-
Postów
5 012 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
3 stycznia 1952 roku, czyli subtelny zarys pewnej przeprowadzki
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@violetta ja się nie zespalam, ja śnię -
3 stycznia 1952 roku, czyli subtelny zarys pewnej przeprowadzki
Arsis opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Na stole teksty poszarpane, poplamione stronice. Pogięte okładki… Gdzie? Co? Nic nie wiem. Nie wiem, u licha! Ale bal trwał w nieskończoność. Do samego końca dojmującej treści. Powiedz mi, dlaczego tak było, tak było? Echo odbija się od ścian, majaczy pogłos wielokrotnych powtórzeń i westchnień: o, dzieło moje jedyne! O, dzieło… Majaki przychodzą i odchodzą. Czas poplątany. Czas chciwy. Natrętne obrazy. Co jeszcze mnie tak męczy? Wszystko! Albowiem wszystko. Zdjęcia rozsypane. Czarno-białe pejzaże. Głębokie otchłanie przeszłego czasu. Jakieś listy nie wiadomo do kogo i przez kogo pisane. Stosy papierów. Wiersze wybrane, Bal w operze, Kwiaty Polskie… to znane, a reszta? Nie wiem… Zostawcie mnie. Dlaczego się tak na mnie patrzycie? Kto? Kto? Moje własne odzwierciedlenia. Moje imaginacje. Julian Tuwim stoi przy oknie w jakiejś takiej niedbałej pozie. i opierając się o parapet pali papierosa. Wypuszcza kłęby błękitnawego dymu. Patrzy się na mnie czujnie i z trwogą: co ja tu kombinuję, co sobie wyobrażam: On próbuje pisać!… Patrzy się z wyższością i zażenowaniem. Spogląda na kogoś, kto siedzi przy stole i pisze albo spogląda w sufit pełen pajęczyn i kurzu. Spogląda i nie dowierza. Jak ktoś taki mógłby… - jak ktoś taki… Wiesz, powiem ci, jedyna: Tak. To już kiedyś było. Tylko że kiedyś był to Albert Camus. Stał w podobnej pozie i też palił papierosa. Teraz Julian. Dlaczego akurat on? Patrzą się na mnie twarze spłowiałe. Tu i tam. Uśmiechnięte. Zastygłe. Fotografie rozrzucone na stole, podłodze… Julian już zniknął. Rozpłynął się w smudze zachodzącego słońca. Takiej pomarańczowej i bystrej. I cichej. Tak przerażająco cichej. Cichszej od szumu płynącej krwi. Od szumu piskliwej w uszach gorączki. Przystawiam do oka butelkę. I poprzez płyn przezroczysty, niezmącony niczym. Poprzez płyn spoglądam w ten dziwny poblask natury. Julian się rozpłynął. Zniknął. Powrócił? Dokąd? Do piekła? Czyśćca? Raju? Boska Komedia leży na stole, gdzieś w odmętach pogniecionych, zatłuszczonych szpargałów… Trącam dłonią szklankę. W ferworze jakiejś wewnętrznej walki albo gniewu. Albo po prostu: tak niechcący. Przez nieostrożność. Nieuwagę. Zmęczenie nieskończoną nocą. Wywraca się i tłucze na miliony lśniących kawałeczków. Rozlewa się na stole plama. Strumienie trunku spływają po drewnianej nodze na klepki podłogi. Na dębowe. Ułożone w jodłę. Na rozmaite esy floresy sęków i wiekowych słojów, które pamiętają jeszcze kroki mojej matki… Za oknem trwa straszliwy pęd przemieszczania w czasie. Teraźniejszość staje się odległą przyszłością. Omiata mnie blask unicestwienia. Nieokiełznana struktura kryształu. Postać dziwnego słońca, jak w kalejdoskopie. Oślepiająca jasność wydobywa się z wnętrza przedmiotów. Ze wszystkiego. Ze mnie... Lecz, co to? Budzę się. Noc. Światło zwykłej wiszącej lampy nade mną. Leżę na podłodze. Tuwim właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Widzę przez ściany, które są przezroczystą szybą. Choć nie. Jestem tam. Na ulicy, w mroźny dzień styczniowy. Nagie drzewa. Wiatr sypiący w oczy drobinkami lodu. Niebo stalowe. To znowu słońce. I znowu cień obłoku na twarzy… Stoję opodal, niewidzialny. Przezroczysty jak powietrze. Jak absolut nieistnienia. Jak nic. Tuwim w ciemnym płaszczu i w kapeluszu. Wychodzi z kamienicy. Wychodzą. On i jego żona w futrze. Kilka rzeczy. Kartonowe pudła nikną na pace ciężarówki. Ktoś się patrzy. Obserwuje z ukrycia. Z któregoś piętra. W oknie. Spoza firanki. W szarości dnia. W szarej poświacie mżącej pikselami czasu. W szarym oknie przesłoniętym szarą firanką zapomnienia. Ktoś się patrzy. Nikt. Już nikt... Zaciskam mocno powieki. Otwieram... Na ulicy oślepiająca plama czerwcowego słońca. Na chodniku rozedrgane cienie gałęzi. Drzewa szumią zielone. I kwiaty w donicach. Te właśnie róże czerwone. Uśmiechnięte. Ogromny skwar osiada leniwie na twarzy. Na włosach. W którejś godzinie upalnego, dusznego lata. Wspomnienie przeszło, minęło. Jakieś dzieci biegną piskliwie niczym owadzie piszczałki, machając radośnie pół-przezroczystszymi skrzydełkami. Faeries. Przebiegają po dawnych śladach, kogoś, kogo już dawno nie ma. Przechodnie. Samochody. Rozgwar szumiącego miasta i obojetności. Ściana kamienicy niby ta sama. Te same drzwi. I okna te same. Lecz nie ma już.. Lecz już… Rozpływa się wszystko w teraźniejszości opadającej powoli. Tak zwyczajnie. Tak najzwyklej. (Włodzimierz Zastawniak 2026-06-22) -
@violetta wniknij w Czas Snu, a wtedy dostrzeżesz...
-
@Gosława...
-
@violetta przychodzi mi na myśl "umarła klasa" Tadeusza Kantora... Ale to tylko moje wyobrażenie...
-
Uwaga! Uwaga! Ewakuacja! - Chrapliwy głos zanika to znowu moduluje dziwnie w trzeszczących megafonach… Na słupach drewnianych, betonowych… Przekrzywionych od wiatru, obłoconych… Wiesz, idę przez wysokie trawy. Ja. Albo może moje dawne wcielenie. Moje dawne Ja. Moje… Przez trawy wilgotne. Przez jakieś krzaki. Zapętlone. Spętlone. Poplątane… Pełznie po mokrej ziemi, gliniastej, nagie ciało. Wije się w sobie… Ja? Czy ono? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Spójrz. Pognieciona kartka na stole. Rozlana plama. Atramentu… Wiatr zagłusza bicie serca. A za oknem… Za oknem noc okropna kłębi się i pulsuje mnogością świateł. Dalekich. Zimnych drżących rubieży… Jestem tutaj? Czy tam? Ja? Czy ono? Wchodzę po spirali schodów. Gdzieś wysoko. W jakimś miejscu. W jakiejś nieznanej mi egzystencji przeszłego czasu... Uwaga! Uwaga! - Wciąż ten sam głos. Wciąż to nieustanne trzeszczenie w moim mózgu… Piskliwy szum rozsadza nabrzmiewające żyły. Pulsujące boleśnie skronie... Wielomilimetrowe struktury tuż przed moimi oczami. Ziarniste. Powiększone w zimnym oku mikroskopu. Spuchnięte jak w chłoniaku twarde węzły. Zaciskam je powiekami. Lecz, kiedy otwieram… Wysypują się zdradliwie, jak lśniące koraliki. Ze szmerem: na blacie stołu. Łzawe perły. Błyszczące. Na drewnianej podłodze ułożonej w jodłę. Wytartej. Przetartej obcasami przechadzającej się w tę i z powrotem pradawnej, zamyślonej śmierci. Mnożą się jak w kalejdoskopie. Te zwidy nowotworowe Płyną. Donikąd płyną. W szumie i pisku gorączki. Wiesz, umierałem tu wiele razy. I jakoś dziwnie umieram raz jeszcze... To mnie prześwietla. Spójrz! Moja twarz okrojona półcieniem. Straszliwy blask i straszliwa ciemność. Idą we dwoje, trzymając się w objęciach. Kontrast: chiaroscuro. Twarz spalona słońcem. Idą przez wiry w strumieniach powietrza przecinających niebo. I nikną. W milczeniu nikną. I płoną w straszliwej pożodze ciszy. Nie słychać ich. Nie słychać tej rozpędzonej menażerii. Tej skondensowanej siły, ostrej niczym brzytwa. Dlaczego odwracasz głowę? Twoje milczenie. .. Albowiem twoje milczenie… Więc w tym milczeniu przedzieram się. Przez krzaki. Gałęzie kolczaste. Przez korzenie… Sam. I sam jeden. Bez ciebie. Wiesz, tutaj jest tego najwięcej. Cząsteczek mżących w oddali. I na każdym liściu, gałązce, łodydze… Widzę je. I widzę coraz przejrzyściej. Dłonie zanurzam w tych srebrzystych błyskach nieuniknionej, bolesnej śmierci. Kiedy wnikam. Kiedy… Idę… Spójrz! Twarze. Twarze. Zrakowaciałe oblicza. I te twarze uczniów, nauczycieli. Te twarze niczyje… Prześwietlone. Napromieniowane. Spalone słońcem… Szkolne ławki. Klasa. Bo to jest klasa. Chyba… Na ścianach portrety poetów, malarzy… Na ścianach towarzysze. Spoglądają ze zdjęć te obojętne oblicza. W drewnianych ramach. W metalowych. Słońce lśni na wypolerowanych szybach, Te twarze na wprost. Te twarze w kolorze sepii. Szare. Ziemiste. Te twarze… Całe archiwum twarzy. Umarłych. Wtedy szły zimne obłoki. Pomiędzy nimi słońce. Teraz jest wiatr. Ten wiatr, który wieje z przeszłości. I idzie całą nawałą. Szumią. Szemrzą czułe membrany liczników Geigera… Gdzie ty jesteś? Rury ciągną się kilometrami. Donikąd. Idą stąd, dotąd, aż do tamtąd. I dalej. W przestwór nicości. W cienistość przemijania. Skorodowane naczynia. Przedmioty. Stoły. Kuchenne blaty pokryte kurzem. Weź mnie za rękę. Ja biorę, lecz kiedy zaciskam palce, wyczuwam jedynie próżnię. Jesteś tu jeszcze?\ Nie? Więc do kogo to mówię? Do samego siebie. Błotnista droga. Gliniasta. Liście. Łodygi krzaków zakrzepłe w błocie. Spowite blado w całunie niemrawego słońca, które spoza chmur, z mlecznej powłoki ciężkiego nieba... … spogląda, gdzieś w niedosycie czyichś wspomnień. Znowu tu jestem. Po raz wtóry. Przybyłem znikąd. I na powrót idę. Donikąd, I dalej. I jeszcze... W bezruch zagadkowych miraży. Na skraj ciszy… (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-08)
-
Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju. W tym pokoju stłoczone aż po brzegi. Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina martwych rur. Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty... Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji. Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym oczy. Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok. Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu. Ciasno. Bardzo ciasno… Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe. Całkowicie obce, nawet dla siebie samych. Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji. Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze nieskończonego wzrostu... Zasuszone widma. Kreatury pajęcze… Których odnóża… - Boże, jakże ich wiele! Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba… Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji, ku tajemnicy największej. Albowiem rozpościera się z wysoka coś, co jest niepodobne do niczego. Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza… Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna… Z żelbetonu poznaczonego brunatnymi plamami nuklearnej reakcji. Zmartwychwstania? Być może samego Boga... Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej anihilacji. Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu. Rozpostarte ramiona (odnóża?) Rozwarte szeroko. Szeroko… - czegoś, co już dawno skonało, mimo że jest wieczne. mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci. Jakieś truchło. Zasuszone. W szacie pajęczej. W powiewających płachtach. W czarnych od kurzu. Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb… W przeciągu, w powiewie. W półmroku… Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce. I coś jeszcze. Coś, co przeczy fizycznemu istnieniu. Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota, kiedy klęczę, kiedy leżę, kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra… Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym? Kto tu jest? Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie… Odchylam głowę do tyłu. Odchylam. Odchylam… … aż trzeszczą kręgi w szyi... Wykrzywiając twarz w morderczym grymasie, w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu... … moje oczy... Te czarne otwory. Te czarne. Bezkreśnie czarne… … jak noc lodowata…. jak noc… (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)
-
@Sekrett taki świat narkotycznych wizji Charlesa Baudelaira, z jego Sztucznych rajów?
-
@Gosława Łazi za mną jakiś namolny typ, ale za to jak śpiewa. Wołają na niego Mistrz, Mistrz rhythm and bluesa...
-
Te rury. Te rury ciągnące się daleko. Żeliwne. Skorodowane. Milczące. Bądź milczące… Stąd. Dotąd. Do tamtąd. Albo stamtąd… Muskam je palcami, kiedy idę korytarzem. Niekończącą się arterią smutku i opuszczenia… Dotykam chropowatej membrany martwej powłoki. Tynku. Ranią mnie, ścierają skórę te mikrony. Te miliardy mikroskopijnych wzniesień. Łatwo wyczuwalnych atomów. Ściany… Tej tutaj. Tam. I nigdzie. Bądź nigdzie... Szelesty i szmery. Niczyje szepty. Niczyje kroki. Chrzęsty zgniatanego nagimi stopami szkła. Poprzez mury idą. Wszystkie razem. Te dźwięki. Przez ściany idą. Podłogi. Przeciskają się przez krwiobieg pęknięć. Mijam tak jakby malowidła z dziecięcych dekad. Naskalne ryciny. Ślady. Pozostałości…. Wybrakowane. Wykruszone w kamieniu twarze... Kogo tu nie ma? Nas. I chyba nigdy nie było. Albowiem nigdy… Słyszysz to trzeszczenie gramofonowej płyty? Słyszysz jak gra? To czas upływający. To mijanie życia. To wieczność będąca tylko ciszą i milczeniem kamiennych ust. Popiersia. Nie słyszysz. Nie dosłyszysz. Wiem, albowiem zagłusza to słyszenie szum krwi płynącej w żyłach (mojej? twojej?) Bolesne pulsowanie w skroniach... … i rozgwar przechodniów... Rytmiczne pierzchanie kroków na trotuarze, na asfalcie alei. Na ulicy olśnionej księżycem. Jak bicie serca. Skąd tu się nagle tyle tego namnożyło? Tych konturów kształtów pierzchających między drzewami. W widzialnej korekturze zdarzeń. Między krzewami melancholii pachnącej jaśminem. Ludzie to? Zjawy niepodobne do nikogo. Jakieś widma urojone w przypływie gorączki… Dużo tu tego. Kocham cię. Wiesz? Tak. Tak nagle mnie to naszło. Choć to „nagle” trwa cały wiek. Całe życie moje. Którym jesteś. Czekaj! Nie odchodź, mimo że ciebie nie ma. Mimo że jesteś jedynie westchnieniem chłodnej nocy. (Muszę przerwać na chwilę pisanie) Wychylam się z okna. Kładę na parapecie. Nic. Ciemność. Półmrok. I cienie gałęzi na chodnikowych płytach. Ruchome zwidy nieokreślenia. Wiem, że nie słyszysz. Ale ja wiem. Ja słyszę. To ten czas zagubiony. Ten właśnie, co dopełnia tajemnicą nasze nieistnienie. Wiesz, wiele tu półprzezroczystych skrzydeł skurczonych w sobie. Zasuszonych much, motyli, których żywot sczezł po kątach w brudnych kołyskach z pajęczyn. W kurzu idącym w powiewie... Słyszę wiele. Za wiele. Świdrujące wołania. Jakieś gwizdy. Sprzężenia. Szumy piskliwe. Lecz, tylko udawane. Urojone. Bo tak naprawdę nieistniejące. Istniejące jedynie dla mnie. I tylko dla mnie. Gorączkowa nawała. Apopleksja. Doskwierająca senność. Widzę czasami obumarłe komórki mózgu rozrzucone jak koraliki. Na podłodze. Na dębowych klepkach ułożonych w jodłę. Wysypały się okruchy pamięci. Skamieniałe artefakty spojone ciszą. Doskonałą martwotą. Skondensowane w formie. Okryte kurzem. Miękką powłoką pleśni… I wszystko się kołysze w tych pajęczynach. Tym zgodnym ruchem zapomnienia. I znowu mnożą się wokół mnie jakieś wyrafinowane kreacje nie wiadomo czego. Jak te gałęzie za oknem. Te cienie... Są. To znowu ich nie ma. Bądź zapadają się w sobie z bezmiernym westchnieniem obojętnej śmierci. Roztaczają subtelną poświatę nikłej sublimacji. Te zwidy. Te zmory. Widma nijakie. Wątpiące w swoje istnienie… (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-30)
-
@Gosława Uśnij. Śpij. Bo wiesz... Wiatr cichy szumi. Liście drzew szeleszczące, trawy... Bo wiesz... Nic dalej. Nic więcej. Tu nie trzeba słów. Nie trzeba...
-
@Gosława Mnożą się wokół mnie jakieś wyrafinowane kreacje nie wiadomo czego. Są. To znowu ich nie ma. Bądź zapadają się w sobie z bezmiernym westchnieniem obojętnej śmierci. Roztaczają subtelną poświatę nikłej sublimacji. Te zwidy. Te zmory. Widma nijakie. Wątpiące w swoje istnienie...
-
-
Saudade, czyli tęsknota, która trwa
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Wiesz, usiadłem znowu do pisania. Na stole pusta kartka. Długopis lezący obok… Nie. Nie tak. Od początku. Pod palcami klawiatura. W mżącym niebieskawym blaskiem ekranie niezapisana treść… Co mam napisać? Co? Ty wiesz. Przecież wiesz. Wiesz, prawda? Czyhające puste otchłanie szalejącej ciszy. Otaczają mnie. Wciągają. Skąd one napływają? Stąd? Znikąd… Znad odległych łąk. Jak szybujące ptaki. Znad łąk i pól zamarłej wegetacji. Znad pożółkłych traw… Znikąd. Znad lasu, którego horyzont ciemnieje kreską na skraju lata… Znikąd… Znikąd… Tak jak i mnie ciągną donikąd. One. Te zmory cieniste. Bezskrzydłe zwidy. Urojone widma. Jakieś senne imaginacje… Jesteś tu jeszcze? Bo nie wiem już sam do kogo te słowa kieruję. Do siebie samego chyba. Bądź do nikogo. Do niczego. W noc idą ciemną. Idę naprzeciw deszczom, kroplistym migotom gwiazd. W noc ciemną i pełną powietrza. Wiatru, który szeleści. Który szumi i… - kto tak pięknie gra? Skąd płyną te dźwięki?Znad minionych epok dawnego życia... Rwący nurt szumiącej w żyłach krwi. Przebija się pulsujący w uszach szum... Więc i ja chyba sobie pójdę, wiesz? Dokąd? A dokądkolwiek. Dokądś. Gdzieś… Gdzieś, gdzie nic. Gdzie nic. Bądź nic. Bądź… Mój oddech pełznie po ścianach chłodnych. Po ścianach. Pęknięciach. Brunatnych zaciekach. Po rurach żeliwnych. Po tej całej plątaninie martwych rur. Po tym drzewie stojącym w kącie pokoju mojego jestestwa. Po tych odnogach, falujących pajęczynach. Po tych płachtach drżących w powiewie. Moje westchnienie idące poprzez mury, podłogi i szyby, których drżenie... Których brzęk cichy błądzący niczym stłumiony w nas krzyk. (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-24)-
2
-
@Gosława
-
@Mitylene
-
@Mitylene
-
@Gosława nie kombinuj. ty nie...
-
@Gosława utwór ten Peter Hammill dedykował swojemu bratu, który popełnił samobójstwo
-
@Gosława
-
@Gosława wręcz przeciwnie, Reniu...