem…

 

 

Zamknięte drzwi…

 

Otwarte okna…

 

… milczenie rzeczy…

 

 

Na drewnianym parkiecie ― leżą przekrzywione prostokąty ― słonecznego świtu…

 

 

W powietrzu ― o nikłym zapachu woskowej pasty… ―

 

… rozchodzi się ―

piskliwy szum

― bezbrzeżnej pustki…

 

 

Zbudziłem

się?

 

… zasnąłem?

 

 

Gdzieś ― między półmrokiem nieskończoności… ― a czernią ― przeszłego czasu…

 

… kusi mnie ―

cudowny

błękit lata

― i szelest liści…

 

 

Ześlizgują się

bose stopy ―

kiedy staję

― na krawędzi parapetu…

 

 

… rozkładam

szeroko

― ramiona…

 

 

… wstrząsają mną ― podmuchy wiatru…

 

*

 

Migoczą jeszcze gwiazdy… ―

 

…choć słońce ―

już dawno

wzeszło

― i zaszło…

 

… i znowu wschodzi ― wykonując pełny obrót ― wokół mojego serca…

 

 

Puste ulice pachną rozgrzanym asfaltem…

 

N i k t  n a  n i k o g o  n i e  c z e k a…

 

 

… wiatr ―

porywa

― śmieci…

 

Chwieją się zakurzone trawy

― w ukośnych smugach jaskrawego blasku…

 

 

Wybieram w telefonie numer, aby ci powiedzieć, że jestem…

 

… niestety ― dodzwaniam się ― tylko ―  d o  ― s a m e g o  s i e b i e…

 

*

 

Wielki

cud

― życia…

 

 

W stojącym lustrze drewnianego trema ―

dostrzegam

― wielce utrudzoną twarz…

 

Miałem zrobić coś ważnego

― lecz ―  z a p o m n i a ł e m,  c o…

 

 

Wszędzie wokół ―

ciągle te same

― kłamliwe szepty…

 

… chcą ― coś wciąż ― obwieszczać…

 

 

Wzbraniam się ― jak mogę ― przed uczestniczeniem w tym ludzkim cyrku…

 

 

Muszę wyjść…

 

Muszę

― zapić ten ból…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Blask szyb…

 

Firanki ― poruszane przez wiatr…

 

… w kobaltowym błękicie ― trwa wolny przepływ ― pojedynczych ― białych obłoków…

 

 

… mój chód jest niepewny ―

jakbym się

przebudził

― po milionie lat…

 

… idę rozświetlonym ―

przez słońce

― niekończącym się korytarzem…

 

 

Przybywam

znikąd…

… donikąd idę…

 

 

Wsłuchuję się w szmer ― promieniowania wszechświata…

 

… rozpędzone piksele ―

uderzają wciąż

w membrany

― moich pulsujących uszu…

 

I nie mogę się nadziwić ― temu milczeniu rzeczy…

 

...

 

… wirujący kurz ― osiada ― na kamiennych posągach…

 

 

Nie czuję chłodu ziemi…

 

Unoszę się

― jak duch…

 

 

Donikąd lecę…

 

… nie powita nikt…

 

*

 

Mijam w korytarzu białe ― zatrzaśnięte na wieczność drzwi… ― przystanki życia i czasu…

 

… numery ― nazwiska ― pościerał czas…

 

 

Przytulam się do chłodnej ściany… ―

 

… wdychając ―

nikły

zapach

― olejnej farby…

 

 

Wydaje mi się,

że ktoś tu jest,

ale niewidzialny…

 

 

Wyciągam dłoń…

 

… przeszywam próżnię…

 

*

 

Biegnę po ukwieconej łące…

 

… po złotym piasku ―

pośród łanów zbóż…

 

 

Upadam…

 

… wstaję…

 

 

Wiatr rozwiewa włosy

― słońce ogrzewa twarz…

 

 

… składam się teraz z samego światła…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Spójrz na mnie, nie odwracaj głowy! Wykrzycz wreszcie

to ostre jak brzytwa słowo! Wykrztuś je z siebie…

 

Potrząsam tobą, ściskając ramiona…

 

W radiowym głośniku słychać jedynie jękliwy szmer rozdzieranego siłami nicości

wszechświata.

 

Już dawno przekroczyliśmy próg. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem za nami…

 

 

(Chyba straciłem przytomność

z powodu efektu stroboskopu…)

 

 

… gdzieś tutaj,

za mną,

przede mną…

Błądzę. Nie jestem w stanie rozróżnić jarzących się czerwonawym blaskiem

rzeczy…

 

Skąd ta cała jasność,

to

lśnienie?

 

Wiem, że odradzam się słońcem…

 

Wiatr porusza storami, które wzdymają się jak żagle.

Rozwierają się z cichym mlaśnięciem

szkarłatne wargi…Zamykają…

Oblizują się lubieżnie spierzchnięte gorączką usta.

Moje czy twoje? – Nie wiem, ale wiem, że są rozpalone chciwym pożądaniem i zbliżają się

z pomrukiem

nadciągającej burzy…

 

 

Słońce oświetla nasze zniszczone twarze.

Omiata je blaskiem nieskończonego żaru.

Zwracasz się do mnie oczami,

które eksplodują, rozrzucając wokół odłamki

gorących łez…

 

Trafiony rykoszetem, przebity na wskroś… Opuszczam zakrwawioną głowę,

tak,

jakby to zrobił Jezus

na

krzyżu.

 

Nieruchomieję, rozpadając się bardzo powoli.

Kawałek

po kawałku…

 

*

 

Miała piękne usta.

Umalowane czerwoną szminką.

 

Jej napięta skóra. Lśniąca jakimś tajemniczym blaskiem, na który czekałem o tej godzinie

na wpół ziemskiej, na wpół przenikniętej tęczowym światłem

zorzy.

 

Szła w półcieniu,

aby mnie pokonać swoim kuszeniem.

Oślepić i wtrącić w świat nieznajomy.

W krainę obłędu, która nie zna nasycenia…

 

 

Ukrzyżowany w satynie. Dostępujący nieba. Z ciężarem jej piersi na swojej twarzy.

Oczy zwrócone białkami świadczyły o ciele błądzącym w zaświatach. Wracała stamtąd,

jak

– powracają umarli.

 

Akt wniebowstąpienia wymagał wielokrotnych poświęceń.

 

 

Lecz oto tajemniczość zaczęła zmieniać barwy,

kompromitując się na moich oczach.

Przelotne zalśnienie, które powstaje byle jak

i byle gdzie.

I  z   b y l e,   k i m.

 

Jesteś kurwą, prawda? Pieprzenie i nic więcej. Czar prysnął. Wszystko

przeminęło.

 

Oddalające się kroki. Trzaśnięcie

drzwiami…

 

 

Porzucony i zgwałcony, w zmiętoszonym, wilgotnym prześcieradle. Na spoconym ciele

płonął pozostawiony lubieżnie autograf

o zapachu

tanich perfum.

 

 

 

 

 

 

Pójdę sobie.

Na zewnątrz kłębi się w swoim mroku

noc.

 

Przede mną długa podróż…

 

W pustym, ciemnym pokoju szepczę

do samego siebie.

Księżyc zagląda przez okno, kładąc się na podłodze zimnym blaskiem.

Obserwuję ten przekrzywiony prostokąt. Zanurzam w nim dłonie

i

twarz.

 

… wyczuwam wibracje zderzających się atomów…

 

Tykanie ściennego zegara.

Zgrzyt przesuwających się trybów i przekładni starego mechanizmu…

 

… gong…

 

Boję się unicestwienia, niespodziewanego kolapsu cząstek substancji czasu.

 

Pójdę sobie.

Dokąd? –

Przed siebie…

 

Zakładam płaszcz, aby wyjść naprzeciw gwiazdom.

Zamykam za sobą drzwi…

 

Omiata mnie chłód schodowej klatki, zamkniętych na wieczność mieszkań umarłych dawno

sąsiadów.

W półmroku opuszczonych pracowni

milczące popiersia.

Porzucone w nieładzie dłuta

– narzędzia zbrodni na kamieniu…

 

(To już kiedyś było. Wiem…)

 

Na zewnątrz

zamiata liście wiatr…

 

Stawiam kołnierz dziurawego płaszcza.

Na pustej, przymglonej ulicy latarnie

kołyszą swoimi zwieszonymi głowami…

 

 

Moje stałe miejsce jest puste.

Czeka jak zwykle na mnie.

Przyglądam się pozostawionym na blacie

wilgotnym kręgom…

 

… alkohol rozlewa się tak ciepło w żołądku…

 

Kolejny drink.

Już nie wiem, który…

 

Barman poleruje szklanki, spoglądając na nie pod światło obojętnym wzrokiem.

Odbija się przede mną w lustrze szaleństwo. Moja wykrzywiona, zniszczona twarz.

 

*

 

Nie ma żadnego wytłumaczenia.

Jestem bezbronny,

jak foka wyrzucona na brzeg.

 

Pochłaniam chciwie kęsy powietrza. Dudni mi w pulsującej głowie

nieskładny,

pijacki gwar.

 

Ściskam w dłoni długopis czy plastikową słomkę…

 

… na poplamionej kartce

urywki

jakiegoś tekstu…

 

Nie mogę.

Nie potrafię…

 

W obłokach papierosowego dymu kołują nieustannie barowe ćmy.

Spalają się w obskurnym świetle kinkietów.

W miejsce poprzednich przybywają nowe. Męczy mnie odgłos spadających z wysoka

miękkich,

puszystych ciałek.

 

Czuję, że i mnie

zaczynają

wyrastać skrzydła.

 

*

 

Gram w szachy na pogiętych szczątkach cywilizacji.

Moim przeciwnikiem: szaleństwo.

Właśnie –

dostałem mata.

 

 

Coraz większe porywy lodowatego wiatru

uderzają w moją twarz.

Nic nie czuję. Nic. Już dawno stała się biała, jak zmrożona przestrzeń śnieżnego piekła

z łagrami

nienawiści…

 

 

Wszystko zaczyna się dziwnie kołysać.

Przytłacza mnie

ciężar spadających bomb.

 

Zawadzam wciąż nogami o jakieś żelastwo, zardzewiałe, porzucone karabiny

i hełmy…

O spalone szczątki z ponurym spojrzeniem, które odradzają się na nowo.

Które podnoszą się i pędzą,

aby zadać śmiertelne pchnięcie bagnetem w powtarzającym się w nieskończoność natarciu…

Popełniam błąd, myśląc, że to jest wzdęty trupim rozkładem post-apokaliptyczny krajobraz..

 

Walka!

Wciąż walka…

 

 

Coś strasznego zeszło do podziemi

i czai się w mrokach.

 

Wystrzeliwuje z każdej bramy swój okrutny jad plująca kobra.

Otwierają się czarne gardziele z cuchnącym szlamem. Strumienie szamba zalewają wszystko,

zatapiają…

 

Gdzieś tutaj

musi być zejście do piekła…

 

 

Obrzygane farbami mury chylą się ku upadkowi,

które podpierają bez wiary obrośnięte mchem,

brodate fauny.

Słychać trzask łamiącego się, przegniłego drewna.

Odgłosy

miażdżenia…

 

 

Jąkają się i krztuszą gołębie w kałużach.

Załamują skrzydła w nieszczęściu.

Na kolczastych drutach zwisają resztki poszarpanych jelit

z siwą sierścią kozła…

 

Nie

przeskoczył…

 

 

Mijam szare, bezimienne szeregi skazańców o czarnych, pustych oczodołach.

Wczepione w stalową siatkę po napięciem pokrzywione, spalone palce.. Swoisty performance

nieudanej

próby ucieczki…

 

*

 

Otwieram załzawione,

szczypiące oczy.

 

Wysypują się na moją twarz czarno-białe piksele

z ekranu

szumiącego telewizora.

 

Noc?

Dzień?

 

Brzęk tłuczonego szkła.

Bełkotliwy rozgwar.

Kłębiące się pod sufitem chmury…

 

Brakuje słońca,

ale za to świeci się lampa w poplamionym, żółtym abażurze.

 

 

Coś sobie zaplanowałem, lecz zapomniałem, co. Miałem chyba dokądś pójść,

aby spotkać się z własnym cieniem.

Jestem nikim. Jeśli ktoś chce pogadać, to numer mojego telefonu jest na mankiecie koszuli, albo

na nogawce spodni…

 

Moja wina,

wiem…

… wiem…

 

…… wiem…

 

Wszystko jest moją

cholerną winą…

Nie musicie mi już o tym ciągle przypominać…

 

Schylam się, aby podnieść zdeptany, ubłocony zwitek papieru.

 

… coś pisałem…

 

Upadłem.

Nie mogę się podnieść.

Kto mi pomoże wstać?

 

Nikt…

 

Tuż przed moją rozkrwawioną twarzą

porusza nerwowo swoimi wąsami

słodka,

biała mysz…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Stąpa po miękkim dywanie trawy.

Przemyka po porannej łące.

Widzi,

nie mając oczu.

 

Jest

obok mnie….

 

Wystawiam rękę, ocierając się o nicość. Zapala się od pierwszych blasków

lotnych płomieni…

 

… słońce wychyla się z ziemi…

 

Czuję na twarzy wiatr,

przezroczystą esencję

natury…

 

Oglądam w zbliżeniu łodygę swoim ogromnym, szklanym

okiem,

skupiającym w sobie całą moc gwiazdy. – Teraz nikłą, jakby była zaledwie

lśniącym ziarenkiem.

Kropką na końcu zdania.

 

Jest obok.

I

dalej…

 

Mieni się w sobie szaro-zieloną egzystencją nieskalanej ciszy, zapachem rosy…

Rozprasza się i taje, ten dziw z przeplatanych mgieł i cieni. Jakaś nierzeczywistość

utkana

z niewidzialnych nici…

 

 

Budzę się gdzie indziej, wyrwany ze snu

niespodzianie.

 

Przede mną ucięta jak nożem ziemia

zsuwa się w huk oceanu kamienną ścianą.

 

… ocieka wodą

fal rozszalałych…

 

Prześwieca przez moje palce przesiąknięta solą liliowa zorza…

 

*

 

Nieustanny deszcz. Spływają po szybie ogromne krople. Przytknięta do niej twarz,

przytknięte dłonie.

 

Sine obłoki, milczące

usta.

Poruszają się, choć nie wydają dźwięku. Opowiadają coś w tajemnicy

przed światem. Zatajają swoje dzieje…

Pełne ciszy i melancholii rozstania. Wzdęte wiatrem, jakby na wzburzonym morzu.

Biegnące

w głęboki mrok nocy.

 

 

Drgający płomień świecy. Idą w obłąkaniu przed siebie cieniste byty.

Wracają.

Kręcą się w kółko bez celu…

 

Jakaś postać przestępuje z nogi na nogę w stojącym lustrze. Odwracam się, lecz nic. To tylko

wspomnienie

jakiegoś dawnego życia.

 

Przeniknęło ściany.

Przeszło. Znikło…

Wychynęło na chwilę ni stąd,

ni

stamtąd…

 

… rozpadło się w niebyt, w pustkę… w mrok…

 

 

Krzyki bawiących się dzieci wypływają falami z dalekiej przeszłości.

Skrzyp śniegu, szmery zjeżdżających ze wzgórza sanek… Zabawa w berka na zielonej trawie,

któregoś

gorącego dnia lata…

 

… nikną w czasie

z pogłosem echa…

 

 

Szum i szmer padającego deszczu.

Wybita w niebie ogromna dziura

przepuszcza promieniowanie wszechświata,

które przenika kości, zabija tkanki…

 

… szczątki pór roku zapadają się w błocie zamordowanej ziemi…

 

 

Śmierć naznaczyła wszystko krzyżami… Kołysze się w podmuchach wiatru tablica

z napisem:

 

„koniec sezonu”.

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



×
×
  • Dodaj nową pozycję...