-
Postów
5 051 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@Gosława a ja jak zwykle muzycznie nie na temat, oczywiście motyw znasz...
-
Nastał czas deszczu. I deszcz ten… Łzy w swojej obfitości skapują z wielkich fasad kamienic. Z gzymsów i z liści akantu. I z gałęzi jeszcze. I z tych innych, co są splątane ze sobą na wieki… Spływają kropliście szemrzące strumyki. Szumiące w swojej niemocy. W milczeniu, w swojej skromności nieuchwytnych drżeń. Płynę, a wraz ze mną ty. Płyniemy cicho na siny skraj. Za las. Za wszelki czas istnienia. Choć może to tylko ja płynę. Bez ciebie płynę. Choć może… Nie było nas wiele ze sobą. Pamiętasz? Wiem, że tak było. Ale ja tylko na chwilę. Zobaczyć jak się masz. Ja tu tylko na chwilę. Przelotnie, jak ten deszcz. A zaraz po mnie jedynie wiatr. Taki lekki powiew wspomnienia na twarzy. I już. Jakby nigdy nic nie było. Wiesz, ten deszcz dzwoniący (słyszysz jak łka?) skapuje wciąż kropliście i tkliwie. Deszcz we mnie płynący strumieniem kryształowych tchnień. I deszcz ten. I łzy… I ten deszcz odbijający się echem. Idący tryumfalnie jasnym snopem światła. Idący między nas. Pamiętasz wtedy, kiedy nie było nas? I mokre plamy na tynku, kiedy przytulam twarz (tu, tu, i tam, i jeszcze tam…) do chropowatej ściany. A na języku... Na wystawionym, lśniącym i mokrym… Na języku tym okruchy i pył. I łzy... Kiedy całuję mikroskopijne ziarenka kwarcu, smakując je czule jak usta umarłej dawno kochanki. Kiedy ty. I ty. I tylko ty… W ten deszcz. W ten czas ułomny. Chwilowy. Zaprzepaszczony. A, co potem? Nic. Tylko przeszłość. Spokojna jak morze. Jak całe niebo… Jak wieczność… Jak my… (Włodzimierz Zastawniak, 2026-08-02)
-
@Gosława
-
@Gosława
-
Morze się do mnie uśmiecha
Arsis odpowiedział(a) na Mitylene utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Mitylene -
@Gosława a to diablica rogata...
-
Wiesz, zaraz wychodzę. Zaraz idę, tam gdzie ptaki kołują na niebie. I wiatr tarmosi i wstrząsa połami koszuli. Wiatr. I ten wiatr wiejący. Ten wiatr szumiący i cichy… Wiesz,wychodzę zaraz. Już wkładam płaszcz. Choć może nie. Nie potrzeba płaszczu, albowiem wiatr. Ten wiatr ciepły. Ten wiatr wiejący znad łąk. Znad tych pól odległych. Znad tych obszarów milczących w spiekocie i znoju letniego skwaru. A więc bez płaszcza. A więc w samej tylko koszuli. Idę. Zaraz wychodzę, zatrzaskując na zawsze drzwi pustego domu. Już wyszedłem, wstrząsany echem zamknięcia. Na schodowej klatce. W tym chłodzie idącym od dołu. Z piwnicy, z pustych, opuszczonych mieszkań. Z pracowni. Z porzuconych pracowni, w których popiersia i rzeźby obojętne. W których popiersia pod przezroczystą folią. Pod zakurzoną… Twarze kamienne. Kamienne oblicza. Niedokończone… Wiesz, idę wolnym krokiem. Idę powoli. Muzyka we mnie. Dziwna jakaś. Powolna muzyka czasu. Przechodząca jak wahadło. Do przodu. Do tyłu. Teraz podążam wstecz, mimo że jestem tu jeszcze. I jestem wciąż. Jesteś tu jeszcze? Ja jestem. Na zewnątrz wiatr. Wiatr tarmosi za włosy, kołnierz, mankiety koszuli. Na zewnątrz wiatr. I ten wiatr idący od przodu. Idący od tyłu. Bokiem. Cicho. I wstrzemięźliwie, bądź nagle. Porywczo. Natarczywie… To znowu milczenie roztacza się wokół. I drzewa milczą. I ptaki. Owady. I my… Byłaś tu przed chwilą. I byłaś jeszcze. Teraz przestrzeń roztacza się wokół pusta i tkliwa. I ta przestrzeń bez ciebie… Choć wydaje mi się, że przez chwilę… Nie. To tylko przelot owada. Nagły i porywisty. Przelot owada. Przezroczysty lot. Przez mgnienie. Iskra. Błysk słońca na poruszonej przez nikogo szybie... Jak ten wiatr, co targa i szarpie za poły koszuli. Jak ten wiatr targający włosy… Dokąd tak idę? Idę tam, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością. Jak to możliwe? Widać, możliwe. Stąpam ko chodniku. Po płytkach, mijając kałuże, w których mieni się ogrom kobaltowego nieba. I to niebo spada na mnie, i przytłacza mnie. Przytłacza tym czasem przeklętym, który wciąż powraca. Zatacza kręgi, jak kołujący ptak. Idę powoli. Krok za krokiem. Pusto jakoś. I tak jakoś tkliwie. Mienią się lśniące liście po letniej ulewie. Skapują krople. Takie jaskrawe, mżące piksele upływającego czasu. W blaszanych rynnach chlupoty i szmery. Wylatują jeszcze ostatnie strumienie. Strząsają z siebie drzewa tę wilgoć. I żłobią w chlupocie korytarze w gliniastej ziemi ciepłe hausty niedawnego deszczu. Jesteś tu jeszcze? Idę niedaleko. Na spacer krótki nieledwie. Idę podziwiać i oglądać. Nie. Idę się pożegnać. Uścisnąć dłoń. Być może. Komu? I komu? Ostatnie pakunki są wynoszone z domu. Przed otwartą bramą ciężarówka z brezentową paką. I cisza wokół. Milczenie okrutne, jakby rzeźb kamiennych, gipsowych odlewów. Twarze. Dłonie. Ramiona… Oczy widzące niewidzeniem… Przed kamienicą. Przed blokiem cień topoli na asfalcie, na trotuarze. Kołysze się i chwieje. Szepcze. Porusza milczącymi ustami ten brodaty bożek cienisty i leśny. Ten bożek liściasty. W pień wrośnięty jak pamięć. I szepcze. Wciąż szepcze nieustanne dzieje. I milczące jakieś słońce pada z ukosa. Rano to? Pod wieczór? Było to chyba zimą. Lecz teraz dzieje się w pełni upalnego lata. Takie to czasami płata figle czas ulatujący w przestwórze. Czas senny. Czas pełen majaków i zwidów. Stoję pod drzewem. W cieniu. Niewidzialny jak powietrze. Jak przezrocze atmosfer. Kryształowych strumieni. Dlaczego nikogo nie ma? W zamkniętych oknach firanki. Zasłony. W oknach kurz i pył zapomnienia. Tuwim przeprowadza się teraz. I przeprowadza się wtedy. Przeprowadza się w czasie teraźniejszym, mimo że siedemdziesiąt lat temu. Czyli teraz następuje przeszłość. Następuje w teraźniejszości nagły przeskok dziwnej substancji czasu. Jakieś przebicie idące z dawnych pokładów minionych epok. Historia się powtarza. Czas. Czas. Czas. Odbywające się misterium czasu. Kto tu jest mistrzem ceremonii? I te zjawy nieobecne. Te zjawy niewidzialne, choć widziane tylko przeze mnie. Szukają przyszłości. Patrzą wstecz, do przodu. Na boki. I dążą do wieczności falując skrzydłami pełnymi kwiatów. Jak motyle bezszelestne. Jak ćmy puszyściejące w przelocie. Lecące prosto w słońce. W słońce. W przeogromne słońce... I w tej przeszłości urojonej. I w przeszłości, w której tylko nieruchomość i cisza. I milczenie rzeźb wykutych w kamieniu. I wszystko jest spokojne. I jest tak bardzo spokojne. Zanurzone w morzu kobaltowego nieba i słońca padającego z ukosa, którego smugi na ścianach. Na oknach przesłoniętych zasłonami. Na korze drzewa. Na chodniku. Na brukowych kostkach… Czas się zatrzymał i spotęgował w swojej kreacji. Lecz zatrzymał, tylko na chwilę, bo znowu rusza w swojej potędze stworzenia. I wszystko się ponownie obraca. Zatacza kręgi. Dzień za dniem. Obroty słońca. Gwiazdy. Konstelacje. Księżyc niknący za horyzontem. Księżyc wznoszący się do nieba. I znowu słońce… Lecz, gdzie on jest? Tuwim. Nie ma go. Bo gdyby był, to podałby mi dłoń do uściśnięcia. Uchylił dostojnie kapelusza. Lecz nie ma go. Choć był tu przed chwilą jeszcze, mimo że siedemdziesiąt lat temu. Nie ma go. Choć był i jest, mimo że oddalony. Mimo że na wyciągniecie ręki jedynie. Jesteś tu jeszcze? To się nazywa strumień świadomości. Wytryskujący, meandrujący nurt umysłowych kreacji. Są tutaj i tam. W każdej formie i kształcie. I w każdym czasie. I nawet, kiedy go nie ma. I kiedy jest na chwilę jedynie… Muzyka we mnie. Tli się jak zarzewie niedogaszonego ognia. Tli się, gdzieś tam. Żarzy się. Rozpala aksony i nerwy… Utrwala się w kolorze sepii. W kolorze. W bez-kolorze. W szarości… Zaciskam powieki. Otwieram. Nie ma. Nie ma samochodu z brezentową paką, ani pudeł z książkami. Rulonów zwiniętych dywanów. Nie ma. Nie ma nikogo. Tylko ściana kamienicy olśniona potęgą pomarańczowego blasku słońca. I cień topoli na brukowej kostce. I nic. Nic. Nie ma. I nigdy nie było. Jedynie we mnie. I tylko we mnie jarzą się tak przejrzyście drobiny płynącego przestworem czasu. Została cisza. Przytłaczający skwar letniego upału zastygły w kryształowych kroplach niedawnego deszczu... (Włodzimierz Zastawniak, 2026-07-19)
-
@Gosława jest klawo jak cholera, Egon...
-
@Gosława
-
@violetta to kometa okresowa, nasza, swojska, ja czekam - na NICH
-
@Somalija w chemicznym, tam, gdzie są farby ,kleje, lakiery...
-
@Somalija ja wódki nie znoszę, wolę denaturat
-
@Somalija nie pij wódki, Aga, bądź harcerzem
-
@Somalija w naszej kadrze nawodnienie byłoby z kufli pełnych piwa
-
@Somalija zgadzam się, gwinea równikowa to mocny rywal
-
@Somalija tak, pisali o tym w gazetach w new york timesie i le figaro... @Somalija koniecznie trzeba wypic drugiego, aby przestało boleć
-
@Somalija jeden do jednego? @Somalija zwycięskiego gola na jeden do jednego strzelił frędzel kiełbasiński
-
@Somalija w meczu anglia-norwegia wygra zimbabwe
-
@Somalija ja tam sie nie znam. gdzie ci piłkarze, gdzie te orły, sokoły...
-
@Somalija ale przyznasz, że podobny, mógłby grać bez charakteryzacji... ech, piszę takie tam...
-
@Somalija szczerze powiedziawszy to Ten Haaaaland bardzo podobny do Predatora ze Szwarcenegerem