-
Postów
4 985 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Idę przed siebie. Idę na wprost. W światło. W to jaskrawe jarzenie. W puls. Idę i nasłuchuję. Nic. Słucham wciąż… W nikłych oddechach pustki. W tym chłodzie. W toni olśnionej miliardem gwiazd. Idę. I słyszę jak mówią. I słyszę, że ono mówi. Że wszystko mówi… Że TO mówi... Wszystko mi się kotłuje . W zamęcie. W rozgorączkowanej głowie. W snach wariackich pełnych splątanych ze sobą zjaw o nieustalonych rysach twarzy. O nieznanej proweniencji. Przeciskają się przez ciasne korytarze, przedpokoje, długie podziemne tunele w półmroku katakumb. W rozwichrzonych płomieniach świec, łuczyw, lampionów. I oto drzwi do pokoju. I kolejnego pokoju, w którym obskurne światło wiszącego żyrandola rozsyła wokół mdławą poświatę żółtawego blasku. Idą. Idą. Obijają sobą ściany stłoczeni ciasno, trącają gliniane figurki, które spadają, rozbijając się z trzaskiem, z chrzęstem szklanych, porcelanowych skowytów. Obijają się o kanty przedmiotów ustawionych w nieładzie. O krzesła, pufy, taborety i inne czworonożne stwory przebierające w miejscu wygiętymi w łuk wątłymi, kościstymi odnóżami w takt pajęczych zalotów. Nerwowo stukają, pukają, łomoczą... (skąd ich tu się tyle wzięło?) I wszystko milczy, i szepcze zarazem. I znowu chrzęst. I pierzchanie kroków wśród szurań i pokasływań, i chrząknięć. W nagłym ataku delirycznej ekstazy. W obfitości piany. Wymiocin i ślinotoku… Pełznę… Taplam się w wątrobowej żółci. Dużo tu tego. I będzie jeszcze więcej. Mnóstwo. Lecz znowu pusto… O, Boże! Jak pusto… Gdzie ty jesteś? Spójrz! Wokół mnie trwa deliryczna ekstaza zwidów. Królujących wokół fantomów. Tańczą. Kołyszą się. Stąpają po moich śladach te widma... Przechodzę. Przenikam. Przepływam z pokoju do pokoju. Przez niezliczone komnaty z drewna i muru. Z cegieł i kamieni. Wśród rur żeliwnych. Splątanych. Skorodowanych. Spleśniałych płócien czarnych, naddartych tapet, które liżą mnie z przymilnym łkaniem po twarzy, po włosach. Po skroni... Przede mną jeszcze tak wiele. Jakieś załomy. Mansardy… A więc płynę, czołgam się. Wspinam (Ja? Czy oni, one… ?) I szepcze wiatr w liściach zawieszonych wysoko. W gałęziach, łodygach. Na strychu, w deskach. W połaci dachu. W dębach, kasztanach. W klombach. W topolach trzeszczących. W przechyłach konarów. W tę i we w tę. W noc prawie pustą. W noc pustą, lecz drżącą od nadmiaru powietrza. Pełną słów czyichś i szeptów ugrzęzłych w nieruchomych, kamiennych, martwych ustach. A więc idę tam, tam, gdzie TO zabiło nas. W promieniowanie. W światło nocy. W ten puls. W to drżenie. W ten blask niebieskawy… (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-10)
-
@Mitylene
-
@Mitylene
-
Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju. W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści, pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni. I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje. Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją. Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie. Albo szepczą jak wiatr na przekór milczeniu. Albo stwarzają się od początku. I znowu. I wiecznie… Dręczy mnie ta struna. Zaciska się coraz ciaśniej. W bolesnym skowycie powolnego rozpadu. W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka. Szkielet obsypany piórami. I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka, lecz z białą podłużną czaszką i z otwartym w jakimś zastygłym grymasie dziobem. I z czarnymi oczodołami niewidzącej śmierci. Tej samej, która naznaczyła spojrzenia mojej matki i ojca, kiedy ich oczy wyrastały z czarnej, błotnistej, mokrej od deszczu ziemi. Wyrastały jak kiełkujące pąki jakiejś melancholii spomiędzy kwiatów białych chryzantem. A więc rozbił się przed wiekami ten ptak, nie-ptak. Roztrzaskał w koszącym locie. W gazetach pisano wtedy: to było samobójstwo. (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-05)
-
@Mitylene
-
@Mitylene
-
@Somalija Potwór ------ … nieskończona równina… Szarozielony step… … Podmuchy wiatru… ― Świst astmatycznego oddechu ziemi, co wydobywa się ― gdzieś ― z głębin… ― … nie wiadomo skąd… … … szepczą coś do mnie ― opuchnięte ― sine widma… … poruszają strzępami ust ― ginąc w piskliwym szumie śmiertelnej gorączki… W powolnym przepływie ― pęków atmosfer… … Dreszcz… Zimno... … samotność… Pod bosymi stopami ― martwa ― oślizła trawa… … Naznaczone nuklearnym żarem stalowe konstrukcje… … betonowe ściany ― z rdzawymi smugami wieloletnich ― rakotwórczych deszczów... … Opuszczony bunkier… … mój dom… … kurz… ― pajęczyny… ― gruz… … Ciężkie kroki ― straceńca… … chrzęst rozbitego szkła… … Obijam się o ściany ― wnikając w mrok ― wąskiego korytarza… … za mną ― długa smuga krwi… … Rozpalone cząstki ― przeszywają ― straszliwie zniekształcone ciało… ― … tłumiąc ― mdlącą wonią radiacji ― odór rozkładu… … Muskam drżącymi dłońmi ― wśród charczenia i jęków ― napromieniowane przedmioty… … … w kawałku lustra ― dostrzegam ― ogromne oko… … wpatrujące się we mnie… ― nie we mnie… (Włodzimierzz Zastawniak, 2017-09-15)
-
@Somalija dlatego jestem odizolowany w pancernym bunkrze na poligonie w Semipałatyńsku.
-
@Somalija tak. pamiętam tamten dzień. byłem wtedy w szkole i zrobili w sali gimnastycznej zebranie. dyrektor szkoły poinformował o "obłoku radioaktywnym"... potem, po południu, spadł deszcz...
-
@Somalija Dzisiaj mija równo 40 lat od katastrofy w Czarnobylu...
-
@Mitylene
-
@Mitylene nie potrzeba... nie, nie, nie....
-
@Mitylene
-
Wszędzie oczy matki, smutne spojrzenia
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Pójdziemy w las? Chodź, Pójdźmy w mrok, w mgielny bezkształt nicości. Spójrz, ja idę tym krokiem powolnym i cichym. Wiesz, dzisiaj jest wiatr. Wiatr bezwonny i tkliwy. Taki wiatr majaczący na skroniach. I ten wiatr. Ten wiatr, który wciąż... Ten nadmiar powietrza... Nade mną. Wokół. Wszędzie… Gałęzie mnożą swoje sklepienia. Bezlistne konary. Wiotkie łodygi, których każde poruszenie. Których najmniejsze nawet drgnięcie… I coraz bardziej szeleszczą, szumią białą ciszą. Takim szemrzącym szmerem spadającym na membranę ucha drobniutkimi cząsteczkami czasu. Tego czasu, który został w tobie. Nietknięty przez epoki zapomnienia. Tego czasu, który we mnie… Między drzewami rzeźby na wpół zamglone. Wykute twarze brodatych faunów. Obojętne oblicza na wskroś śmiertelnych, pustych spojrzeń. W wijących się korzeniach przytłoczonych omszoną ciszą, która wryła się w każdy załom, kamień, strumień płynący pod kładką. I w coś jeszcze, co burzy to wszystko. W przeżarty rdzą kawałek złomu wystający z topieli. Industrialny element niepasujący do całości. Fragment karoserii ze ślepym oczodołem reflektora…. I podążamy nadal w tej mgle, która nam włosy zalewa i oczy. W tym milczeniu, które narasta w twojej twarzy zwróconej do mnie profilem... (Włodzimierz Zastawniak, 2026-04-09) -
@Somalija dawno czegoś chyba nie było...
-
@Mitylene
-
@Mitylene
-
@Mitylene