Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ż. wyszedł po schodkach z ciemnawego wnętrza restauracji. Poczuł się, jakby za dnia opuścił kino. Słońce raziło go jedynie przez chwilę, potem oczy przyzwyczaiły się do intensywnego blasku.
Propozycje kierownika z grubsza mu się podobały, przemyśliwał tylko zmianę wystroju lokalu w Ten Wielki Dzień. Żadnych serc na ścianie, baloników i serpentyn, co najwyżej gustowne stroiki na stołach. Menu było ok. Skromne, ale z klasą. Pięć ciepłych dań, zimna płyta, ciasta, sałatki i owoce. Do tego „chleb ze śmieciami”, czyli ulubiony wieloziarnisty Ani.
Ruszył słoneczną ulicą. Przy każdym kroku chciało mu się śpiewać. Były jednak wątpliwości. Jak zareaguje drużyna wujków? Nie dość, że DJ będzie grał na przemian z grajkami, to zamiast wódki, dostaną piwo. Miał kiedyś okazję być na takim weselu. Wybuchł wielki skandal i najbardziej zacięci tradycjonaliści ostentacyjnie pobiegli po wódkę do najbliższego monopolowego. Oboje z Anią nie chcieli, by to się powtórzyło, ale jej mama postawiła sprawę jasno – albo wesele bezalkoholowe, albo z piwem. I odium najpewniej spadnie na młodych. Dobrze wiedział, że jak się nie chlapnie, to nos opada na kwintę, nogi nie chcą nosić i humor nijaki. Napić się wypada, przesadzać nie warto.
Zamyślony Ż. minął znajomego, nie zauważając, że tamten go pozdrowił. Chcąc dogodzić każdemu, można nie dogodzić nikomu. Ale jakoś będzie – pocieszał się w duchu. W końcu to ich święto, a nie zgrai ludzi, których widuje się głównie na fotografiach. Miał dla nich w zanadrzu inne niespodzianki. Marzył o tym od tak dawna, że żadne kaprysy nie mogły zburzyć tej harmonii. Młoda para będzie wchodzić na salę przy dźwiękach IX symfonii Mahlera, wnoszeniu głównych dań towarzyszyć będzie muzyka z Terminatora, a przy deserach obowiązkowo poleci temat z Władcy Pierścieni, kiedy Gandalf wjeżdża do Shire. Do tego na ogromnym telebimie, w przerwach między tańcami, reżyser uraczy gości najlepszymi kawałkami miłosnymi i weselnymi z historii kina. Znajdzie się miejsce na kościelne seplenienie Jasia Fasoli z filmu „4 wesela i pogrzeb”, perypetie weselne ze „Sami swoi”, „Wyjście awaryjne”, i „Kogiel mogel”. Będzie udawany orgazm z „Kiedy Harry poznał Sally”, scena uświadomienia płci z „Gry pozorów”, przeżycia erotyczne Johna Travolty z „Pulp fiction” i wiele, wiele innych.
Za rogiem Ż. skręcił w bramę opatrzoną szyldem Grafix Plus. Zaproszenia były gotowe. Wyglądały ślicznie i były jota w jotę takie, jakie sobie wymarzyli – kremowe z pięknym bukietem kwiatów pośrodku. Przybił piątkę z właścicielem i wrócił na ulicę. Zadzwonił telefon.
- Pipecki z zespołu „Kukuryku” z tej strony – odezwał się jazgotliwy głosik lidera zespołu – Przemyślał pan sprawę?
- Ja? To pan miał się zastanowić!
- Nic pan nie dorzuci? Po stówie na głowę będzie ok.
- Mowy nie ma!
- Przecież to pana szczęśliwy dzień!
- Nie widzę związku. Umówmy się na telefon za dwa dni. Jeżeli nadal nie znajdziecie wesela do obsadzenia, przyjeżdżacie i gracie na moich warunkach.
- Hm... skoro pan taki sztywny...
- Panie, macie tylko jeść, pić i co jakiś czas zagrać walczyka dla dziadków i wujków. Moja oferta nie jest sztywna, tylko uczciwa. Jak mówię, proszę dzwonić...
- Dobra. Bierzemy to.
- Fajnie. To do soboty.
Ż. rozłączył się, choć ten gest należał się osobie, która nawiązała połączenie. Uśmiechnął się szeroko i zanucił pod nosem aktualny przebój. Praca „Pehowca” wreszcie na coś się przydała. Negocjował twardo, jak jego klienci. Zaniósł paczkę z zaproszeniami do samochodu. Usiadł za kierownicą i przetarł dłonią zmęczone oczy. Od czwartej był na nogach, a nie załatwił nawet połowy spraw. Wyjął kartonik soku i wypił duszkiem. Nie miał czasu na śniadanie. Nastrój euforii znakomicie maskował pretensje żołądka, ale pić trzeba było. Zerknął do terminarza i odfajkował kolejne dwa punkty. Uśmiechnął się na myśl, że może właśnie w tej chwili Ania przymierza kolejną suknię, wysłuchując słynnych komentarzy swojej mamy.
Wziął następny temat z terminarza, a właściwie dwa. Jubiler i Biuro Podróży znajdowały się na tej samej ulicy. Obrączki odebrał w try miga, ale w Dream Tour kazali mu trochę poczekać. Usiadł w wygodnym fotelu i wertując aktualny katalog, rozmarzył się na temat zachodów słońca nad ciepłym morzem. Swojej narzeczonej ani jej rodziców nie wtajemniczył w swoje plany – to miała być kolejna z „niespodziewajek”, które tak uwielbiała. Ceny katalogowe urągały zdrowemu rozsądkowi, liczył jednak na łut szczęścia przy ofertach z ostatniej chwili. Wahał się między Hiszpanią, Chorwacją i Grecją. Standard nie musiał być wysoki, ale hotel musiał mieć swoją plażę. I to blisko. W końcu pani z plakietką na piersi poprosiła go do siebie.
- W czym mogę pomóc?
- Powiem wprost – odparł pewnym siebie głosem – Mam 3 tysiące na podróż poślubną.
- Rozumiem, Kiedy miałby nastąpić wylot?
- Do tygodnia. Najlepiej w poniedziałek.
- No tak – zamruczała, wertując katalogi i poprawiając co chwilę okulary – Proponują kraje rozliczające się w dolarach. Złoty jest mocny jak nigdy. Turcja lub Tunezja. O, mam super ofertę! Alanya, hotel 3+, all inclusive, 1290 złotych, do tego wiza za 20 USD.
- Ol co?
- All inclusive. Wszystko w cenie. 3 posiłki oraz napoje, również wyskokowe, ale tylko rodzimej produkcji. Może pan pić do woli.
- Nieźle. Co to za hotel?
- Szczerze powiem, że Turcy zawyżają standard. 3+ gwarantuje schludny pokój z klimatyzacją i sprzątanie raz dziennie. Hotel leży przy drodze, nad samym morzem.
- Blisko plaży?
- Jest po drugiej stronie ulicy. Prywatna. Najwyżej 50 metrów.
- Jakieś pułapki? Ukryte myki?
- Wysłałam tam kilkadziesiąt osób. Nikt się nie skarżył. Sama tam byłam.
Ż. spojrzał jej głęboko w oczy. Nie zauważył handlowych błysków. Uwierzył. Odruchowo pogłaskał ją po dłoni, którą natychmiast cofnęła.
- Przepraszam – bąknął – Czyli 2600 + 40 USD?
Sztywna do przesady sprzedawczyni nawet nie mrugnęła okiem.
- Jeśli coś pan dołoży, wystarczy na wycieczkę fakultatywną do Kapadocji lub Pammukale, a jak nie, możecie się Państwo wybrać w rejs po grotach śródziemnomorskich piratów.
- Niech będzie – rzekł pojednawczo.
Dokładnie przeczytał umowę. Nie zawierała żadnych ukrytych warunków.
- Proszę się udać z umową do Lotu – dodała pani - Dostanie pan przelot do Warszawy za symboliczną opłatą. Po co się tłuc pociągiem?
Ż. uśmiechnął się szeroko.
- Dzięki. Jak wrócę, wszystko pani opowiem.
Wrócił na słoneczną ulicę.
- Jedziemyyyy!!! – krzyknął w duchu, parodiując Marka Koźmińskiego, który przebiegł przed kamerami w Chorzowie, po wygranej z Norwegią, dającej nam przepustkę na Mundial. A potem życie. Słodkie, gorzkie, łatwe, trudne – wszystko jedno jakie, byle wspólne. Teściowie obiecali dać procenty pod kredyt mieszkaniowy, zadaniem młodych małżonków było tylko spłacać go przez następne 15 lat. Ż. na chwilę złapał żal, że jego rodzice tego nie dożyli, lecz telefon od Ani podziałał jak balsam.
- Jestem po, a ty?
- Ja w połowie.
- Przydam się?
- Zrób jedzonko. Z resztą dam radę.
- Dobra, kochanie. Buziuję w nosek.
- Ja też. Pa!
Ostatnio ciągle ćwierkali, gruchali, zmiękczali. Kiedyś denerwowałoby go to, teraz jedynie bawiło – w końcu się żenił.
Kiedy przechodził obok jednej z wiekowych kamienic, z dachu oderwał się spory kawał gzymsu. Bryła z hukiem spadła wprost na jego głowę. Ż. padł, jak pacynka porzucona przez animatora. Krew wokół rozbitej czaszki zataczała coraz większy krąg, podobnie jak gapie, których ciągle przybywało. Leżał na brzuchu. W jednej ręce trzymał telefon komórkowy, w drugiej teczkę reklamującą piękne, tureckie morze.

Opublikowano

zapomniałam!
a przestrzegałeś, że kogoś cegłą zabijesz :)

heh, świetnie się czytało, np. moment mijania znajomego rewelacyjnie opisany :)
ale naprawdę nie wiem, czy to dobrze, że go zabiłeś i do tego podsumowałeś słońcem, jakby ono czemuś winne było, (według mnie można o to zdanie ukrócić opowiadanko)
nawet polubiłam pana Ż, tylko czemu Ż? Żyrosław? Żelisław? Żytomir?... mało wdzięczna literka, chyba, że to od przezwiska bądź nazwiska, aaaalbo miała kontrastować z pewnym słowem?

Opublikowano

Nata, chciałbym, żeby słońce świeciło nadal, doskonale obojętne i niczemu nie winne. W końcu karawana zap... dalej, jak napisał Leszek. Tak oto wystartowały Szorty 2. Szorty 1 właśnie do Was jadą. A w sobotę zadebiutują na Targach Wydawnctw Niezależnych w Bunkrze Sztuki w Kraku. Ż jak żonkoś - tym razem :)))
Leszku, Pehowiec od PH - przedstawiciel handlowy...

Opublikowano

cóż mogę napisać?...podoba się-BARDZO
czytałam jednym tchem i od pierwszej chwili polubiłam Pana Ż. i jego Anię, potrafisz czytelnika przywiązać do bohaterów
co prawda, gdy tak fajnie udało się załatwić Ż. sprawę z podróżą poślubną, przeczuwałam intuicyjnie, że coś musi pierd.... ale nie myślałam, że aż tak mocne będzie zakończenie...
gratul, gratul i jeszcze raz gratul!!!

pees. też nie znałam tego skrótu -pehowiec

Opublikowano

Panowie, ja doskonale zdaję sobie sprawę co słoneczko symbolizować miało. Stwierdzam jednak, że to (mi) się przejadło. Ktoś ginie tragicznie to dopiszmy zdanie, że to niczego nie zmieniło, niczym nie zachwiało, nikogo nie przejęło, a życie toczyło się dalej. Zabrzmiało na końcu naprawdę nie tak jak powinno (tylko i wyłącznie według mnie!)

A opis telefonu komórkowego i tureckiego morza był tak piękny! Na tym bym poprzestała.

Powodzenia jutro na targach :)

Opublikowano

Proszę! Takie dobre opowiadanie, ale koniec jakby zaplanowany na zaskoczenie. Też to robię, ale tu jakby gruchnęło. Za mocno i krwawo. Tak myślę, sorry. Życie jest okrutne czasem, wiem, ale dlaczego w tym opowiadaniu? Czytelnik ma oczekiwania, ale nie takie, raczej na jakąś zgrabniejszą puentę (w tym opowiadaniu). Uśmiałam się z "handlowego błysku", w ogóle język fajny, jeśli mogę się tak wyrazić mało literacko. Pozdrawiam. Dobrze się czytało.

Opublikowano

Marcelo, mam nadzieję, że nie doczytałaś :)
Leszku dzięki za obronę w obliczu tematu pt. najpierw trzęsienie, a potem napięcie rośnie :)
PHowca widać chyba wymyśliłem...
Anno, musi tak być, bo to utwór terapeutyczny, a jak niedobry, to nie :)
Nata, wiesz co? Chyba masz trochę racji z tym słońcem. Jak czytam, to mnie irytuje zakończenie.
Pozdrawiam wszystkich i lece się cieszyć wydanymi Gniotami - jak mówi Bezet :)

Opublikowano

qrde Asher, wierny chlop z Ciebie, bo teksty moje czytasz, i zawsze jakiegos komenta dostane, grunt szczerego. a ja qrde fix nie mam czasu zeby siasc i poczytac Twoje i cholera mnie bierze, ale obiecuje ze poczytam bos podstawionym urzekl mnie ;)

salut

pozdrawiam

dytko

Opublikowano

Dobre.
Nie lubię bohatera, dobrze że nie żyje ( mogę tak mówić, bo to fikcja )
To jest dobrze napisane, ale naprawdę strasznie kiczowaty ten ślub i cała otoczka. Nie cierpię ślubów i też uważam, że alkohol powinien być na nich mocny...
Ale fakt, że w ogóle to przeczytałem, świadczy, że zarysowałeś wyraźnie tego bohatera. Przez trochę istniał w mojej wyobraźni, ale czy nie mógłby być bardziej nieszczęśliwy. Wprawdzie ginie, ale to trochę za mało. Nic w życiu nie idzie w try miga...

Opublikowano

hmm, memento mori?
długo sie zastanawiałam nad twoim opowiadaniem, Ash. Jest dobre, sprawne warsztatowo, napisane ciekawym językiem, po tych całych długich opisach kiczowatego szczęścia rodzinego krótkie zakończenie padło jak cięcie batem.
Ale jakoś mnie to zakończenie nie satysfakcjonuje. jakby... za łatwe. Uśmiercić bohatera i z tego wziąć pointę. Wolałabym coś, co by mnie bardziej zaskoczyło, co by było, no nie wiem, oryginalniejsze? bardziej przekonujące? może mniej nastawione na efekt?
To tyle ode mnie. Ale tekst się dobrze czyta, czyli wszystko ok.
pozdrowionka,

Opublikowano

"Swojej narzeczonej ani jej rodziców"
to wyszlo trochu dziwnie w zwiazku z imieniem narzeczonej.

jak na moje oko fajny tekst... pomimo znikomej obietosci zdazylem "przyzwyczaic" sie do boh. (opis szczescia adekwatny do sytuacji w jakiej sie znajdowal)
tekst co prawda bazuje na dosc nieskomplikowanym koncepcie, ale jak juz mowilem siwetnie napisany i dizeki temu pozostawia mile wrazenie
(watek "tesciowej" czy filmow, skutecznie odwraca uwage i kiruje podejrzliwosc czytajacego na inne tory, az tu nagle dachowka... :))

pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
    • śnię o umarłych nie widząc ich twarzy nigdy nie widziałem   cień pod ścianą stary przyjaciel którego porzuciłem   woła mnie matka ma otwarte ramiona za późno na miłość   jestem jak ona w krainie nieżywych tęsknię za życiem  
    • @Marek.zak1Czyli to prawda :)) Dziękuję i pozdrawiam :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...